Przykład

Próbujemy innych nawracać, wskazujemy błędy i grzech. Mówimy, co wolno, a czego nie.

Jezus uczy, że ważniejsze od słów jest nasze postępowanie. Jeżeli jest Chrystusowe – będziemy prowadzić innych do Boga. Jeżeli nie – ludzie będą od Niego odchodzić.

Jako chrześcijanie mamy sie wsłuchiwać w Słowo, nie po to, by używać Go jako oręża, ale by według niego żyć.

Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam poddane, co macie mówić. Gdyż nie wy będziecie mówili, ale Duch Święty…

Ewangelia o rezygnacji

Mamy tendencję, by łatwo rezygnować z podjętych planów, zwłaszcza wtedy gdy spotyka nas porażka, czy odrzucenie. Niejednokrotnie zdarza się chociażby, że nie widząc efektów modlitwy, zupełnie od niej odstępujemy. Przestajemy wierzyć w cuda, w to, że nasze trudne nieraz życie może ulec zmianie na lepsze. Realne wydaje się nam jedynie to, co niejako „wyrwiemy” światu przez trud i ciężką pracę. Coraz częściej liczymy tylko na siebie.

Dzisiejsze pierwsze czytanie mówi o ludziach, którzy utracili nadzieję na Bożą opiekę i błogosławieństwo. Zdaje się im, że życie z dala od Boga pozbawiło ich Jego łaski. Najwyższy przypomina tymczasem, że On nie odpycha nikogo, kto szczerze Go szuka. Kiedy wydaje się nam, że nasze życie straciło sens i zostaliśmy opuszczeni przez wszystkich, możemy ulec zaskoczeniu. Bóg nie rezygnuje bowiem z walki o nas nawet wtedy, gdy my wywieszamy białą flagę.

Ewangelia jest historią kobiety, nad którą zawisła groźba utraty tego, co miała najcenniejsze – ukochanej córki. Była ona Kananejką. Przedstawiciele tego narodu byli wrogo nastawieni do Izraelitów, których traktowali jako najeźdźców. Pomimo to, w imię walki o to, co dla niej ważne, kobieta decyduje się złamać panujące konwenanse. Prosi o pomoc Jezusa, który był Żydem. Ten wystawia jej wytrwałość na próbę. Ostatecznie nie może jednak pozostać nieczuły na gorącą wiarę kobiety. Dokonuje cudu uzdrowienia. Gdybyśmy tylko potrafili być równie ufni i cierpliwi na modlitwie!

W minionym tygodniu obchodziliśmy kolejną rocznicę „Cudu nad Wisłą”. W 1920 roku los naszej ojczyzny i całej Europy zawisł na włosku. Wydawało się, że nawała bolszewików łatwo przedrze się przez Warszawę i ruszy dalej na Zachód. Tak się jednak nie stało. Mimo kilkudziesięcioletniej tradycji, dziś unika się określania tego wydarzenia mianem cudu. Choć historycy mają prawo do własnych ocen, to sytuacja ta pokazuje pewną prawdę o współczesnym świecie…

Człowiek XXI wieku, to przecież człowiek postępu i rozumu, a nie cudów. Niemal wszystko potrafimy dziś wyjaśnić. Jednak tajemnica cierpienia ciągle pozostaje dla nas zagadką. Wobec trudności, które czasem spadają na nas niczym grom z jasnego nieba, nauka jest zwykle bezradna. Owa bezsilność może być źródłem zniechęcenia. Gdyby kobieta z dzisiejszej Ewangelii wycofała się po pierwszym „Nie!” Jezusa, życie jej i jej córki nigdy nie uległoby zmianie. Miała jednak w sobie silną nadzieję, która nie pozwoliła się jej poddać. Przykład Kananejki uczy nas, by uwierzyć, że i w naszym życiu Bóg może dokonać cudu. Nawet wtedy, gdy wydaje się nam, że zbyt daleko od Niego odeszliśmy.

Jezus modli się za ciebie

Słowo Boże dzisiejszej niedzieli wzywa nas do walki. Jest zachętą, by na wzór proroka Eliasza i uczniów Jezusa, zmierzyć się z samym sobą – ze swymi lękami i niepokojami. W historii każdego z nas przychodzi okres, kiedy trzeba samotnie wyjść w góry lub wypłynąć w rejs po wzburzonym morzu życia. W czytaniach, które daje nam dzisiaj Kościół, z takiej samotności rodzi się spotkanie człowieka z Bogiem. Bowiem choć Najwyższego można odnaleźć nawet w hałasie wielkiego miasta, to jednak szczególnie upodobał sobie ciszę i „szmer łagodnego powiewu”.

Próbujemy czasem przed Bogiem uciekać i niczym Eliasz chowamy się wówczas w ciemnych grotach naszych przyzwyczajeń i stereotypów. Bóg jednak szuka nas i przemawia do naszych serc, budząc je z letargu i wzywając do podjęcia walki. To, co wartościowe wymaga trudu i zaangażowania. Jednym z najgroźniejszych mitów współczesnej kultury, jest przeświadczenie, że niemal wszystko można osiągnąć na pstryknięcie palców, bez zainwestowania sił i energii. I choć faktycznie wiele rzeczy jest dziś dostępnych na wyciągnięcie ręki, to jednak szczęście, które przynoszą jest na ogół nietrwałe.

Eliasz spotyka Boga w delikatnym powiewie wiatru, nie zaś w wichurze czy trzęsieniu ziemi. Bóg nie ukrywa się w tym, co głośne, spektakularne i niezwykłe, ale w tym co niepozorne, tam gdzie Go zwykle nie szukamy. Kontakt z Bogiem nie musi obfitować w nietypowe zjawiska, a nasze spotkanie z Wszechmocnym może być pełne prostoty. Szukając Go w zwyczajnej, codziennej modlitwie, z pewnością uda się nam się usłyszeć Jego głos.

W Ewangelii uczniowie walczą ze swymi słabościami na rozszalałym morzu. Wydaje się im, że pozostali bez pomocy Mistrza. Tymczasem Jezus wyszedł na górę, aby się modlić. Z pewnością tą modlitwą ogarniał także ich, prosząc Ojca by przetrwali próbę, żeby odkryli prawdę o swym życiu. Prawdę o ograniczeniach, które nie pozwalają im zobaczyć Boga nawet wtedy, gdy jest tuż obok. Jak często strach uniemożliwia nam właściwe rozeznanie trudnej sytuacji? Jedynym wyjściem wydaje się nam wówczas krzyk i głuche wołanie o pomoc. Nie pomaga to jednak w żaden sposób uciszyć serca targanego falami obaw. Jezus kieruje wówczas do nas te same słowa, które niegdyś uspokoiły uczniów: „Nie bójcie się. Jestem przy was!”.

Czując obecność Mistrza, Piotr ryzykuje i pragnie zrobić coś, co przekracza ludzkie możliwości – chce dojść do Niego po wodzie. Próba okazuje się nieudana, jednak Jezus cały czas czuwa nad bezpieczeństwem apostoła i ratuje go, gdy ten zaczyna tonąć. Także my możemy być pewni, że gdy coś w życiu ryzykujemy, by zbliżyć się w ten sposób do Boga, On na pewno nie zostawi nas samych.

Tekst opublikowany został pierwotnie w Tygodniku „Idziemy”.

Drzwi

Tam gdzie przebywali uczniowie drzwi były zamknięte. To definicja sekty religijnej. Grupy wybranych, którzy posiedli jakąś niezwykłą wiedzę, ale nie chcą się nią podzielić z innymi. Zamknęli drzwi by nie spotkać się z Żydami. Dlaczego?

Lęk o siebie faktycznie może człowieka bardzo zamknąć. Kiedy rzeczywistość jawi się jako pole bitwy, na którym każdy walczy o własne przeżycie, ciężko jest zaufać komukolwiek. Ciekawe jaka atmosfera panowała w pomieszczeniu, w którym zgromadzili się uczniowie. W końcu już jeden z nich okazał się zdrajcą.

Ograniczenie się do grupy kilkunastu uczniów, a nie całej jerozolimskiej wspólnoty żydowskiej, musiało zapewnić im jednak minimum bezpieczeństwa. Niektórzy z nas też żyją w ciągłym strachu, przed światem, przed własnym życiem, przeszłością, przyszłością… Pewnego dnia budzimy się w jakiejś wspólnocie – kumpli z uczelni, znajomych z osiedla, kolegów z klasy – czujemy się bezpieczni, ale to nie znaczy, że strach minął. Można się zamknąć we wspólnocie.

Drzwi zamknięte to też zamknięte serce. Wielkie słowa, ale tak – możesz zamknąć swoje serce. Możesz je zamknąć i na drugiego człowieka i na prawdę. Możesz je zamknąć na miłość. Możesz je nawet zamknąć przed sobą samym. Wyobraź sobie wielki pokój, w którym jest jedynie jedno okno. Wpada przez nie strumień stłumionego światła. Okno dawno nie było myte. Oprócz okna są jeszcze drzwi. Zamknięte. I to cały twój świat. Cztery ściany wypełnione myślami, które nigdy nie zostały skonfrontowane z tym, co na zewnątrz… Jest tak dopóty, dopóki nie wstaniesz z kolan i nie przekonasz się, że drzwi nikt na klucz nie zamykał i można je tak po prostu otworzyć. I zobaczyć znacznie więcej.

Uczniom zabrakło odwagi. Dlatego Jezus przychodzi do nich i mówi, żeby przestali się bać. Daje im Ducha Świętego – On jest tym, który potrafi otworzyć każde drzwi. Nawet te, do których klucz zgubiliśmy już dawno temu. Zapytasz – a co jeżeli w tego całego Ducha nie wierzę? Czy nie ma dla mnie szans na wydostanie się z mojej klatki? Odpowiadam. Duch działa w tobie wtedy, gdy odczuwasz przypływ odwagi i męstwa, gdy osiągasz życiową mądrość i pewność w postępowaniu, gdy wiesz, że jest ktoś kto może ci pomóc, bo sam ze wszystkim nie dasz rady. Z tymi darami przychodzi Duch.

Jeżeli chcesz pozostać zamknięty – twoja sprawa. Odetchnąć świeżym powietrzem jest jednak czymś naprawdę pobudzającym. Może dlatego, gdy uczniowie po zesłaniu Ducha wyszli wreszcie ze swojej kryjówki, wszyscy wokół myśleli, że są pijani. Upoili się świeżością.

Jeżeli Kościół tak jak kiedyś, zamknie się dziś na to, co nowe i czasem straszne, jeżeli nie zdobędzie się na odwagę otwarcia drzwi niech prosi o Ducha… Inaczej będzie ciężko…

Wiara jest czymś bardzo osobistym

Wiara jest czymś bardzo osobistym. Taki banał, ale warto o nim pamiętać – jeżeli sam nie uwierzysz, nikt nie zrobi tego za ciebie. Przekonuje mnie o tym dzisiejsza Ewangelia.

Nie wiem czy zauważyliście, ale rozgrywa się ona w dwóch aktach – są one oddzielone o osiem dni, chodzi o dwie kolejne niedziele. Najpierw Jezus przychodzi do dziesięciu zebranych gdzieś razem. Nie ma z nimi Judasza i Tomasza. Czy uczniowie radowali się ze zmartwychwstania Pana, czy faktycznie są o nim mocno przekonani? Zdaje się, że nie. Są zamknięci z obawy przed Żydami, czyli są przestraszeni! Nie wiedzą jeszcze do końca, co się stało, czy to wszystko prawda. A przecież dostali już tyle znaków!

Jezus przychodzi, by im powiedzieć Pokój Wam! Obecność Chrystusa wśród uczniów i Jego moc przywraca uczniom radość i wiarę. Nie da się „osiągnąć” wiary na własną rękę, nie da się jej kupić. Trzeba na nią czekać i o nią prosić. Jezus powiedział kiedyś do uczniów: Gdzie dwóch lub trzech wspólnie o coś prosić będą w Imię moje… Uczniowie, mimo strachu, zebrali się razem. Może myśleli, że to bez sensu, ale razem modlili się o wiarę. O wiarę, że to co się dzieje w ich życiu nie jest bajką. Uwierzyli.

Akt drugi to spotkanie w szerszym gronie – z Tomaszem. Pozostali apostołowie próbowali mu przekazać dobrą nowinę o Zmartwychwstaniu. Nie uwierzył. Był pewnie przestraszony tak, jak oni wcześniej. Może jego wiara została podkopana tym, co wydarzyło się na Golgocie? Z naszej perspektywy wydaje się to może dziwne, ale przecież oni nie wiedzieli, jak się cała historia potoczy. Nie wiedzieli, że po tajemnicy Krzyża, przychodzi tajemnica Zmartwychwstania. Zresztą… Nam się chyba też to zdarza. Bo co innego przyjąć do wiadomości, a co innego uwierzyć. Tomasz podszedł do sprawy poważnie. Nie taił swoich rozterek. Nie bał się powiedzieć: „Nie wierzę!”. To straszny krzyk. Nie jest to jednak krzyk pogardy i powątpiewania, lecz wołanie o pomoc. Nie wierzę, choć bardzo bym chciał uwierzyć. Pomóżcie!

Kto szuka znajduje, a pukającemu otworzą – Jezus nie rzuca takich obietnic na wiatr. Przychodzi do Tomasza. Ale i do innych uczniów. Brakuje między nimi jedności. Stąd Jezus powtarza formułę Pokój Wam! A kiedy znowu stanowią jedno, Tomasz już nie potrzebuje dotykać ran Chrystusa, mówi Pan mój i Bóg mój! Uwierzył, bo zobaczył. Wiara stała się wiedzą. Nie potrzebował już wierzyć w to, o czym przekonał się w sposób fizyczny. Może takie doświadczenie przydałoby się dzisiejszym „wyznawcom” postępu technicznego, którzy negują Boga, którego nie można zmierzyć ani zważyć…

Wielu z nas ma zapewne takie pragnienie. Otrzymać od Boga potwierdzenie. Takie na 100%, takie które nie pozostawia wątpliwości. Niestety, zwykle musimy pozostać na poziomie wiary… Nie przepraszam – powątpiewania, bo gdybyśmy faktycznie mieli wiarę, wiedza nie byłaby nam już potrzebna. Marne to pocieszenie. W zasadzie bezwartościowe, ale… Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli…

Każdy z nas musi o swoją wiarę walczyć. Nie ważne, jak to wychodzi – nigdy się nie poddawaj. Jeżeli jesteś za słaby na to, by uwierzyć – proś Jezusa o pomoc. Tylko wówczas pamiętaj: On potrafi wchodzić mimo drzwi zamkniętych!

Odważ się!

Na swoim Twitterze miałem dziś krótką, acz rzeczową wymianę zdań na temat odwagi z jednym znajomym. Odwaga to hasło, które pociąga i inspiruje. Kto z nas nie chciałby być odważnym? Kto z nas nie chciałby być postrzegany, jako ktoś kto postępuje zawsze według swojej opinii, kto nie podąża za modą i trendami? Kto z nas wreszcie nie chciałby z łatwością mierzyć się z szeregiem codziennych problemów w pracy, domu, uczelni czy szkole? Postawa człowieka odważnego jest źródłem prawdziwego szczęścia w życiu.

Wymiana zdań z ks. Pawłem dotyczyła głównie pojęcia odwagi i pewnego zakreślenia szeregu postaw, które się w nim mieszczą. Czy odwagą można nazwać ślepe dążenie do realizacji własnych celów, czy zaspokojenia pragnień i osiągnięcia chwilowych stanów przyjemności? Moim zdaniem nie. Odwaga nie jest jazdą na oślep, by się innym pokazać i coś im udowodnić. Jest daleka od brawury i tchórzostwa jednocześnie. Czym zatem jest? Na pewno trzeba wyjść poza pewne powszechnie przyjęte ramy. Wyjść z wiru obowiązujących trendów i przyjętych zachowań. Nie bać się złego odbioru i zbyt niskiej liczby „lajków” na FB. I pamiętać – ekstrawagancja to też nie odwaga.

Odważny jesteś przede wszystkim dla siebie, w tym sensie, że nie podejmujesz ryzyka tylko dlatego, bo inni tego od ciebie oczekują. Czy publiczny (podkreślam to słowo, bo inaczej jest z wyznaniem złożonym ludziom bliskim) „coming out” geja jest przejawem odwagi? Nie, jest manifestacją słabości i wołaniem o pomoc. Dlaczego? Bo taka osoba ciągle nie może przestać myśleć o tym, „co ludzie powiedzą”…

Zbiegiem okoliczności (chyba to jednak nie był przypadek!) Pan dał dzisiaj Ewangelię, która pozwala zrozumieć, co znaczy prawdziwa odwaga. Kobieta od dwunastu lat cierpi na krwotok. To połowa mojego dotychczasowego życia. Strasznie długo. Zdążyła się pewnie przyzwyczaić. Ale nie pogodziła się z chorobą. Nie przestała walczyć. Chodziła od lekarza do lekarza. Ponad cztery tysiące dni spędzonych na szukaniu i cierpieniu. Nie poddała się. Dowiedziała się o Jezusie. Czy widziała w Nim od razu Boga czy po prostu cudotwórcę? Raczej to drugie. Ilu już cudotwórców spotkała wcześniej? Dziesiątki, setki? Ale przyszła raz jeszcze. Odwaga bez wiary jest pusta. Ona wierzyła. Wciąż wierzyła po tylu latach. Zdołała musnąć palcami po Jego płaszczu. Została uzdrowiona.

Nadzieja połączona z wiarą, do tego nietypowa odwaga – to wybuchowa mieszanka. Jeżeli nie przestaniesz w życiu marzyć i odważysz się te marzenia zrealizować, Bóg będzie bardzo blisko, aby pomóc ci wstać, gdy znowu nie wyjdzie.

Nie uwierzycie!

Łk 4,21-30 Począł więc mówić do nich: Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli. A wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego. I mówili: Czy nie jest to syn Józefa? Wtedy rzekł do nich: Z pewnością powiecie Mi to przysłowie: Lekarzu, ulecz samego siebie; dokonajże i tu w swojej ojczyźnie tego, co wydarzyło się, jak słyszeliśmy, w Kafarnaum. I dodał: Zaprawdę, powiadam wam: żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie. Naprawdę, mówię wam: Wiele wdów było w Izraelu za czasów Eliasza, kiedy niebo pozostawało zamknięte przez trzy lata i sześć miesięcy, tak że wielki głód panował w całym kraju; a Eliasz do żadnej z nich nie został posłany, tylko do owej wdowy w Sarepcie Sydońskiej. I wielu trędowatych było w Izraelu za proroka Elizeusza, a żaden z nich nie został oczyszczony, tylko Syryjczyk Naaman. Na te słowa wszyscy w synagodze unieśli się gniewem. Porwali Go z miejsca, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na stok góry, na której ich miasto było zbudowane, aby Go strącić. On jednak przeszedłszy pośród nich oddalił się.

Orygenes, komentując ten fragment Ewangelii, mieszkańców Nazaretu – gdzie przebywa właśnie Jezus – przeciwstawia tym, którzy zamieszkiwali starożytne Kafarnaum. Pierwsi symbolizują według niego cały naród żydowski, drudzy – pogan. I pojawia się rys charakterystyczny całej Łukaszowej Ewangelii – Żydzi nie rozpoznali czasu nawiedzenia, poganie zaś, choć nie znali Boga Izraela, uwierzyli Jezusowi.

Można zapytać – czy Jezus musiał wypowiedzieć tych kilka gorzkich słów w stosunku do swych pobratymców? Czy musiał wypominać im ich historię, naznaczoną nieufnością i zdradą? Przecież Żydzi przyświadczali Mu a Jego słowa uznali za pełne wdzięku… Musiał – bo dziś spełniły się te słowa Pisma, które słyszeli chwilę wcześniej… Duch Pański spoczywa na Mnie (…) i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi… (Łk 4, 18). Skończył się już czas pozorów i kłamstw. Jezus, jak wielcy prorocy Izraela, przychodzi by zmienić istniejący porządek, by zburzyć narosłe od pokoleń mury nierówności, niesprawiedliwości, by zerwać maski hipokryzji i obwołać rok łaski. Jak zauważa Tertulian, nie mówi jednak nic nowego, czego Żydzi by jeszcze nie słyszeli, lecz cytuje znanego im doskonale Izajasza.

Czyżby Żydom przypomniało się, jak sprzeciwiali się słowom proroka z Jerozolimy czy wspomnianego w dzisiejszym pierwszym czytaniu Jeremiasza? Czy i dlatego – zgodnie z krwawą tradycją – wyprowadzili Jezusa na stok, aby Go strącić? Jezus kończy jednak z tą niewolą – uciemiężeniem przeszłości – i przechodzi, jak niegdyś Izraelici przez Morze Czerwone, przez środek tłumu i zostawia ich za sobą a podąża do pogańskiego Kafarnaum…

Nie uwierzyli Mu w Nazarecie, choć tak dobrze Go znali. Szukali lekarza, a przyszedł Bóg. Nie spodziewali się. Dlatego i my tego wieczora i każdego dnia czuwajmy, bo nie wiemy kiedy Pan nasz przyjdzie…

Wyznał wiarę przyjaciela

Jedno z mocniejszych nagrań, które ostatnio widziałem. Piotr Fronczewski wyznaje wiarę swego przyjaciela Gustawa Holoubka. Pisarz był niewierzący. Przynajmniej tak mówił. Do refleksji na Rok Wiary.

Fragment programu „Warto rozmawiać” TVP2

Na Boże Narodzenie

Ciekawe ile osób zastanawia się nad teologicznym sensem świąt. Ciekawe ile osób myśli tylko o tym, żeby spotkać się w tym czasie z rodziną i znajomymi. Ciekawe ile osób chce w tym czasie odpocząć i dobrze zjeść… I można by tak długo. Czy zamierzam krytykować którąkolwiek z tego typu postaw? Nie! Boże Narodzenie ma to do siebie, że Bóg przychodzi wtedy do każdego. Można mówić, że Boga nie ma lub że Bóg już dawno umarł. Można mówić, że przeżywamy właśnie Święto Drzewka. Można mówić, że urodził się prawdziwy Bóg Zbawiciel. Ale to wszystko jest mało istotne. Dla małego Jezusa też nie było miejsca w gospodzie, co nie znaczy, że z tego powodu Maryja i Józef mieli zrezygnować z Jego narodzin…

Nie chcę narzekać na tych, którzy w święta nie idą do kościoła na pasterkę i w zasadzie w ogóle nie wiedzą, że mają one wymiar jakkolwiek religijny. Dzisiejsze społeczeństwo, dzisiejszy świat wiele rzeczy na długiej drodze historii zagubił. Nic tu nie da krzyczenie i straszenie piekłem. Zresztą ci ludzie czasami żyją bliżej Nowonarodzonego niż wielu „pobożnych” katolików! W końcu rodzi się On w tym (i w tych!), co słabe, pomijane i zagubione. Czyste serce jest ważniejsze niż tysiące zewnętrznych praktyk. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą…

Chce dlatego nawiązać jedynie do słów Benedykta XVI z pasterki w Rzymie. Mówił on, że dziś często o Bogu zapominamy. Tyle, że zapominając o Nim tracimy też zwykle kontakt z innymi ludźmi. Bardziej interesujemy się samymi sobą niż tymi, na których – teoretycznie – tak bardzo nam zależy. Tak tak – każdy będzie się zapierał, że w święta ma czas tylko dla rodziny i bliskich. I jeżeli faktycznie tak jest, to dobrze, ale czasami lepiej sobie coś wcześniej uprzytomnić, nawet jeżeli ma to być przykre i bolesne, niż dalej ranić swoją obojętnością ludzi, których prawdziwie kochamy.

Tego wam życzę. Być prawdziwym przed sobą. Nawet jeżeli do Boga wam daleko, to taka postawa i tak bardzo was do Niego zbliża. Zbliża też do drugiego człowieka. Do małego Jezusa przyszli i ubodzy pasterze i trzej mądrzy magowie ze Wschodu. Dlaczego? Bo był. I to naprawdę był! W ciele urodził się raz, ale w nas może się rodzić każdego dnia…