Wątpliwa diagnoza

Już jakiś czas temu współczesność porzuciła prawdę jako wartość, o którą należy zabiegać. Została ona zastąpiona przez pojęcia takie jak popularność, użyteczność, czy przyjemność. Wszystko oczywiście w imię wolności. Wolności, która nienarodzone dzieci uważa za zlepek komórek, a jednocześnie brzydzi się tymi, którzy nie zrozumieli jeszcze, że weganizm to przejaw humanitaryzmu.

Bóg, honor i Ojczyzna to dziś relikty, czasem niepopularne nawet wśród wierzących. Dlaczego? Bo są stygmatem ciemnoty i zacofania. Bez znaczenia pozostaje ich historyczne umocowanie, wszak należy żyć chwilą i z nadzieją patrzeć w przyszłość. Historia przestała być nauczycielką życia, bo zachowuje się niczym stara ciotka, wspominająca sprawy, o których nikt już nie chce słyszeć. Bycie dziś inteligentem, wiąże się raczej z czytaniem określonej prasy i bywaniem w miejscach wyznaczających trendy, aniżeli dążeniem do rozwoju intelektu, czy „umiłowaniem mądrości”. Bo czyż ludzkiej wartości nie oblicza się na podstawie ilości lajków i subów?

Wolność, równość i braterstwo – to odpowiedź cywilizacji na los, jaki zgotowała jej Ewangelia – fundament katolickiego „ognia i miecza”. Dziś być bratem to znaczy patrzeć tylko na siebie, budować swoje ja. Może mi w tym pomóc bycie szlachetnym i szczodrym. Oczywiście pod warunkiem, że wszyscy zobaczą, jak daję jałmużnę. Ciche i nienarzucające się wsparcie najuboższych jest po prostu bez sensu. Być bratem to przecież nie wtrącać się w życie brata pod żadnym pozorem, chyba że tym pozorem jest wolność. Wolno zatem brata pouczyć, gdy nie korzysta należycie z wolności seksualnej, czy wolności słowa, ale zbrodnią jest przypomnieć o archaicznej kategorii grzechu.

Czy człowiek się zatrzyma? A jeżeli nie, jaka czeka nas przyszłość? Patrząc w nią przez okulary współczesnego relatywisty – z pewnością świetlana. Przecież śmierć i tak kończy wszystko.

A ja i tak pozostanę człowiekiem Wielkiej Nocy. Nie porzucę nadziei, nawet jeżeli zostanę z tego powodu dołączony do któregoś „sortu”.

 

 

 

Bez pamięci umieramy

Dziś Święto Niepodległości. Piękny dzień, w którym czujemy się wszyscy trochę bliżej, bo chodzi przecież o wspólne dobro, Ojczyznę.

W kościele można było usłyszeć dziś Ewangelię o oczyszczeniu z trądu dziesięciu osób. O wydarzeniu, które przywróciło tym ludziom życie, zarówno fizycznie, jak i społecznie. Czegoś wielkiego dokonał Jezus. Ale podziękował Mu tylko jeden.  I to on oprócz słów o oczyszczeniu, usłyszał też te o uzdrowieniu.

Ten, który pamiętał został uzdrowiony. JP2 mówił, że naród bez przeszłości jest też narodem bez przyszłości. Potrzeba prawdy w historii, by pójść naprzód, bez ciągłego oglądania się za siebie, bez obaw, że ktoś dźgnie w plecy. Przykład? II Wojna Światowa się skończyła, ale Katyń – zakłamany – pozostawał nieznośną chorobą duszy.

Każda historyczna >gruba kreska< nie jest uzdrowieniem, a jedynie hodowlą lęków i wzajemnych uprzedzeń. Można by ich uniknąć. Ale czasem za bardzo boimy się prawdy. Pamięć tych, którzy prawdy nigdy nie poznają jest upośledzona, a dla tych którzy tę prawdę skrzętnie ukrywają, stanie się histerycznym wyrzutem.

Jak wygląda dzisiaj nasza polska pamięć? O czym się mówi, a co się przemilcza? Żelazna kurtyna w końcu runie.

Bez pamięci umieramy.

Co ja bym zrobił

Chciałem napisać coś przygnębiającego. Coś o tym, że jesteśmy świadkami schyłku cywilizacji, że świat się kończy, że człowiek sam niszczy siebie. Słowem – nadchodzi „apokalipsa”…

Bo takie emocje towarzyszą mi, gdy słyszę o tym, co wydarzyło się w Stanach, gdy dowiaduje się że chłopak i chłopak to też rodzina, gdy mówią, że jest coś takiego jak prawo do dziecka (niczym domowego zwierzątka), gdy twierdzi się, że jest wolność słowa, ale pewnych spraw poruszać nie wolno. Wkurzam się, gdy oglądam serwis informacyjny i wiem, że mną manipulują. Na prawo i lewo.

Jeszcze bardziej irytująca jest pewność, że mój głos i tak nic nie zmieni. Jestem chrześcijaninem. Jestem księdzem. Powinienem milczeć.

Mieszkam na placu Zbawiciela, na Zbawixie. I choć wielu sytuacji, osób tu nie rozumiem, to darzę je wielkim szacunkiem. Wierzę, że Bóg dla każdego przygotował coś dobrego. Wierzę, że każdy może być świętym.

Co ja bym zrobił bez Boga? Pewnie napisałbym coś przygnębiającego. A tak cieszę się, że mogę żyć tu i teraz.

Wszystko za życie

Dawno nie pisałem o czymś, co zobaczyłem i co mnie zachwyciło. W zeszłym tygodniu obejrzałem film „Into the Wild”, po polsku – „Wszystko za życie”. Zachwycił mnie. Uwaga! Będę streszczał fabułę!

Amerykańska produkcja z 2007 roku to historia młodego chłopaka Christophera McCandlessa, który decyduje się zostawić wszystko, co miał i ruszyć w świat. Pieniądze, które były na jego koncie (24000 dolarów!) przelał na konto fundacji dobroczynnej a samochód zostawił gdzieś po drodze. Zniszczył wszystkie dokumenty, które mogły poświadczać jego tożsamość. Odtąd miał być znany jako „Alexander Supertramp”, czyli po prostu Aleksander Superwłóczęga. Po co to wszystko?

W filmie snuje się kilka wątków, ale zasadniczy przekaz dotyczy poszukiwania prawdziwej wolności i szczęścia. Alexander przede wszystkim ucieka przed nachalną cywilizacją, która pozbawiła ludzi uczyć i wyzbyła z własnych przekonań. Ludzie, goniąc za pieniądzem i karierą, nie potrafią spokojnie ze sobą rozmawiać, wszędzie szukają podstępu a przede wszystkim myślą tylko o własnym interesie.

Główny bohater nie potrafi też znieść konfliktu, który narasta między jego rodzicami. Opuszcza dom jako chłopak, który nie chce dłużej słuchać kłócącego się z matką ojca. Uważa go za hipokrytę, który w domowym zaciszu jest agresorem, a przed światem kreuje się na spokojnego naukowca. Alexander jedyne oparcie znajduje w siostrze, która przez lata trudnego dzieciństwa była jego powierniczką. Teraz dziewczyna wspomina brata, który zniknął bez śladu i którego jej po prostu brakuje.

Supertramp szuka kontaktu z naturą, którą w wielkich miastach wyparły beton i stal. W ten sposób chce tak naprawdę odnaleźć samego siebie. Wyprawa w nieznane odkrywa przed nim wszystkie jego słabości i pragnienia. Na drodze spotyka ludzi, którzy którzy pomagają mu w duchowym dojrzewaniu.

W końcu dociera do celu, jakim była Alaska. Osiedla się w porzuconym autobusie i prowadzi niemal pustelnicze życie. Wydaje mu się, że w ten sposób osiągnął pełnię szczęścia. Jednak gdy pod koniec filmu zatruwa się toksyczną rośliną i jest wręcz pewny zbliżającej się śmierci, zaczyna płakać i zapisuje w pamiętniku następujące słowa:

Autentyczne szczęście można osiągnąć tylko wtedy, gdy można się nim z kimś podzielić.

Czasem wydaje nam się, że ucieczka od świata i jego problemów może wszystko w naszym życiu zmienić na lepsze. Jesteśmy w stanie oddać „wszystko za życie”, za prawdziwe życie. W pewnym momencie okazuje się jednak, że uciekając od pogoni za pieniądzem, zaczynamy inną gonitwę. Gdy wokół nas nie ma ludzi, z którymi moglibyśmy dzielić największe nawet szczęście, okazuje się ono zupełnie bezwartościowe.

Alexander pod koniec życia zorientował się, że Ci na których mu najbardziej zależało, którym chciał zaimponować, których chciał zmienić, zostali gdzieś daleko i w tym względzie jego starania okazały się daremne. Jednak w tej zupełnej samotności rodzi się w nim niezwykłe pragnienie Boga, który staje się jedynym powiernikiem jego radości. Ostatnie słowa jakie zapisał brzmiały:

Miałem szczęśliwe życie i dzięki ci, Panie. Do widzenia i niech Bóg was wszystkich błogosławi!

Warto wspomnieć, że film został oparty na prawdziwej historii. Ciało zmarłego Christophera McCandlessa, ważące zaledwie 30 kilogramów, odnaleziono na Szlaku Stampede na Alasce.

Polska

Przyglądam się temu, co dzieje się ostatnio w naszym kraju. Nie, nie chcę opowiadać się po którejkolwiek ze stron narastających konfliktów, sporów… Moją uwagę przykuwa bowiem bardziej inny fakt. Przeglądając fora internetowe, serwisy społecznościowe, czy wreszcie zaglądając do prasy, bądź telewizji nie mogę oprzeć się wrażeniu, że narasta w nas – Polakach – jakaś dziwna niechęć do Polski. Jeżeli jakakolwiek afera miała komukolwiek zaszkodzić, to zaszkodziła nam samym.

Żeby wzbudzić w kimś niechęć do czegoś lub kogoś wystarczy chwila, tak zwane pierwsze wrażenie. Nierzadko jest jednak tak, że coś lub kogoś szacunkiem darzymy, jednak z czasem ów szacunek może przerodzić się w coś zgoła odmiennego. Jeżeli na coś ciągle narzekamy, to jak może nam to sprawiać radość? Chcielibyśmy być w Polsce szczęśliwi, ale jak rzadko dostrzegamy jej zalety, korzyści płynące z mieszkaniu tu właśnie? Czy faktycznie ich nie ma? Nie wydaje mi się!

Szczególnie mocno razi mnie, powątpiewanie o naszej wolności, niepodległości. Można być przez kogoś jawnie zniewolonym – tak było w czasach rozbiorów, komunizmu. Może być jednak też taka sytuacja, w której kajdany znajdują się w naszym myśleniu, w naszych sercach. Obawiam się, że tych nie wszyscy potrafią się pozbyć.

Wolność narodu zależy od wolności obywateli. Póki czujemy się zniewoleni, faktycznie trudno nam myśleć o miejscu, w którym żyjemy, jako o wolnym.

Życie na niby

Czasem czujemy, że życie przecieka nam przez palce. I niekoniecznie chodzi o moment, gdy wszystko, co dotychczas mieliśmy – bądź przynajmniej wydawało się nam, że mamy – odchodzi, znika. Czasem jest tak, że mamy wszystko a jakbyśmy nic nie mieli. Już chwyciliśmy Boga za piętę, ale po chwili namysłu okazuje się, że ów Bóg to chyba jednak jakiś taki na niby. Czytaj dalej Życie na niby

List Biskupów w 5 punktach

W niedzielę w większości polskich parafii można było usłyszeć list naszych biskupów. Wywołał on niebywałą jak dotąd skalę zainteresowania medialnego. Co ciekawe – nie kwestie merytoryczne poruszyły tłum, ale sam fakt, że biskupi piszą do powierzonego sobie Kościoła. O czym był list? W 5 punktach… Czytaj dalej List Biskupów w 5 punktach

Why?

Dlaczego tyle w nas lęku przed realizacją marzeń? Dlaczego bojąc się Boga, czasem próbujemy wykluczyć Go z naszego życia? Dlaczego bojąc się życia rozpaczliwie szukamy jakiegoś boga? Dlaczego nie wiemy co mamy ze sobą zrobić i dlatego nie robimy kompletnie nic? Co nas paraliżuje?

Kiedyś powiedziałbym, że to brak zaufania… Dziś myślę nieco inaczej – wystygł w nas mocny człowiek. Wielu z nas boi się myśleć „wielkimi literami” a tym bardziej nimi działać. Wybieramy hedonizm, albo jak ja w tym momencie – filozoficzne dywagacje. A trzeba działać, trzeba walczyć, trzeba podnieść głowę. Dużo tych „trzeba”… a w dzisiejszym świecie nie ma miejsca na nakazy. Jesteśmy zbyt wolni, by dać się ograniczać. Pewnie dlatego kodyfikujemy nawet wielkość ogórka i wysokość drzew w lesie.

Szukamy recepty, ale po drodze zżera nas ambicja, która nie pozwala, by rozwiązać zagadkę. Przecież wówczas intelekt się już więcej nie wykaże. Zresztą – specjalizacja pozwala nam posługiwać się jedynie ograniczonym zbiorem pojęć, które potrafimy uzasadnić.

Gdzieś w tym wszystkim brakuje miejsca dla drugiego człowieka. I ja zbyt zajęty sobą i on podobnie. Pęd do samowystarczalności dobiega do końca. Szkoda, że z pilotem od telewizora w jednej ręce a smartfonem w drugiej. Cywilizacja, która nie potrafi już chyba istnieć bez mediów.

Co dalej? Wierzę, tak na przekór globalnej wiosce wierzę, że jest Bóg, który ma dla mnie plan. Wierzę, że daje mi ten plan odczytać. Wystarczy zaryzykować i zacząć go realizować. Każdy z nas doskonale wie, co powinien robić. Dlaczego wątpimy we własne sumienie? Bo błędne, bo źle ukształtowane… Historia i doświadczenie jest naszym wielkim bogactwem, jakkolwiek trudne i pogmatwane by były. Nie ma nic, co mogłoby nas złamać poza nami samymi.

Co ona robi?!

Od czwartku myślę nad dzisiejszą ewangelią i wciąż jej nie rozumiem. Co ta kobieta czuła, co chciała osiągnąć, dlaczego zrobiła to tak, a nie inaczej?

Patrzymy chyba zwykle na tę ewangelię przez pryzmat miłosierdzia Bożego, przebaczenia i jakiejś formy pokuty, a przecież kobieta z przekazu Łukasza nie miała tej wiedzy, którą my mamy, którą przyszła z Dobrą Nowiną.

Wyobraźcie sobie tę sytuację. Dom faryzeusza. W nim uroczysty posiłek, na który został zaproszony Jezus. Trzeba podkreślić – został zaproszony, nie przyszedł od tak sobie. Do tego domu, fortecy żydowskiej uczciwości, wchodzi także kobieta, o której złym prowadzeniu wie całe miasto. Wchodzi bez zaproszenia. Łamie schemat, łamie przyjęte powszechnie zasady. Przypomnijmy – jest publiczną grzesznicą, według większości egzegetów – cudzołożnicą, a za to w żydowskim prawie kamienowano. Mimo to wchodzi do domu żydowskiego sędziego, wręcz podkłada mu się. Ryzykuje.

Ale to początek „wariactwa”. Wszedłszy do domu, w którym czeka na nią śmierć, nic nie mówi tylko pada do nóg Jezusa. Zaczyna płakać. Łzami myje Mu nogi. Mokre – wyciera swoimi włosami. Później wylewa na nie olejek, który służył do namaszczania głowy. I na koniec najlepsze. Cudzołożnica zaczyna całować stopy Mistrza z Nazaretu. Nie dziwi fakt, że faryzeusz pomyślał sobie: gdyby On był prorokiem, wiedziałby, kto go dotyka i jaka jest ta kobieta… Też bym pewnie sobie o Jezusie pomyślał kilka rzeczy. Osądziłbym Go.

Przyjrzawszy się dobrze całej historii, nie rozumiem jaki był powód takiego zachowania kobiety. Jej zachowanie jest nielogiczne, nieroztropne i w ogóle „nie-„. I tutaj olśnienie. Kiedy człowiek się tak zachowuje? Kiedy jest do gruntu nielogiczny, kiedy robi coś na co na co dzień z pewnością by się nie zdecydował? Kiedy ryzykuje wszystko, łącznie z własnym życiem? Kiedy nic nie jest mu straszne? Jest tylko jedna taka sytuacja. Miłość.

Odpuszczone są liczne grzechu, bo bardzo pokochała. Miłość wyrywa ją śmierci z rąk sprawiedliwego faryzeusza, bo miłość silniejsza jest niż śmierć.

Ciężko stwierdzić jaki charakter miała ta miłość. Wiadomo, że Jezus odpuściwszy jej grzechy, powiedział żeby sobie poszła. Czy to znaczy, że nie odwzajemnił miłości? Po ludzku może tak. Ale przecież On jest tym, który ma wzywać do nawrócenia i obwoływać rok łaski od Pana. Takie jest Jego powołanie. Zadanie wypełnił… i ruszył dalej…

Czasem trudno nam tak po prostu odejść. Coś zostawić. Stracić.