Życie na niby

Czasem czujemy, że życie przecieka nam przez palce. I niekoniecznie chodzi o moment, gdy wszystko, co dotychczas mieliśmy – bądź przynajmniej wydawało się nam, że mamy – odchodzi, znika. Czasem jest tak, że mamy wszystko a jakbyśmy nic nie mieli. Już chwyciliśmy Boga za piętę, ale po chwili namysłu okazuje się, że ów Bóg to chyba jednak jakiś taki na niby. Czytaj dalej Życie na niby

Drzwi

Tam gdzie przebywali uczniowie drzwi były zamknięte. To definicja sekty religijnej. Grupy wybranych, którzy posiedli jakąś niezwykłą wiedzę, ale nie chcą się nią podzielić z innymi. Zamknęli drzwi by nie spotkać się z Żydami. Dlaczego?

Lęk o siebie faktycznie może człowieka bardzo zamknąć. Kiedy rzeczywistość jawi się jako pole bitwy, na którym każdy walczy o własne przeżycie, ciężko jest zaufać komukolwiek. Ciekawe jaka atmosfera panowała w pomieszczeniu, w którym zgromadzili się uczniowie. W końcu już jeden z nich okazał się zdrajcą.

Ograniczenie się do grupy kilkunastu uczniów, a nie całej jerozolimskiej wspólnoty żydowskiej, musiało zapewnić im jednak minimum bezpieczeństwa. Niektórzy z nas też żyją w ciągłym strachu, przed światem, przed własnym życiem, przeszłością, przyszłością… Pewnego dnia budzimy się w jakiejś wspólnocie – kumpli z uczelni, znajomych z osiedla, kolegów z klasy – czujemy się bezpieczni, ale to nie znaczy, że strach minął. Można się zamknąć we wspólnocie.

Drzwi zamknięte to też zamknięte serce. Wielkie słowa, ale tak – możesz zamknąć swoje serce. Możesz je zamknąć i na drugiego człowieka i na prawdę. Możesz je zamknąć na miłość. Możesz je nawet zamknąć przed sobą samym. Wyobraź sobie wielki pokój, w którym jest jedynie jedno okno. Wpada przez nie strumień stłumionego światła. Okno dawno nie było myte. Oprócz okna są jeszcze drzwi. Zamknięte. I to cały twój świat. Cztery ściany wypełnione myślami, które nigdy nie zostały skonfrontowane z tym, co na zewnątrz… Jest tak dopóty, dopóki nie wstaniesz z kolan i nie przekonasz się, że drzwi nikt na klucz nie zamykał i można je tak po prostu otworzyć. I zobaczyć znacznie więcej.

Uczniom zabrakło odwagi. Dlatego Jezus przychodzi do nich i mówi, żeby przestali się bać. Daje im Ducha Świętego – On jest tym, który potrafi otworzyć każde drzwi. Nawet te, do których klucz zgubiliśmy już dawno temu. Zapytasz – a co jeżeli w tego całego Ducha nie wierzę? Czy nie ma dla mnie szans na wydostanie się z mojej klatki? Odpowiadam. Duch działa w tobie wtedy, gdy odczuwasz przypływ odwagi i męstwa, gdy osiągasz życiową mądrość i pewność w postępowaniu, gdy wiesz, że jest ktoś kto może ci pomóc, bo sam ze wszystkim nie dasz rady. Z tymi darami przychodzi Duch.

Jeżeli chcesz pozostać zamknięty – twoja sprawa. Odetchnąć świeżym powietrzem jest jednak czymś naprawdę pobudzającym. Może dlatego, gdy uczniowie po zesłaniu Ducha wyszli wreszcie ze swojej kryjówki, wszyscy wokół myśleli, że są pijani. Upoili się świeżością.

Jeżeli Kościół tak jak kiedyś, zamknie się dziś na to, co nowe i czasem straszne, jeżeli nie zdobędzie się na odwagę otwarcia drzwi niech prosi o Ducha… Inaczej będzie ciężko…

Szukam zrozumienia

W świecie, który goni za sensacją czasem warto posłuchać kogoś mądrego spoza mainstreamu. 83 sekundy. Brat Roger z Taizé. Każdy z nas szuka zrozumienia. Każdy. I katolik, i ateista, i polityk, i… Każdy. Gdy czujemy się zrozumiani a nie zakrzyczani i wyśmiani, wtedy możliwe jest wzajemne zaufanie. To zaś, w połączeniu z prostotą uczuć, może prowadzić nawet do miłości…

Nie uwierzycie!

Łk 4,21-30 Począł więc mówić do nich: Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli. A wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego. I mówili: Czy nie jest to syn Józefa? Wtedy rzekł do nich: Z pewnością powiecie Mi to przysłowie: Lekarzu, ulecz samego siebie; dokonajże i tu w swojej ojczyźnie tego, co wydarzyło się, jak słyszeliśmy, w Kafarnaum. I dodał: Zaprawdę, powiadam wam: żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie. Naprawdę, mówię wam: Wiele wdów było w Izraelu za czasów Eliasza, kiedy niebo pozostawało zamknięte przez trzy lata i sześć miesięcy, tak że wielki głód panował w całym kraju; a Eliasz do żadnej z nich nie został posłany, tylko do owej wdowy w Sarepcie Sydońskiej. I wielu trędowatych było w Izraelu za proroka Elizeusza, a żaden z nich nie został oczyszczony, tylko Syryjczyk Naaman. Na te słowa wszyscy w synagodze unieśli się gniewem. Porwali Go z miejsca, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na stok góry, na której ich miasto było zbudowane, aby Go strącić. On jednak przeszedłszy pośród nich oddalił się.

Orygenes, komentując ten fragment Ewangelii, mieszkańców Nazaretu – gdzie przebywa właśnie Jezus – przeciwstawia tym, którzy zamieszkiwali starożytne Kafarnaum. Pierwsi symbolizują według niego cały naród żydowski, drudzy – pogan. I pojawia się rys charakterystyczny całej Łukaszowej Ewangelii – Żydzi nie rozpoznali czasu nawiedzenia, poganie zaś, choć nie znali Boga Izraela, uwierzyli Jezusowi.

Można zapytać – czy Jezus musiał wypowiedzieć tych kilka gorzkich słów w stosunku do swych pobratymców? Czy musiał wypominać im ich historię, naznaczoną nieufnością i zdradą? Przecież Żydzi przyświadczali Mu a Jego słowa uznali za pełne wdzięku… Musiał – bo dziś spełniły się te słowa Pisma, które słyszeli chwilę wcześniej… Duch Pański spoczywa na Mnie (…) i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi… (Łk 4, 18). Skończył się już czas pozorów i kłamstw. Jezus, jak wielcy prorocy Izraela, przychodzi by zmienić istniejący porządek, by zburzyć narosłe od pokoleń mury nierówności, niesprawiedliwości, by zerwać maski hipokryzji i obwołać rok łaski. Jak zauważa Tertulian, nie mówi jednak nic nowego, czego Żydzi by jeszcze nie słyszeli, lecz cytuje znanego im doskonale Izajasza.

Czyżby Żydom przypomniało się, jak sprzeciwiali się słowom proroka z Jerozolimy czy wspomnianego w dzisiejszym pierwszym czytaniu Jeremiasza? Czy i dlatego – zgodnie z krwawą tradycją – wyprowadzili Jezusa na stok, aby Go strącić? Jezus kończy jednak z tą niewolą – uciemiężeniem przeszłości – i przechodzi, jak niegdyś Izraelici przez Morze Czerwone, przez środek tłumu i zostawia ich za sobą a podąża do pogańskiego Kafarnaum…

Nie uwierzyli Mu w Nazarecie, choć tak dobrze Go znali. Szukali lekarza, a przyszedł Bóg. Nie spodziewali się. Dlatego i my tego wieczora i każdego dnia czuwajmy, bo nie wiemy kiedy Pan nasz przyjdzie…

Decydować…

Jesteśmy różni, ale niemal wszystkimi nami rządzi ten sam paradoks – chcemy sami o sobie decydować a jednocześnie te decyzje, które dotyczą nas samych, przychodzą nam najtrudniej. Chcemy być niezależni od wpływów innych, ale jednocześnie sami mamy ochotę „urządzać” życie innych, uzależniać ich od siebie. Gdy zaś przychodzi zdecydować się na coś samemu, szczególnie wówczas, gdy jest to decyzja, której skutki mogą przewrócić nasze życie do góry nogami, uciekamy od niej. Nierzadko w tych sytuacjach próbujemy szukać rady u innych. Porada ta ma dla nas bardzo często fundamentalne znaczenie. I tak sami pozwalamy sobie wiązać ręce…

Oczywiście powyższy rys, jest jedynie pewnym dalekim uogólnieniem od którego z całą pewnością jest wiele pozytywnych wyjątków. Zawiera jednak chyba sporo z naszej ludzkiej kondycji. Wszak każdy z nas przeżywał już kiedyś takie chwile, gdy podejmował tę najważniejszą decyzję w życiu… Z uśmiechem na twarzy mógłbym dodać, że mi te najważniejsze zdarzają się z dość dużą częstotliwością. Dlaczego się wówczas wahamy? Dlaczego nie potrafimy zamknąć oczu i tak po prostu ruszyć przed siebie? Chyba po prostu za bardzo zależy nam na nas samych. A gdyby tak zmienić perspektywę?

Daleki jestem od namawiania kogokolwiek do podejmowania decyzji tak, by pomóc komuś a samemu sobie zaszkodzić. Chodzi mi raczej o to, że myśląc jedynie o sobie często fiksujemy się na coś, wmawiamy sobie, że tak będzie lepiej… Tymczasem często przyczyną naszych wątpliwości jest zwyczajnie lęk przed nowym. I bynajmniej jest w tym coś dziwnego!

Nowe jest czymś zasadniczo dla nas obcym i stąd nie każdego pociąga. Bezpieczniej czujemy się bowiem w otoczeniu i sytuacjach, które znamy i są nam bliskie, które nie mogą nas niczym zaskoczyć. Oczywiście z perspektywy łatwo mówić, że „kto nie ryzykuje, ten nic nie ma”, ale w chwili, gdy to ryzyko trzeba podjąć, nie jest tak prosto. Inaczej zapewne nie moglibyśmy mówić  wówczas o ryzyku.

Ostatecznie jednak decyzję trzeba podjąć. Trzeba nauczyć się decydować. Samemu. Tak by sobie i innym nie szkodzić. Ale jednocześnie tak, by pomóc i innym i sobie. To trudne, ale tylko wtedy, gdy nie potrafimy sobie samym zaufać. To coś co umownie nazywamy sercem lub sumieniem zwykle dobrze podpowiada…

W drodze

Tym wszystkim, którzy wspierali mnie w czasie drogi do i po Turcji należy się kilka słów informacji. Przede wszystkim udało się bezpiecznie wrócić i nikomu z naszej załogi nie stało się nic złego. A sama wyprawa czy może raczej pielgrzymka, tak jak się spodziewałem, była niezwykłym przeżyciem. Po drodze wiele wcześniejszych założeń uległo zmianie, co dość dobitnie przypomniało mi, jak mało znaczy nasze ludzkie planowanie wobec Jego planów dla nas. Nie udało się dotrzeć do Kapadocji, za to dokładniej zwiedziliśmy zachodnie wybrzeże Turcji oraz stolicę Bułgarii. Ostatecznie można powiedzieć, że pielgrzymowaliśmy trasą Siedmiu Kościołów Apokalipsy oraz pierwszych soborów powszechnych. Byliśmy w wielu miejscach związanych ze św. Pawłem, ale też szeroko pojętą kulturą antyczną – w Efezie, Troi czy Hierapolis. W czasie drogi spisywałem dziennik, który postaram się wkrótce opublikować. Potrzebuję znaleźć jedynie trochę czasu na przepisanie kilkunastu pomiętych nieco kartek, zapisanych dość niewyraźnym stylem pisma.

Po powrocie z Turcji było kilka dni wolnego a potem kolejne ważne doświadczenie – rekolekcje z rodzinami nad morzem. Szkoda, że trwały tylko siedem dni. Ja byłem odpowiedzialny za dzieci w wieku szkolnym. W czasie, gdy opiekunowie, wśród nich i ja, zajmowaliśmy się dziećmi, rodzice mogli w spokoju wysłuchać konferencji rekolekcyjnych. Na dwa dni przed wyjazdem miałem jeszcze 40-stopniową gorączkę. Na szczęście udało się ją opanować, choć myślałem już o zrezygnowaniu z wyjazdu.

I pielgrzymka do Turcji i rekolekcje nad morzem to dla mnie naprawdę błogosławiony czas. Jesteśmy tu na ziemi w ciągłej drodze. Nigdy nie wiadomo, co czeka nas kolejnego dnia, więcej – nigdy nie wiemy, co czeka nas zza najbliższym rogiem budynku. Jednocześnie jest we mnie coraz większe przekonanie, że jest Ktoś, kto wie, co przed nami… To przekonanie nie jest jednak jakimś symptomem poczucia zniewolenia, wprost przeciwnie – im bardziej to sobie uświadamiam, tym bardziej czuję się wolny!

Budować na prawdzie

Potrafimy budować piękne koncepcje, z łatwością doradzamy, próbujemy kierować życiem innych. Bez problemu przychodzi nam mówić o czymś, w co sami i tak nie wierzymy. I tak powstaje wielka nadbudowa. Niejednokrotnie znacznie bardziej pociągająca niż prawda. Kusi nas wszak to, co pozornie nieosiągalne, co nie wymaga włożenia odrobiny wysiłku, zaangażowania.

Tylko jaka jest wartość owej nadbudowy? Opartej na kłamstwie, czy może bardziej eufemistycznie – na półprawdzie… Świat półprawd to świat bardzo szary, w którym nic nie jest pewne, w którym na nic i na nikogo nie możemy liczyć. Każdy szuka swej nory – jedynej powierniczki tego, o czym nikt inny nie powinien wiedzieć…

Jesteś moją siłą w zmaganiu,
Światłem wśród strachu nocnego.
Przychodzisz z mocą leczyć me słabości.
Obficie napełniasz to, co we mnie puste.

Przynosisz uśmiech w zwątpieniu,
Spokój tam, gdzie ufność niemożliwa.
I gdy chcę odejść szepczesz zraniony –
Zostań, jeszcze nie czas płakać…

Ratuj mnie, gdy brak już siły,
Podnoś z upadku, bym nie skłonił głowy.
Otwórz me serce, by bardziej kochało.
Otwórz me wargi, by ciszej milczały.

W drodze do Berlina

Za parę godzin wyruszam na Europejskie Spotkanie Młodych w Berlinie. Wróci pewnie trochę wspomnień z wakacyjnego pobytu we wspólnocie Taizé. Ale nie tylko o to chodzi…

Wspólnota ekumeniczna z tej małej francuskiej wioski jest znakiem, że możemy liczyć na jedność chrześcijan. Powrót do jedności nie jest bowiem możliwy bez modlitwy o nią. Modlitwy czystych intencji, pozbawionych pretensji i żalu. To jest też wyznacznik jedności między ludźmi. Każdy z nas potrzebuje w drugim oparcia, fundamentu na którym poczuje się na tyle pewnie, że będzie mógł się rozwijać.

Modlę się o jedność. Tak byśmy mogli razem powtórzyć za św. Janem:

To wam oznajmiamy, co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce – bo życie objawiło się. Myśmy je widzieli, o nim świadczymy i głosimy wam życie wieczne, które było w Ojcu, a nam zostało objawione – oznajmiamy wam, cośmy ujrzeli i usłyszeli, abyście i wy mieli współuczestnictwo z nami.

Rozpoczynam pielgrzymkę zaufania przez ziemię. Proszę was o modlitwę!

W biegu

Dużo zajęć na głowie, więc notka powstaje nieco w biegu. Ostatnio też dużo przeżyć – dzień skupienia, obłóczyny kolegów z niższych roczników, za kilka godzin promocja lektorska… Tymczasem zaczyna się czas oczekiwania. Adwent.

Każdy na coś czeka. I to jest motywacją dla naszego życia. To co oczekiwane budzi pożądanie, bo jest możliwością szczęścia. Może też jednak budzić strach, gdy jest związane z cierpieniem. W tym adwencie, któy zaczął się wczoraj wieczorem – wraz z nieszporami, owo szczęście będzie się dla mnie mieszało ze strachem. To czego oczekuję, czego chciałbym w tym adwencie doświadczyć, co chciałbym oczyścić prowadzi mnie, chociaż w tym teroretycznym rozważaniu, do jakoś pojętego szczęścia. Zarazem jednak jest związane ze strachem przed tym, co trzeba w sobie zmienić, co trzeba w sobie pokonać.

Każdy krok przybliża do czegoś, skraca czas oczekiwania. I nieważne czy się czegoś boję czy nie – ważne by zachować czujność. By w pełni świadomie czekać. Nie próbować uśpić tego, co we mnie wciąż płynie. Bo jeżeli zasnę, po przebudzeniu może się okazać, że rzeka wyschła…

Dlatego – każdy krok jest ważny.