Jezus modli się za ciebie

Słowo Boże dzisiejszej niedzieli wzywa nas do walki. Jest zachętą, by na wzór proroka Eliasza i uczniów Jezusa, zmierzyć się z samym sobą – ze swymi lękami i niepokojami. W historii każdego z nas przychodzi okres, kiedy trzeba samotnie wyjść w góry lub wypłynąć w rejs po wzburzonym morzu życia. W czytaniach, które daje nam dzisiaj Kościół, z takiej samotności rodzi się spotkanie człowieka z Bogiem. Bowiem choć Najwyższego można odnaleźć nawet w hałasie wielkiego miasta, to jednak szczególnie upodobał sobie ciszę i „szmer łagodnego powiewu”.

Próbujemy czasem przed Bogiem uciekać i niczym Eliasz chowamy się wówczas w ciemnych grotach naszych przyzwyczajeń i stereotypów. Bóg jednak szuka nas i przemawia do naszych serc, budząc je z letargu i wzywając do podjęcia walki. To, co wartościowe wymaga trudu i zaangażowania. Jednym z najgroźniejszych mitów współczesnej kultury, jest przeświadczenie, że niemal wszystko można osiągnąć na pstryknięcie palców, bez zainwestowania sił i energii. I choć faktycznie wiele rzeczy jest dziś dostępnych na wyciągnięcie ręki, to jednak szczęście, które przynoszą jest na ogół nietrwałe.

Eliasz spotyka Boga w delikatnym powiewie wiatru, nie zaś w wichurze czy trzęsieniu ziemi. Bóg nie ukrywa się w tym, co głośne, spektakularne i niezwykłe, ale w tym co niepozorne, tam gdzie Go zwykle nie szukamy. Kontakt z Bogiem nie musi obfitować w nietypowe zjawiska, a nasze spotkanie z Wszechmocnym może być pełne prostoty. Szukając Go w zwyczajnej, codziennej modlitwie, z pewnością uda się nam się usłyszeć Jego głos.

W Ewangelii uczniowie walczą ze swymi słabościami na rozszalałym morzu. Wydaje się im, że pozostali bez pomocy Mistrza. Tymczasem Jezus wyszedł na górę, aby się modlić. Z pewnością tą modlitwą ogarniał także ich, prosząc Ojca by przetrwali próbę, żeby odkryli prawdę o swym życiu. Prawdę o ograniczeniach, które nie pozwalają im zobaczyć Boga nawet wtedy, gdy jest tuż obok. Jak często strach uniemożliwia nam właściwe rozeznanie trudnej sytuacji? Jedynym wyjściem wydaje się nam wówczas krzyk i głuche wołanie o pomoc. Nie pomaga to jednak w żaden sposób uciszyć serca targanego falami obaw. Jezus kieruje wówczas do nas te same słowa, które niegdyś uspokoiły uczniów: „Nie bójcie się. Jestem przy was!”.

Czując obecność Mistrza, Piotr ryzykuje i pragnie zrobić coś, co przekracza ludzkie możliwości – chce dojść do Niego po wodzie. Próba okazuje się nieudana, jednak Jezus cały czas czuwa nad bezpieczeństwem apostoła i ratuje go, gdy ten zaczyna tonąć. Także my możemy być pewni, że gdy coś w życiu ryzykujemy, by zbliżyć się w ten sposób do Boga, On na pewno nie zostawi nas samych.

Tekst opublikowany został pierwotnie w Tygodniku „Idziemy”.

W między czasie

Mój kolejny wpis miał być o zaletach współczesnego relatywizmu, ale tekst musi jeszcze dojrzeć, stąd tak w między czasie kilka słów, o tym co dzieje się wokół mnie teraz. Za oknem pada śnieg i zbliżają się święta… Ale nie o tym będzie. Nie będę też pisał o gorączce przedświątecznych zakupów ani o święceniach diakonatu i prezbiteratu, którymi żyje teraz seminarium. Nie będę pisał o kolejnych rozgrywkach wokół sejmowego krzyża ani o tym czy Chrystus powinien być królem Polski czy też nie. Przypuszczam, że o tym czytaliśmy i tak aż nadto… Dlatego napiszę trochę o sobie. A co tam – przynajmniej coś jeszcze nie przegadanego.

Zastanawiałem się ostatnio właśnie nad tym, dlaczego tak boimy się mówić o sobie. Wchodzę na Facebooka i w strumieniu, który ma podobno odzwierciedlać myśli piszących, widzę kolejne punkty zdobyte w jakiejś pseudopasjonującej grze czy kolejne obrazki z „demotów” i „kwejka”. Pokolenie anonimowych? Skąd! Nie mamy takich samych twarzy, tak się przecież nie da żyć – z tego już na szczęście zdaliśmy sobie sprawę już jakiś czas temu. Gorzej jest jednak z tą „swoją” twarzą. Do kogo ona tak naprawdę należy?

Twarz jest tą częścią naszego ciała, którą mogliśmy zobaczyć jedynie w lustrze. Czy dlatego żyjemy czasem pod dyktando tych, którzy tę twarz oglądają każdego dnia – naszych najbliższych, znajomych, kolegów? Sugerujemy się ich wyrokami na swój temat i próbujemy dorosnąć do ideału. Już nawet nie chodzi o freudowskie superego ale raczej o idealną wizję innych odnośnie siebie. To tak jakby do teorii wspomnianego psychoanalityka dodać jeszcze coś takiego jak super(alter)ego.

Oczywiście dokonuje tu pewnego uogólnienia, choć zapewne nie bardzo mijam się z tego powodu z prawdą. A czy jest recepta? Nie. Nie skończę tak tego wpisu, choć pewnie tak byłoby wygodniej. Ale miało jeszcze być o sobie… Walczę ostatnio ze sobą – o siebie. O wiarę. To coś bardzo ważnego w życiu każdego człowieka, nawet ateisty (sic!). Niech to wystarczy, wbrew pozorom to i tak bardzo dużo „o sobie”.

Decydować…

Jesteśmy różni, ale niemal wszystkimi nami rządzi ten sam paradoks – chcemy sami o sobie decydować a jednocześnie te decyzje, które dotyczą nas samych, przychodzą nam najtrudniej. Chcemy być niezależni od wpływów innych, ale jednocześnie sami mamy ochotę „urządzać” życie innych, uzależniać ich od siebie. Gdy zaś przychodzi zdecydować się na coś samemu, szczególnie wówczas, gdy jest to decyzja, której skutki mogą przewrócić nasze życie do góry nogami, uciekamy od niej. Nierzadko w tych sytuacjach próbujemy szukać rady u innych. Porada ta ma dla nas bardzo często fundamentalne znaczenie. I tak sami pozwalamy sobie wiązać ręce…

Oczywiście powyższy rys, jest jedynie pewnym dalekim uogólnieniem od którego z całą pewnością jest wiele pozytywnych wyjątków. Zawiera jednak chyba sporo z naszej ludzkiej kondycji. Wszak każdy z nas przeżywał już kiedyś takie chwile, gdy podejmował tę najważniejszą decyzję w życiu… Z uśmiechem na twarzy mógłbym dodać, że mi te najważniejsze zdarzają się z dość dużą częstotliwością. Dlaczego się wówczas wahamy? Dlaczego nie potrafimy zamknąć oczu i tak po prostu ruszyć przed siebie? Chyba po prostu za bardzo zależy nam na nas samych. A gdyby tak zmienić perspektywę?

Daleki jestem od namawiania kogokolwiek do podejmowania decyzji tak, by pomóc komuś a samemu sobie zaszkodzić. Chodzi mi raczej o to, że myśląc jedynie o sobie często fiksujemy się na coś, wmawiamy sobie, że tak będzie lepiej… Tymczasem często przyczyną naszych wątpliwości jest zwyczajnie lęk przed nowym. I bynajmniej jest w tym coś dziwnego!

Nowe jest czymś zasadniczo dla nas obcym i stąd nie każdego pociąga. Bezpieczniej czujemy się bowiem w otoczeniu i sytuacjach, które znamy i są nam bliskie, które nie mogą nas niczym zaskoczyć. Oczywiście z perspektywy łatwo mówić, że „kto nie ryzykuje, ten nic nie ma”, ale w chwili, gdy to ryzyko trzeba podjąć, nie jest tak prosto. Inaczej zapewne nie moglibyśmy mówić  wówczas o ryzyku.

Ostatecznie jednak decyzję trzeba podjąć. Trzeba nauczyć się decydować. Samemu. Tak by sobie i innym nie szkodzić. Ale jednocześnie tak, by pomóc i innym i sobie. To trudne, ale tylko wtedy, gdy nie potrafimy sobie samym zaufać. To coś co umownie nazywamy sercem lub sumieniem zwykle dobrze podpowiada…

Budować na prawdzie

Potrafimy budować piękne koncepcje, z łatwością doradzamy, próbujemy kierować życiem innych. Bez problemu przychodzi nam mówić o czymś, w co sami i tak nie wierzymy. I tak powstaje wielka nadbudowa. Niejednokrotnie znacznie bardziej pociągająca niż prawda. Kusi nas wszak to, co pozornie nieosiągalne, co nie wymaga włożenia odrobiny wysiłku, zaangażowania.

Tylko jaka jest wartość owej nadbudowy? Opartej na kłamstwie, czy może bardziej eufemistycznie – na półprawdzie… Świat półprawd to świat bardzo szary, w którym nic nie jest pewne, w którym na nic i na nikogo nie możemy liczyć. Każdy szuka swej nory – jedynej powierniczki tego, o czym nikt inny nie powinien wiedzieć…

Jesteś moją siłą w zmaganiu,
Światłem wśród strachu nocnego.
Przychodzisz z mocą leczyć me słabości.
Obficie napełniasz to, co we mnie puste.

Przynosisz uśmiech w zwątpieniu,
Spokój tam, gdzie ufność niemożliwa.
I gdy chcę odejść szepczesz zraniony –
Zostań, jeszcze nie czas płakać…

Ratuj mnie, gdy brak już siły,
Podnoś z upadku, bym nie skłonił głowy.
Otwórz me serce, by bardziej kochało.
Otwórz me wargi, by ciszej milczały.

W biegu

Dużo zajęć na głowie, więc notka powstaje nieco w biegu. Ostatnio też dużo przeżyć – dzień skupienia, obłóczyny kolegów z niższych roczników, za kilka godzin promocja lektorska… Tymczasem zaczyna się czas oczekiwania. Adwent.

Każdy na coś czeka. I to jest motywacją dla naszego życia. To co oczekiwane budzi pożądanie, bo jest możliwością szczęścia. Może też jednak budzić strach, gdy jest związane z cierpieniem. W tym adwencie, któy zaczął się wczoraj wieczorem – wraz z nieszporami, owo szczęście będzie się dla mnie mieszało ze strachem. To czego oczekuję, czego chciałbym w tym adwencie doświadczyć, co chciałbym oczyścić prowadzi mnie, chociaż w tym teroretycznym rozważaniu, do jakoś pojętego szczęścia. Zarazem jednak jest związane ze strachem przed tym, co trzeba w sobie zmienić, co trzeba w sobie pokonać.

Każdy krok przybliża do czegoś, skraca czas oczekiwania. I nieważne czy się czegoś boję czy nie – ważne by zachować czujność. By w pełni świadomie czekać. Nie próbować uśpić tego, co we mnie wciąż płynie. Bo jeżeli zasnę, po przebudzeniu może się okazać, że rzeka wyschła…

Dlatego – każdy krok jest ważny.

Zobacz

Długo zastanawiałem się jak napisać te słowa… Ostatecznie doszedłem do wniosku, że napiszę je najprościej, jak to możliwe. Ostatni czas był dla mnie po prostu bardzo cenny. Pierwsze spotkanie z dzieciakami w nowym miejscu praktyk, specjalne warsztaty dla młodzieży i ciągłe spotkania z ludźmi, którym realnie na czymś zależy. To bardzo budujące!

Zwyczajowo jesteśmy tymi, którzy lubią ponarzekać – szczególnie, gdy nas dana sprawa nie dotyczy – często coś obśmiać i zasadniczo na tym skończyć. Nie będę tłumaczył czym jest konstruktywna krytyka, bo zapewne i tak mało, kto odniesie to do siebie. Sam zresztą nie jestem lepszy. Rzecz w tym, że jako specjaliści od życia, a już na pewno eksperci od własnego życia, nie potrafimy otworzyć się na doświadczenie drugiego człowieka. Egzystujemy według utartych schematów, które nam samym nie wydają się rutyną, bo są nasze, a to, co nasze z pewnością jest dobre i słuszne. Gdy jednak czasem uda się nam otworzyć oczy nie tylko po to, by patrzeć, ale by zarazem poznawać – jakże cudowne to doświadczenie!

Ostatnio dużo się napatrzyłem i uświadomiłem pewnie po raz kolejny, że bez drugiego człowieka nie jesteśmy w stanie nic zbudować – zarówno na zewnątrz, jak i w sobie. Ta masa doświadczeń, bardzo pozytywnych, budujących w konfrontacji z szarym życiem codziennym na niewiele się zdała. Wróciły schematy. Zastanawiałem się mocno dlaczego tak się dzieje. I co mi pomogło? Spowiedź.

Tak, to bardzo cenny czas. Bez tego fundamentu, którym jest relacja z Chrystusem, każda chwila jest chwilą straconą. Nieważne jak bardzo czułbym się zadowolony z realizacji kolejnego projektu, kolejnej życiowej szansy, bez Niego to nie miałoby żadnego znaczenia. A teraz mogę doświadczać, jak mocno działa w moim życiu. Niby powinienem to odkrywać w każdej spowiedzi, ale nie da się ustalić tu reguły – żadna spowiedź nie jest taka sama nawet, jeżeli powtarzałoby się w kółko te same grzechy. On działa bowiem w sposób, którego najlepszy ludzki plan nie jest w stanie przewidzieć…

Fikcja

Dlaczego wokół tyle trosk? Dlaczego wśród nas tyle problemów… W zasadzie tyle drobnostek, tyle szczegółów, które doprowadzają do obłędu. My już nie potrafimy płakać. Potrafimy krzyczeć, śmiać się, narzekać. Popadamy ze skrajności mistycznego realizmu w pułapkę nazbyt konkretnego idealizmu. I nie widzimy paranoi. Bo to przecież nasz świat. Nasz mikrokosmos. A jednak uciekamy przed sobą. Przed sobą „ja” i przed sobą „ty”. I mimo tej ucieczki, gdzieś w podświadomości szukamy. Szukamy czegoś prawdziwego, bo przecież tak zostaliśmy stworzeni. Bez prawdy nie potrafimy żyć. Może dlatego nasze życie jest takie smutne. Szczęśliwi Ci, którzy nie zrezygnowali…

Nie mów półgłosem
przeszkadzasz ciszy…
Jak czysto śpiewa
upojna chwila…
Posłuchaj.

Gdy już zapłaczesz
nie-idący sam
nie myśl – nie pytaj.
Jeszcze za późno?
Pokochaj.

Łaska

Ostatnie dni, tygodnie, miesiące uświadamiają mnie coraz mocniej, że jest Ktoś komu bardzo na mnie zależy. Zresztą nie tylko Ktoś, ale i ktoś. I dlatego dziękuję Ci, że choć ciężko to jesteś Ty. A Twoja łaska trwa na wieki.

Gdy już nie mam siły
Kiedy w środku krzyczę
i usta milczą
Gdy już nie mam łez
tylko słabe myśli
Gdy wokół ciemno i strach
silniejszy niż ja
Kiedy nie wiem
i wiem zbyt wiele
Bo chcąc wszystko
nie chcę już nic
Zamknięty jak grzech
ale nie ślepy los

Nie podnoś z ziemi Zdyszany
uśmiechnij się bez grymasu
i podaj krzyż.

Amen.

Nie wiem

Nie wiem. Nostalgia przeplatana z radością. Wynik nadmiernego aktywizmu, czy wprost przeciwnie – zachłyśnięcia się teraźniejszością? A może to tak naprawdę to samo? Bardzo dziwne były te ostanie dni, tygodnie…

Przyjechałem do seminarium zgodnie z ustalonym grafikiem dyżurów. Wiedziałem, że nie będę się nudził. Ale mimo wszystko nie spodziewałem się, jakim człowiekiem po tych dniach będę, jaki wrócę do domu. Życie nas nieustannie kształtuje. Tyle, że gdy coś wywołuje w nas uczucie trudu, bardziej chyba zdajemy sobie z tego sprawę.

Czy stało się coś szczególnego? Na dobrą sprawę nie. I to jest chyba najgorsze, bo pociąga za sobą wiele niedopowiedzeń i wątpliwości. Wiem, że coś się stało, ale jednocześnie nie wiem co.  To chyba najlepszy opis tego czasu. Była ciężka praca, było niemiłosiernie gorąco, były pogrzeby, dodatkowe obowiązki. W skrócie – było ciężko. Ale z drugiej strony były też spotkania z przyjaciółmi, rozmowy nie tylko o wszystkim i o niczym, były praktyki w KAI, duchowa pielgrzymka do Santiago, no i wreszcie było też pierwsze w moim życiu doświadczenie modlitwy we wspólnocie charyzmatycznej…

Tę modlitwę trudno zapomnieć. Jakoś ciągle we mnie pracuje. Wtedy chyba naprawdę nie potrafiłem zaufać. A na pewno miałem wiele wątpliwości.  Zobaczyłem jak można się modlić inaczej. Ja chyba jestem w tej sprawie mimo wszystko tradycjonalistą… Ale… To bardzo mocno pociąga, przynajmniej mnie. Jakoś próbuję sobie z tym poradzić. Nie chcę kierować się emocjami. W zasadzie sam nie wiem…

Było w ostatnim tygodniu jakieś załamanie. Uświadomiłem sobie, jak bardzo człowiek potrzebuje modlitwy. Można wypełnić sobie dzień pracą, wieczór spotkaniami ze znajomymi. Można być na Mszy, można się modlić różańcem, brewiarzem. Ale to nie może być ciągły krzyk. A w ten bardzo łatwo wpaść. Potrzeba ciszy. Potrzeba wsłuchania się w to, co chcę sam sobie powiedzieć i co ten Ktoś chce mi powiedzieć. Krzyk słowa niszczy w człowieku wrażliwość na relację ja – On. I choć może zaspokajać w zupełności relacje typu ja – ty, bo przyciąga, bo zwraca na siebie uwagę, to jednak „ja” w tej relacji nie jest chyba do końca moje…

Proszę o modlitwę.

I tak…

Odpowiedzialność, dorosłość… Słowa bardzo nadużywane, bo niezwykle też pożądane jest to co zdają się oznaczać. Ale nie obowiązuje tu zasada „chcieć to móc”. Potrzeba czegoś więcej niż chęci, potrzeba zaangażowania, wejścia w siebie – w swoje marzenia, dążenia, ale też w swoją przeszłość – szczególnie to do czego najchętniej już byśmy nie wracali.

Dorosłość jest implikowana przez zaufanie. Człowiek, który nie potrafi zaufać, który przed drugim ucieka, nigdy nie osiągnie dojrzałości. Ciągle rządzi nim bowiem lęk a ten blokuje wszystkie inne uczucia. Nie dopuści, by człowiek pokochał, by zobaczył coś więcej niż samego siebie.

A ja? Nie, jeszcze nie dorosłem… Uczę się siebie.  I tak…

W noc bez gwiazd na niebie
powłóczystą mgłą okryta wiara
idzie choć nie wierzy – zaufała księżycowi.

Dojrzałość wybrała głupców
zdradziła rozum – wiary nie znalazła.
W ciemną noc została sama.

Księżyc wskazał zagubionej drogę
nie ma końca, to już pewne.
Został tylko płacz dojrzały w kącie.

… wiara idzie dalej.
Noc tak szybko się nie kończy…