Ekumenizm po francusku?

Już ponad tydzień od zakończenia Europejskiego Spotkania Młodych organizowanego przez wspólnotę braci z małej francuskiej wioski – Taizé. W tym roku 40 tysięcy młodych ludzi przyjechało do Rzymu. Wieczne Miasto już dawno przestało być stolicą chrześcijańskiej Europy. O ile w ogóle ktoś jeszcze pamięta, że Europa kiedyś była chrześcijańska… Tymczasem przyjechały tu tłumy, które – wprawdzie na różne sposoby, ale jednak – uznają w Chrystusie kogoś więcej niż tylko legendarnego herosa moralności.

Wyjechałem spod Warszawy 27 grudnia. Do przejechania było ponad 2000 kilometrów, co daje jakieś 25 godzin spędzonych na niezbyt wygodnym autokarowym fotelu. Po przyjeździe zastała nas typowo włoska atmosfera przy rejestracji – na La Sapienza byliśmy do wieczora, ale koniec końców było warto – po dopełnieniu wszystkich formalności można było ruszyć na pierwszą wspólną modlitwę. Wieczorne spotkania w rzymskich bazylikach to było coś doprawdy niezwykłego! Z pewnością było inaczej niż w poprzednich latach, gdzie spotkania odbywały się w olbrzymich halach, wielu zresztą za tym tęskniło… Ale siedząc na zimnej, marmurowej posadzce w kościele pełnym ludzi – katolików, prawosławnych, protestantów i innych – sięgając do początków owych świątyń, powstałych zwykle jeszcze przed podziałem wśród chrześcijan, atmosfera była już nie tyle fantastyczna, co raczej… mistyczna. A co się działo na spotkaniu z Benedyktem? Miałem dreszcze, gdy Brat Alois – przeor wspólnoty – wypowiadał do papieża słowa:

To, co nas łączy, jest mocniejsze niż to, co dzieli: ten sam chrzest i to samo Słowo Boże łączą nas. Przyszliśmy dzisiejszego wieczoru świętować z Tobą, Ojcze Święty, tę jedność, rzeczywistą, nawet jeśli nie jest to jeszcze jedność pełna. Kiedy patrzymy razem na Chrystusa, staje się ona coraz głębsza.

Niektórzy pytają, czy jest możliwy dziś dialog międzyreligijny, czy można mówić o prawdziwym ekumenizmie? Niektórzy tych, którzy idą tą drogą nazywają przecież postępowcami czy nawet heretykami. Tymczasem mała wspólnota z Francji zamiast mówić o jedności, zamiast zwoływać kolejne konferencje prasowe o postępie we wzajemnych relacjach, po prostu tę jedność realizuje. Gdy byłem w Taizé we Francji nie czułem, że jestem inny niż 900 Niemców – protestantów, którzy akurat byli w wiosce. Wprost przeciwnie – byłem przekonany, że zebrał nas tam Chrystus. Wielkie słowa. Ale, jak mawiał zmarły przed kilkoma laty br. Roger – wspólnota naprawdę jest możliwa. Pielgrzymka zaufania przez ziemię dobitnie o tym przypomina. Czy zostanie usłyszany głos młodych ludzi, którzy wołają o jedność w niepewnym świecie, poranionym konfliktami i kataklizmami, pełnym cierpienia z powodu braku miłości? Może, gdy będziemy wołać wspólnie, ktoś nas usłyszy?

Na Boże Narodzenie

Ciekawe ile osób zastanawia się nad teologicznym sensem świąt. Ciekawe ile osób myśli tylko o tym, żeby spotkać się w tym czasie z rodziną i znajomymi. Ciekawe ile osób chce w tym czasie odpocząć i dobrze zjeść… I można by tak długo. Czy zamierzam krytykować którąkolwiek z tego typu postaw? Nie! Boże Narodzenie ma to do siebie, że Bóg przychodzi wtedy do każdego. Można mówić, że Boga nie ma lub że Bóg już dawno umarł. Można mówić, że przeżywamy właśnie Święto Drzewka. Można mówić, że urodził się prawdziwy Bóg Zbawiciel. Ale to wszystko jest mało istotne. Dla małego Jezusa też nie było miejsca w gospodzie, co nie znaczy, że z tego powodu Maryja i Józef mieli zrezygnować z Jego narodzin…

Nie chcę narzekać na tych, którzy w święta nie idą do kościoła na pasterkę i w zasadzie w ogóle nie wiedzą, że mają one wymiar jakkolwiek religijny. Dzisiejsze społeczeństwo, dzisiejszy świat wiele rzeczy na długiej drodze historii zagubił. Nic tu nie da krzyczenie i straszenie piekłem. Zresztą ci ludzie czasami żyją bliżej Nowonarodzonego niż wielu „pobożnych” katolików! W końcu rodzi się On w tym (i w tych!), co słabe, pomijane i zagubione. Czyste serce jest ważniejsze niż tysiące zewnętrznych praktyk. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą…

Chce dlatego nawiązać jedynie do słów Benedykta XVI z pasterki w Rzymie. Mówił on, że dziś często o Bogu zapominamy. Tyle, że zapominając o Nim tracimy też zwykle kontakt z innymi ludźmi. Bardziej interesujemy się samymi sobą niż tymi, na których – teoretycznie – tak bardzo nam zależy. Tak tak – każdy będzie się zapierał, że w święta ma czas tylko dla rodziny i bliskich. I jeżeli faktycznie tak jest, to dobrze, ale czasami lepiej sobie coś wcześniej uprzytomnić, nawet jeżeli ma to być przykre i bolesne, niż dalej ranić swoją obojętnością ludzi, których prawdziwie kochamy.

Tego wam życzę. Być prawdziwym przed sobą. Nawet jeżeli do Boga wam daleko, to taka postawa i tak bardzo was do Niego zbliża. Zbliża też do drugiego człowieka. Do małego Jezusa przyszli i ubodzy pasterze i trzej mądrzy magowie ze Wschodu. Dlaczego? Bo był. I to naprawdę był! W ciele urodził się raz, ale w nas może się rodzić każdego dnia…

Potrzeba niewiele

Udało mi się usiąść na chwilę przy komputerze, by zebrać ostatnie wydarzenia i jakoś je podsumować. Ciężko mi to przychodzi, bo naprawdę przeżyć jest bardzo dużo a ja mam jeszcze tylko kilka godzin, które mogę spędzić z rodziną przed powrotem do stolicy. Wczoraj przed północą wróciłem z praktyk na jednej z warszawskich parafii.

Można powiedzieć, że to parafia wśród ludzi, bo kościół stoi niemal na środku ogromnego osiedla. Przez ponad dwadzieścia dni mogłem się przyglądać życiu kilkudziesięciu tysięcy zwyczajnych ludzi. Nie mieszkałem na plebanii – codziennie dojeżdżałem z seminarium – i dzięki temu „towarzyszyłem” im w drodze do pracy i potem wieczorem, gdy zmęczeni wracali do domów. Tu i ówdzie mogłem spotkać grupy panów, którzy z uśmiechem na twarzy popijali tani alkohol lub dzieci i młodzież, które mimo później pory nie mogły znaleźć drogi do domów. I tutaj właśnie toczyło się moje życie. Wśród zwykłych problemów zwykłych ludzi. Pewnie z powodu mego wieku, zwracałem uwagę głównie na moich rówieśników. Pierwsze, co nasuwa mi się na myśl, gdy o nich myślę, to słowo „poszukiwanie”. I z rozmów i z obserwacji wynika, że większość z nich próbuje jakoś odnaleźć swoje miejsce we współczesnym, „wielkim” świecie. Szukają rzeczy naprawdę najprostszych, które teoretycznie tak łatwo byłoby im zapewnić, a jednak nie ma komu… Zainteresowanie rodziców, poczucie bezpieczeństwa, akceptacja kolegów ze szkoły… To frazesy. A im jest po prostu potrzebny ktoś z kim mogli by pogadać o wszystkim. Dosłownie o wszystkim. O tym dlaczego rodzice się kłócą, dlaczego rodzony brat ich nie rozumie, dlaczego wyglądają gorzej niż by chcieli, dlaczego… Każda twarz, którą widziałem podczas prawie piętnastu godzin, które spędziłem podczas samych przejazdów metrem i tramwajem, była takim jednym wielkim „dlaczego”.

I sama parafia. Ludzi młodych mało – w większości do kościoła przychodzą osoby starsze. Przez długi czas myślałem, że ta ich obecność nie ma większego znaczenia. Bo co to za parafia, gdzie średnia wieku szybuje ponad pięćdziesiątkę? Ale przecież i ci przychodzą, bo czegoś szukają. A my nigdy nie możemy nikogo tak po prostu skreślić. I to nie tylko my – księża, ale po prostu my – ludzie. Każdy zasługuje na miłość… Zwykle nie potrzeba wiele – wystarczy szczery, prawdziwy uśmiech i dobre słowo. To naprawdę niewiele.

Ja taką życzliwość odnalazłem we wspólnocie księży na plebanii. Nie będę wiele pisał na ten temat, bo i po co? Mam nadzieję, że dałem im zrozumieć, jak bardzo jestem im wdzięczny za atmosferę, która pozwalała mi się poczuć jak w domu, a nie jak w pracy. Nie potrzeba do tego własnego pokoju z łazienką. Obecność drugiego człowieka jest znacznie bardziej cenna.

Pisać pewnie mógłbym jeszcze długo, ale już późno a jutro rano znowu ruszam do Warszawy. Może przejeżdżając Wisłę uda mi się zobaczyć coś z tych skarbów, które tam ostatnio odnajdują archeolodzy? Ale to jutro. A teraz jeszcze brewiarz i spać.

A mojej parafii jeszcze raz mówię – dziękuję!

Kto działa?

Wakacje szybko mijają. Jutro wracam do Warszawy po kilku dniach spędzonych na wsi – zaczynam praktyki w jednej z warszawskich parafii. Rok temu o tej porze byłem gdzieś pod Poznaniem wraz z przyjaciółmi, z którymi chcieliśmy zwiedzić Francję mniej znaną. Z tej krótkiej początkowo trasy, powstało z czasem ponad 7000 kilometrów nieznanych dróg i ponad 3 tygodnie niezwykłych dni…

Ale wracam do meritum. Kilka dni temu wróciłem z rekolekcji dla chłopaków z kursu lektorskiego. Pomagałem przy ich prowadzeniu już po raz trzeci (czyżby ostatni?). Dwanaście miesięcy czekam na ten tydzień. Nie wiem dlaczego, ale zawsze przynosi mi on wiele radości i spokoju. W tym roku też witałem chłopaków z dużą dozą optymizmu. Nie pomyliłem się – faktycznie odpocząłem przez tych kilka dni. Ale… no właśnie – nie wszystko poszło tak, jak to sobie pierwotnie zakładałem.

A jakie było założenie? Że pomogę chłopakom przeżyć najlepsze rekolekcje w ich życiu, które może coś w nich zmienią, może nie, ale które z pewnością zapamiętają na długo. No tak… Nie planowałem raczej sam w te rekolekcje wejść. Miały być grupki dzielenia, gdzie będę robić za animatora na uboczu, który tylko inicjuje jakąś rozmowę, miała być wieczorna adoracja, na którą miałem przychodzić jedynie sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, czy nikogo nie brakuje… Tak miało być. Ale Ktoś zrobił mi niezłą niespodziankę.

Wielokrotnie chłopaków za coś upominałem, coś im tłumaczyłem. Gdy się później nad tymi słowami zastanawiałem, to pomyślałem – dlaczego sam nie robię tego, o czym im mówię?! Łapałem się na tym niemal na każdym kroku i w końcu trzeba było coś zmienić… Nie warto wyręczać Boga w tym, co robi naprawdę nieźle. Raczej trudno z Nim konkurować w jakiejkolwiek dziedzinie… I tak, to ja przeżyłem jedne z najlepszych rekolekcji w moim życiu. Po cichu mam ciągle nadzieję, że nie tylko ja… Może nie były one takie typowo seminaryjne, tzn. z ciągłym milczeniem, masą konferencji i ciągłym ziewaniem, ale czułem z całą pewnością, że Ktoś tam naprawdę działał. I to z pewnością nie byłem ja…

Chłopaki zafundowali mi, może nieświadomie, ale super rekolekcje. Najbardziej dziękuję wspomnianej już grupce, która mnie trochę w tych dniach prowadziła. Pozwólcie, że wymienię Was z imienia – może kiedyś się to jeszcze przyda – dzięki dla Piotra, Pawła, Kuby, Jacka, Ernesta i Tomka. Cóż były ofiary tych duchowych manewrów – Piotrek musiał wrócić już czwartego dnia z powodu złamanej nogi, ale za to przed wyjazdem dał mi jeszcze naprawdę mocne świadectwo tego, że czasem warto zaryzykować i czegoś spróbować nawet wtedy, gdy kompletnie nie widzi się w czymś sensu… I że trzeba ciągle czuwać, bo nigdy nie wiadomo, co czeka nas jutro.

Ze swoją grupką zżyłem się najbardziej, ale każdy z 32 młodych facetów jakoś zostanie w mojej pamięci. Bóg działa tak, jak chce. Chcielibyśmy czasem pomóc w planowaniu naszego życia, ale On i tak zrobi po swojemu. Zwykle wie jednak lepiej, co naprawdę dla nas dobre… Jeszcze raz wielkie dzięki dla Was wszystkich!

Dlaczego uważać? – ACTA

Ostatnie tygodnie zdominowały spory o różne międzynarodowe porozumienia mające na celu ochronę praw autorskich, bądź prościej – jak sądzi większość – cenzurę Internetu. Sprawa w jakiś sposób dotyka każdego, kto coś tworzy, publikuje, stąd krótki głos w tej sprawie i próba ujęcia od strony moralnej.

Na początku należy zaznaczyć, że sytuacja nie jest prosta – ma wiele wątków, odniesień. Trudno zatem ferować ostateczne wyroki w stylu – „koniecznie tak” lub „oczywiście nie”. Warto jednak zwrócić uwagę, by sprawę rozważać w sposób rozsądny, pozbawiony nadmiaru emocji. Wzajemne oskarżenia nigdy nie przynoszą niczego dobrego, przynajmniej gdy nie są konstruktywne a tak się ostatnio niestety dzieje. Wszelkiego rodzaju próby wymuszenia czegoś na kimś, zawsze będą prowadzić do uszczelniania stanowisk i zamykania się na rozmowę. Protest tak jawny, jak chociażby blokada strony czy innego medium, powinien być ostatecznością. Prawdziwą „ostatnią deską ratunku” a nie jedynie próbą manifestowania siły czy umiejętności. Warto wyczerpać drogi „pokojowe”, które zazwyczaj okazują się nie tylko prostsze, ale i skuteczniejsze.

Kolejny aspekt – piractwo w sieci. Ktoś powie – zawsze było i zawsze będzie. I zapewne jest to prawda, bo szarej strefy nigdy nie usuniemy. Na tym właśnie polega, że działa poza prawem – ucieka przed nim, ukrywa się i zasadniczo nie daje się złapać. Istotniejsze jest jednak by pamiętać, że to co można, nie zawsze przynosi korzyść. Trzeba podejmować mądre decyzje – dobre decyzje, które będą sprawiedliwe i uczciwe. Potrzeba bowiem nam dziś sprawiedliwości zarówno w stosunku do samych siebie, jak i do innych. To warunek budowania zdrowego społeczeństwa.

I wreszcie to, co najważniejsze. Za nieuczciwe i niegodziwe należy uznać wszelkie próby ograniczenia dostępu człowieka do prawdy. Jest to niezbywalne prawo osoby, które wynika bezpośrednio z jej godności. Kłamstwo, czyli brak prawdy, jako zasada przyjmowana w jakiejkolwiek instytucji zaufania publicznego budzi w nas zdecydowany opór. Chcemy, by ci których wybieramy w powszechnych głosowaniach, byli faktycznie naszymi reprezentantami. Od reprezentanta wymaga się zaś, by zdawał raport ze swojego „włodarstwa” – nie można w nim niczego ukrywać ani pomijać. Autorytatywne ocenianie jakichkolwiek treści, jako niewłaściwych, kłóci się z ludzką wolnością. Człowiek ma prawo, by w granicach określanych przez etykę i chrześcijańską moralność, w  y  b  i  e  r  a  ć.

Trzeba uważać, by nie zapędzić się w iluzorycznych próbach zastąpienia Boga, zastąpienia ludzkiego osądu moralnego. Nie da się człowieka zaprogramować. Nie da się go zamknąć w ramach czyjegoś systemu myślenia. Mamy rok 2012 – miejmy nadzieję, że Orwellowski „Rok 1984” to już historia…

Ważne – ważniejsze…

Zaczyna się powoli sesja. Zapewne w najbliższym czasie i mnie i pewnie wielu z Was czeka ogrom wyzwań intelektualnych a w związku z tym – chroniczny brak czasu. Jak co roku, ten okres przypomina mi, jak słabym jestem człowiekiem. Nie chodzi tylko o egzaminy… To jest sfera obiektywnej (przynajmniej w założeniu) oceny – zależy od szeregu czynników, które mniej lub bardziej od nas zależą. Słabość okazuje się zaś w relacjach.

Jeżeli nie mam na coś czasu, znaczy to tyle, że w gruncie rzeczy nie chciałem go mieć. W ten sposób – przez „lokatę” czasu – najłatwiej się zabezpieczyć, najłatwiej zamknąć się na ludzi obok, na Kogoś więcej… Słabość w tym względzie polega na tym, że zamiast dóbr duchowych, które wynikają z budowania czegoś z kimś lub Kimś, zdarza się mi wybierać siebie, własną pracę, własne obowiązki.

Egocentryzm niszczy w nas siłę, gdyż pozbawia odniesienia do innych. A to drugi człowiek jest tym, który może mi pomóc gdy jestem słaby lub dać satysfakcję, gdy ja będę mógł pomóc jemu. Zabawa polega na tym, że zazwyczaj trzeba zaryzykować. Coś dać, nie licząc na nic. Tyle, że jeżeli do tego dorosnąć – zawsze zyskam!  Jeżeli bowiem ktoś źle na mnie spojrzy, to przecież – na nic więcej nie liczyłem. Jeżeli ktoś podziękuję – to będzie dla mnie coś dobrego…

Chodzi jednak o coś więcej niż chłodną kalkulację zysków i strat.

Ważny czas

Wreszcie udało mi się znaleźć chwilę czasu, by podzielić się tym, co przeżyłem pielgrzymując przez prawie miesiąc po żywych wspólnotach europejskiego Kościoła. Był to bardzo ważny czas, można powiedzieć, że czas podczas którego wiele zrozumiałem i bardzo wiele nowych rzeczy się nauczyłem. Pozwolę sobie opublikować tutaj część notatek z podróży, które pisane z dnia na dzień, mogą dać pełniejszy obraz samego wyjazdu.

28 sierpnia, Altöting

Jest późny wieczór w niedzielę 28 sierpnia. W tym momencie nasza szóstka jest już w Altöting w Niemczech. Z tego, co wiem, od soboty od godziny 21. (kiedy to wyruszyliśmy z Warszawy) przejechaliśmy już ponad 1000 kilometrów. Bardzo dużo. Kierowcy zmęczeni – Bogu dzięki za Mikołaja i Piotrka. Dzisiaj z ważniejszych miejsc, byliśmy w Vierzehnheiligen, Bamberg i Ratyzbona. Ale trzeba dodać do tego niesamowite widoki niemieckiej przyrody, podczas podróży samochodem. Atmosfera w grupie chwilami napięta (…) W końcu tutaj przyjechaliśmy się "uczyć" wspólnoty. Mamy sporo czasu na poznawanie siebie nawzajem. Czas spać – nie spałem poza kilkoma drzemkami w samochodzie od ponad 30 godzin.

Wielka Kartuzja, 1 września 

Właśnie siedzę w lesie, gdzieś w okolicach Wielkiej Kartuzji we francuskich Alpach. Widoki zapierają dech w piersi. Szczególnie tutaj, gdzie w wielkiej ciszy żyją bracia i przyroda. Cisza nie jest tu przygnębiająca. A takie wrażenie miałem często w seminarium. Czy zatem była to jednak cisza? Tutaj trwanie w ciszy serca przynosi ukojenie. Pozwala słyszeć Boga. A Ten przychodzi na różne sposoby.

Zupełna cisza pozostawia człowieka w dwóch układach odniesienia – do Boga i do samego siebie. Gdyby człowiek modlił się, nie rozmawiając wcześniej ze sobą, nie konfrontując się ze swoimi problemami, ze swoim zmęczeniem, modlitwa byłaby wówczas jedynie czczą gadaniną.

Jak wielki jesteś Panie
w ciszy.
Jak dobrze jest Cię wysławiać,
gdy nie jestem sam.
I nieważne są słowa milczenia.
I nie liczy się samotność modlitwy.

Bo Ty jesteś
nawet gdy drzewa nie szumią
i gwiazdy na niebie się skryły.

Będę czekać na Ciebie.
Bo wiem, że przyjdziesz.

Taizé, 7 września

Wieczór w Taizé. W zasadzie jest to już czwarty wieczór w tym miejscu niezwykłym i banalnym zarazem. Niezwykłym dlatego, że czymś wspaniałym jest łączyć tyle kultur, tyle typów myślenia, przede wszystkim właśnie tylu ludzi, w jednym  celu – żeby w jakiś sposób doświadczyć Boga, modlitwy. A banalnym dlatego właśnie, że ta modlitwa niekiedy wydaje się być tylko punktem programu, który choć ważny, okazuje się mniej istotny niż chociażby spotkania z rówieśnikami z innych krajów. Często mam też tu wrażenie, że od samego życia ważniejsza jest jego jakość. Liczy się życie pełną gębą przez możliwie długi czas (…) Bóg nad tym wszystkim czuwa.

Taizé, 8 września

Dzisiaj spotkaliśmy się z bratem Aloisem – sługą komunii, czyli przełożonym wspólnoty. powiedział nam, że ksiądz ma być przede wszystkim chrześcijaninem a w kapłaństwie najważniejsze jest odnajdywać i ciągle odnawiać radość w relacji do Chrystusa.

***

Modlić się to nie znaczy tylko wypowiadać jakieś określone formuły czy zdania. “Nie tylko”, czyli nie jest to coś złego. Każdy ma wrażliwość, która jest czymś bardzo ludzkim, to znaczy bardzo osobistym i indywidualnym. Modlitwą może być też patrzenie Bogu w oczy. Jestem na wieczornej modlitwie w Taizé. Będę próbował patrzeć Mu w oczy.

***

Pierwsze słowa jakie usłyszałem po zapisaniu ostatniego zdania: Gdy bowiem nie umiecie się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za wami w błaganiach… Bogu niech będą dzięki! On tu jest.

***

Niezwykłe jest działanie Boga w ludziach. To jest to, czego teraz doświadczam i czego z pewnością nie zapomnę. Ważne jest bowiem nie to, czy ci ludzie wchodzą w relację ze mną – ważne, że dostrzegam ich relację do Boga. To, że Bóg działa w nich sprawia zaś, że działa też przez ich obecność, wszędzie tam, gdzie się pojawiają. Przemawia przez nich jak przez proroków. Tak, oni są – każdy z nas jest – prorokiem tego tysiąclecia. Bóg chce przez nas mówić. Musimy oddać Mu swe usta.

Taizé, 9 września

Jest piątek. We wspólnocie Taizé to dzień, w którym przedpołudnie jest zarezerwowane na milczenie. Próbuję właśnie w tym milczeniu trwać. Wyszedłem w okolice wioski, tak by bez tłumu móc się zastanowić nad zaproponowaną Ewangelią. Bóg przemawia w ciszy. Nawet, gdy wokół jeżdżą samochody lub ktoś właśnie ścina drzewo. To naprawdę nie przeszkadza, gdy ciszę niesie się w sobie.

Panie, Ty karmisz mnie Sobą, gdy jestem głodny. Ty poisz mnie Swym Słowem, gdy jestem spragniony. Nagość mojej słabości przyodziewasz Krzyżem i wyrywasz mnie z więzienia własnej niewystarczalności. Odnawiasz mnie miłością, bym mógł żyć. Bądź pochwalony! Amen.

***

By wspólnota mogła być nazywana wspólnotą, nie potrzeba by dokonywały się w niej jakieś straszne rzeczy. Nie potrzeba fajerwerków w postaci nakręcanych sztucznie sporów czy kolejnych pojednań. Przebaczenie, które nie wynika z prawdziwej i realnej potrzeby człowieka a jest jedynie próbą poprawienia nastroju, prowadzi prędzej czy później do powstania prawdziwych zranień, które uleczyć może być bardzo trudno.  Dlaczego? Pojawia się bowiem nieufność. Trudno zaufać osobie, która pragnie pojednania, podczas gdy my nie wiemy, gdzie nastąpił rozpad. Wówczas lekarstwem może być rozmowa. Lub cisza. Cisza leczy rany, gdyż pozwala się im zasklepić, pozwala zrozumieć, co nas tak naprawdę zabolało. Jestem  w kościele w Taizé – na  środku leży Krzyż – dzisiaj piątek. Chrystus przebaczył umierając, ale nie żądał przebaczenia. Nie On w końcu zawinił. W ludzkich relacjach to rzadka sytuacja – zazwyczaj wina leży w środku relacji między dwojgiem ludzi. Trzeba sobie wówczas przede wszystkim zdać sprawę z własnej grzeszności. Własnego niepokoju. Oskarżenia powodują bowiem jedynie dalsze nawarstwianie się problemów. To, że mamy z czymś trudności jest wielkim darem. W ten obszar Duch może wnieść prawdziwy pokój a w konsekwencji zdrową radość. W naszych słabościach obficie wylewa się łaska. Panie daj mi przyjąć wszystko, co dajesz.

Taizé, 10 września

(…) Ksiądz, kleryk powinien jako pierwszą stawiać relację do Chrystusa. Służba ludziom zawsze będzie jakoś z tej relacji wynikać.

***

Sobotni wieczór. Siedzę bardzo blisko brata Aloisa. Dzisiaj liturgia światła we wspólnocie. Po mojej prawej stronie wysoki, gliniany świecznik a na nim paschał. Świeca już się pali. Potrzeba nam dziś światła, tego Światła, które nigdy nie zgaśnie. W Taizé to Światło zdaje się być nie tylko symbolem…

Fontgombault, 11 września

Drugi dzień pobytu w opactwie w Fontgombault. Jest wieczór, na klasztornej wieży właśnie wybiła 21.30. Na terenie opactwa jest już cisza. Ostatnia modlitwa kończy się koło 21. i mnisi idą spać, bo rano trzeba wstać nieco przed 5.  Dzień wypełniony modlitwą. W kościele zbieraliśmy się siedem razy.  I z pewnością nie było to “klepanie pacierzy”. Dzisiaj mieliśmy dużo szczęścia, bo mogliśmy uczestniczyć we mszy świętej ze złożeniem ślubów wieczystych. Piękna uroczystość, bardzo wymowna. W kazaniu nowy opat wspólnoty mówił o ważnej roli imienia. Nowe imię – przybierane także w profesji wieczystej – jest znakiem oddania swego życia Bogu. Mnisi są dziś dla nas znakiem, że jest dla Kogo żyć. Są znakiem głębokiej łączności z posłannictwem Maryi – tej, która przybrała imię “służebnicy Pańskiej”. 

Mający złożyć profesję w pewnym momencie obrzędu stanął przed ołtarzem z wzniesionymi, rozkrzyżowanymi rękoma i zaczął śpiewać: “Przyjmij mnie, Panie, według słowa Twego, a będę żył”, potem uklęknął, złożył ręce na piersiach i ze skłonioną głową dodał: “i nie zawstydzisz mnie ze względu na oczekiwanie moje”…

Po południu mogliśmy osobiście spotkać się z opatem wspólnoty. Powiedział nam coś bardzo ważnego. Ksiądz nie jest tym, który decyduje, tę swoją wolę ma z każdym dniem coraz bardziej ofiarowywać Bogu. Nie może się jej wyrzekać, gdyż w ten sposób uciekałby od odpowiedzialności i trudności, lecz coraz bardziej ma zbliżać swe serce do Bożego Serca.

Jutro po porannej Mszy świętej i śniadaniu ruszamy do Paryża. Po drodze jeden z zamków nad Loarą i Orlean. Deo gratias!

Solesmes, 16 września

Jesteśmy już w Solesmes, dopiero co przyjechaliśmy. Piszę jednak już teraz, bo jest trochę przeżyć z ponad dwudniowego pobytu w Paryżu., gdzie nie udało mi się skreślić żadnych słów. Do tego dzisiaj straszny ból głowy. Mam nadzieję, że przejdzie.

W Paryżu byłem po raz pierwszy. Miasto niezwykłe, bo choć bogate w najgorsze kontrasty, to jednak przede wszystkim czuć w nim, że ludziom na czymś zależy. Każdy ze spotkanych na drodze przechodniów był może nie tyle szczęśliwy ze swego życia – bo to rzadko nas oszczędza – ale chyba każdy był jakoś pogodzony z tym, co mu daje Bóg. Na pewno nie dało się odczuć charakterystycznego chociażby dla nas Polaków narzekania. Nigdy nie narzekać, za wszystko dziękować – te słowa jednego ze zmarłych jakiś czas temu księży, wydają mi się tu bardzo trafne. 

Kościół we Francji a na pewno w Paryżu nie jest w odwrocie. Wprost przeciwnie – jest prężny, aktywny a przede wszystkim wierzący. W stolicy Francuzów usłyszałem od kogoś, że choć może faktycznie Kościół w Polsce jest liczniejszy, to jednak francuski z pewnością nie ustępuje mu mocą modlitwy. Jestem bardzo zbudowany wizytą w każdym paryskim kościele. Tam rodzą się nowe wspólnoty, które nie boją się zniszczeń w porewolucyjnej moralności.

Będąc w Paryżu zobaczyliśmy oczywiście wiele pięknych miejsc. Wieża Eiffla, Łuk Triumfalny, Katedra Notre Dame, Luwr, Panteon, podparyski Wersal i wiele, wiele innych. Dobrze było tam być.

I tu notatki się urywają. Co nie znaczy, że skończyły się przeżycia. Te trudno byłoby opisać nawet przez najbliższy miesiąc. Dziękuję Panu, że udało się nam wszystkim szczęśliwie wrócić. Potężny jesteś Panie…

Razem

Dużo ostatnio przemyśleń o wspólnocie. Większość zapewne to wynik tego, co się wokół dzieje a co jakoś mnie dotyka, jakoś mnie angażuje. Chcę się tymi myślami podzielić. W wielu momentach mogą być one bardzo chaotyczne, ale może dzięki temu uda się przemycić w nich nieco prawdy o mnie.

To co odkrywam od dłuższego czasu, to fakt, że wspólnoty nie da się mieć, nie da się jej od tak zbudować. Nie może być ona wynikiem psychologicznych trików, przechytrzenia innych. Wspólnota nie buduje się bowiem słowami. Wspólnota buduje się rozmową. Uczniowie, którzy zdążają do Emaus (Łk 24, 13-35), może mieli za sobą bagaż nieporozumień, może od czegoś uciekali. Jednak nie to w ich historii było najważniejsze. Oni ze sobą nie rozmawiali. Rozmawiają z Jezusem, którego spotkali na drodze, ale nie zamieniają ze sobą ani słowa. Język rozwiązuje się im dopiero wtedy, gdy wracają do swego rodzaju jedności, gdy potrafią razem zasiąść do stołu, przyjąć łamany przez Jezusa chleb. Wtedy dopiero pojawia się dialog: „Czy serce nie pałało w NAS…”. Już nie ma „ja”, nie ma „ty”. Uczniowie mówią o sobie „my”.

Znali się od dawna. Żyli ze sobą z dnia na dzień. Z własnego doświadczenia wiem, że to przynosi wiele nieporozumień, w większości niedopowiedzeń. W tym wirze, który uwiera, z którego chciałoby się uciec, zapomnieć, wrócić do dni, kiedy wszystko było w porządku, nie można stracić z oczu drugiego człowieka. Nie można próbować ratować sytuacji na własną rękę, bo to nie będzie wspólnota, tylko próba ucieczki ze stanu samotności. Wspólnota nie jest lekiem na samotność. Paradoksalność tego stwierdzenia tłumaczy fakt, że jeżeli wspólnota miałaby być używana tylko w tym celu, to zazwyczaj szybko traciłaby tę właściwość. Wspólnota nie leczy, leczą ludzie, leczą żywe relacje ja-ty, które opierają się na uświadomionym pragnieniu uzdrowienia. Dopóty nie dostrzegę potrzeby pomocy ze strony wspólnoty, dopóki „mądra” wspólnota będzie czekać, by nie zranić.

Nie da się tu nic przyspieszyć. Zawsze chcemy podświadomie, żeby było lepiej. Żeby się lepiej ze sobą dogadywać, żeby po prostu lepiej ze sobą żyć. Czyż jednak nie dążymy wówczas do realizacji własnego planu, własnej potrzeby szczęścia? Nie będzie w tym nic złego, aż do momentu, kiedy to własne szczęście nie będzie ograniczające dla całej wspólnoty, niszczące ją całkowitą negacją tego, co być może ważne dla pozostałych jej członków a co niekoniecznie pokrywa się z własnymi ideałami.

Nie ma jednego ideału ludzkiej wspólnoty. Każdy z tych, które w tym momencie byśmy przywołali, będą zapewne wynikową naszych pragnień, naszych oczekiwań. Tymczasem czy nie ta wspólnota jest idealna, którą sam tworzę, w którą wkładam siebie, na tyle na ile potrafię, na ile chcę i na ile mogę? Tak, jest idealna, pozostaje tym ideałem tak długo, jak ja w niej jestem sobą, jestem prawdziwym „ja”. Heroizm autentyczności jest elementem składowym tego, co nazywamy relacją. Ta relacja przeradza się wspólnotę wtedy, gdy jesteśmy gotowi na heroiczną miłość. Wielkie słowo? A chodzi tylko o to, by rozmawiać z drugim człowiekiem jak z bratem, jak z przyjacielem…

A jest to bardzo trudne.