Na Boże Narodzenie

Ciekawe ile osób zastanawia się nad teologicznym sensem świąt. Ciekawe ile osób myśli tylko o tym, żeby spotkać się w tym czasie z rodziną i znajomymi. Ciekawe ile osób chce w tym czasie odpocząć i dobrze zjeść… I można by tak długo. Czy zamierzam krytykować którąkolwiek z tego typu postaw? Nie! Boże Narodzenie ma to do siebie, że Bóg przychodzi wtedy do każdego. Można mówić, że Boga nie ma lub że Bóg już dawno umarł. Można mówić, że przeżywamy właśnie Święto Drzewka. Można mówić, że urodził się prawdziwy Bóg Zbawiciel. Ale to wszystko jest mało istotne. Dla małego Jezusa też nie było miejsca w gospodzie, co nie znaczy, że z tego powodu Maryja i Józef mieli zrezygnować z Jego narodzin…

Nie chcę narzekać na tych, którzy w święta nie idą do kościoła na pasterkę i w zasadzie w ogóle nie wiedzą, że mają one wymiar jakkolwiek religijny. Dzisiejsze społeczeństwo, dzisiejszy świat wiele rzeczy na długiej drodze historii zagubił. Nic tu nie da krzyczenie i straszenie piekłem. Zresztą ci ludzie czasami żyją bliżej Nowonarodzonego niż wielu „pobożnych” katolików! W końcu rodzi się On w tym (i w tych!), co słabe, pomijane i zagubione. Czyste serce jest ważniejsze niż tysiące zewnętrznych praktyk. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą…

Chce dlatego nawiązać jedynie do słów Benedykta XVI z pasterki w Rzymie. Mówił on, że dziś często o Bogu zapominamy. Tyle, że zapominając o Nim tracimy też zwykle kontakt z innymi ludźmi. Bardziej interesujemy się samymi sobą niż tymi, na których – teoretycznie – tak bardzo nam zależy. Tak tak – każdy będzie się zapierał, że w święta ma czas tylko dla rodziny i bliskich. I jeżeli faktycznie tak jest, to dobrze, ale czasami lepiej sobie coś wcześniej uprzytomnić, nawet jeżeli ma to być przykre i bolesne, niż dalej ranić swoją obojętnością ludzi, których prawdziwie kochamy.

Tego wam życzę. Być prawdziwym przed sobą. Nawet jeżeli do Boga wam daleko, to taka postawa i tak bardzo was do Niego zbliża. Zbliża też do drugiego człowieka. Do małego Jezusa przyszli i ubodzy pasterze i trzej mądrzy magowie ze Wschodu. Dlaczego? Bo był. I to naprawdę był! W ciele urodził się raz, ale w nas może się rodzić każdego dnia…

Jest jak jest?

Dzisiaj Wszystkich Świętych. Właśnie wróciłem nieco zziębnięty z cmentarza. Jutro to samo – od świtu do zmierzchu. Czasami łudzę się, że jeżeli faktycznie będę księdzem, to moje codzienne życie będzie jednak nieco łatwiejsze… Ale do meritum. Chciałem napisać parę słów z serii „o kondycji naszego społeczeństwa”…

A ramach serii pewnie będzie co nieco o księżach. Ostatnio do mediów trafiła informacja o wypadku jednego z „moich” biskupów, który prowadził samochód pod wpływem alkoholu. Jak widać, po ponad tygodniu sprawa ucichła. Z pewnością jednym z powodów, jest sposób załatwienia jej przez hierarchę. Szczerość, umiejętność przyznania się do błędów… Tak to pomaga w sytuacji oskarżeń księży o masową hipokryzję. Ile w tych oskarżeniach prawdy? Pewnie tyle, co w każdej plotce. Może ciut więcej… Ostatecznie jednak nie jest to chyba zasadniczy problem. Chyba, że dla tanich tabloidów i ludzi bez własnego zdania.

Moim zdaniem tkwi on znacznie głębiej. Hipokryzja wiąże się nieodłącznie z łatwością w dokonywaniu sądów, szczególnie na temat innych. „Jesteś taki i taki, jest to złe”, to przykład sądu, który próbuje zobiektywizować postawę jakiejś osoby. Brakuje w nim podejścia jednostkowego. Celowo nie użyłem słowa „subiektywnego”, bo to jest dzisiaj uważane za probierz relatywizmu. Czy nie to jest problemem, że traktujemy się dziś nawzajem z pozycji szarej masy – „każdy jest taki sam”? I chyba nie chodzi tu wyłącznie o podejście stereotypowe. Teoretycznie można by powiedzieć, że właśnie w taki sposób są traktowani sami księża, ale czy nie wynika to z ogólnego trendu, któremu sami nierzadko ulegają?

Co to w zasadzie jest relatywizm? Za SJP: „w filozofii: pogląd, według którego wartości oraz normy i oceny ich dotyczące mają charakter względny, zależny od podmiotu poznającego”. I teoretycznie wszystko jest w porządku – coś w tym relatywizmie jest nie tak… Czy jednak nie poszliśmy dziś nieco za bardzo w przeciwną relatywizmowi stronę – zobiektyzowaliśmy do bólu owe wartości i normy, tworząc z nich niedostępny dla przeciętnego człowieka pancerz za którym ukrywamy poglądy Kościoła? A w rzeczy samej ta pseudo-tarcza jest im w zupełności nie potrzebna – bronią się w większości same, a przynajmniej daje się je uzasadnić na mocy logicznego wywodu a nie jakichś zamierzchłych prikazów…

W formowaniu czy może raczej rozpoznawaniu wartości i norm zdaje się być jednak niezbędne ujęcie subiektywne. Ale o tym w kolejnym wpisie. Dziś trzeba odpocząć przed tym, co jutro…

Potrzeba niewiele

Udało mi się usiąść na chwilę przy komputerze, by zebrać ostatnie wydarzenia i jakoś je podsumować. Ciężko mi to przychodzi, bo naprawdę przeżyć jest bardzo dużo a ja mam jeszcze tylko kilka godzin, które mogę spędzić z rodziną przed powrotem do stolicy. Wczoraj przed północą wróciłem z praktyk na jednej z warszawskich parafii.

Można powiedzieć, że to parafia wśród ludzi, bo kościół stoi niemal na środku ogromnego osiedla. Przez ponad dwadzieścia dni mogłem się przyglądać życiu kilkudziesięciu tysięcy zwyczajnych ludzi. Nie mieszkałem na plebanii – codziennie dojeżdżałem z seminarium – i dzięki temu „towarzyszyłem” im w drodze do pracy i potem wieczorem, gdy zmęczeni wracali do domów. Tu i ówdzie mogłem spotkać grupy panów, którzy z uśmiechem na twarzy popijali tani alkohol lub dzieci i młodzież, które mimo później pory nie mogły znaleźć drogi do domów. I tutaj właśnie toczyło się moje życie. Wśród zwykłych problemów zwykłych ludzi. Pewnie z powodu mego wieku, zwracałem uwagę głównie na moich rówieśników. Pierwsze, co nasuwa mi się na myśl, gdy o nich myślę, to słowo „poszukiwanie”. I z rozmów i z obserwacji wynika, że większość z nich próbuje jakoś odnaleźć swoje miejsce we współczesnym, „wielkim” świecie. Szukają rzeczy naprawdę najprostszych, które teoretycznie tak łatwo byłoby im zapewnić, a jednak nie ma komu… Zainteresowanie rodziców, poczucie bezpieczeństwa, akceptacja kolegów ze szkoły… To frazesy. A im jest po prostu potrzebny ktoś z kim mogli by pogadać o wszystkim. Dosłownie o wszystkim. O tym dlaczego rodzice się kłócą, dlaczego rodzony brat ich nie rozumie, dlaczego wyglądają gorzej niż by chcieli, dlaczego… Każda twarz, którą widziałem podczas prawie piętnastu godzin, które spędziłem podczas samych przejazdów metrem i tramwajem, była takim jednym wielkim „dlaczego”.

I sama parafia. Ludzi młodych mało – w większości do kościoła przychodzą osoby starsze. Przez długi czas myślałem, że ta ich obecność nie ma większego znaczenia. Bo co to za parafia, gdzie średnia wieku szybuje ponad pięćdziesiątkę? Ale przecież i ci przychodzą, bo czegoś szukają. A my nigdy nie możemy nikogo tak po prostu skreślić. I to nie tylko my – księża, ale po prostu my – ludzie. Każdy zasługuje na miłość… Zwykle nie potrzeba wiele – wystarczy szczery, prawdziwy uśmiech i dobre słowo. To naprawdę niewiele.

Ja taką życzliwość odnalazłem we wspólnocie księży na plebanii. Nie będę wiele pisał na ten temat, bo i po co? Mam nadzieję, że dałem im zrozumieć, jak bardzo jestem im wdzięczny za atmosferę, która pozwalała mi się poczuć jak w domu, a nie jak w pracy. Nie potrzeba do tego własnego pokoju z łazienką. Obecność drugiego człowieka jest znacznie bardziej cenna.

Pisać pewnie mógłbym jeszcze długo, ale już późno a jutro rano znowu ruszam do Warszawy. Może przejeżdżając Wisłę uda mi się zobaczyć coś z tych skarbów, które tam ostatnio odnajdują archeolodzy? Ale to jutro. A teraz jeszcze brewiarz i spać.

A mojej parafii jeszcze raz mówię – dziękuję!

Zdrowo zmęczony

Jestem już w domu po powrocie z Jasnej Góry. Mam kilka dni wolnych, a już w niedzielę zaczynam rekolekcje z kandydatami na lektorów. Ogólnie z wyjazdu na wyjazd. Czy jestem zmęczony? Trochę tak, ale to raczej takie zdrowe zmęczenie. Nie padam z nóg, nie żałuję żadnej „straconej” chwili z tegorocznych wakacji. Jestem jedynie trochę niewyspany, ale mam nadzieję, że kilka dni spędzonych na wsi zrobi swoje i do Warszawy wrócę w pełni sił.

Każde z tegorocznych letnich doświadczeń klasyfikuję jako coś, w czym starałem się jakoś obdarować innych a zarazem jako wielki dar dla mnie od nich. Gdy ludzie są ze sobą, zawsze się budują. To budowanie może rzecz jasna przybierać różną postać. Najławiej nam uchwycić te momenty, kiedy wzrastamy przez pozytywne doświadczenia. Zdecydowanie gorzej, gdy zdarzyło się nam coś nieprzyjemnego.

To, co boli ma jednak równie wielką a może i znacznie większą wartosć od sytuacji, które przychodzą nam łatwo, które sprawiają nam radość. To taki paradoks naszego życia. Zazwyczaj jest jednak tak, że to, co wartościowe nie przychodzi łatwo. Trzeba sią czesem nieźle pozmagać, aby z wyprowadzić dobro z tego, co odbieramy jako zło i to zło w najstraszniejszej postaci – zło przeciw nam samym. I bynajmniej chodzi o to, że wraz z trudem nasza duchowa,wewnętrzna „skóra” twardnieje. Nie jesteśmy prostymi zwierzętami zaprogramowanymi na wzór psa Pawłowa. Jeżeli nasze życie byłoby tylko ciągłym uczeniem się na błędach, zapewne nigdy nie doświadczylibyśmy prawdziwej radości. Wszak jak można się cieszyć, kiedy każde nasze działanie można poprawić, bo w gruncie rzeczy dokonując je, mniej lub bardziej się pomyliliśmy?

Każde doświadczenie – i to pozytywne i negatywne – jest czymś danym nam do przemyślenia i wyciągnięcia wniosków. Ale przede wszystkim jest właśnie darem. Jest kolejną chwilą naszego ulotnego, ziemskiego życia. Pozwala nam doświadczyć tego, że Ktoś ciągle się o nas troszczy, bo pomimo tych doświadczeń, ciągle chodzimy po ziemi…

W drodze

Tym wszystkim, którzy wspierali mnie w czasie drogi do i po Turcji należy się kilka słów informacji. Przede wszystkim udało się bezpiecznie wrócić i nikomu z naszej załogi nie stało się nic złego. A sama wyprawa czy może raczej pielgrzymka, tak jak się spodziewałem, była niezwykłym przeżyciem. Po drodze wiele wcześniejszych założeń uległo zmianie, co dość dobitnie przypomniało mi, jak mało znaczy nasze ludzkie planowanie wobec Jego planów dla nas. Nie udało się dotrzeć do Kapadocji, za to dokładniej zwiedziliśmy zachodnie wybrzeże Turcji oraz stolicę Bułgarii. Ostatecznie można powiedzieć, że pielgrzymowaliśmy trasą Siedmiu Kościołów Apokalipsy oraz pierwszych soborów powszechnych. Byliśmy w wielu miejscach związanych ze św. Pawłem, ale też szeroko pojętą kulturą antyczną – w Efezie, Troi czy Hierapolis. W czasie drogi spisywałem dziennik, który postaram się wkrótce opublikować. Potrzebuję znaleźć jedynie trochę czasu na przepisanie kilkunastu pomiętych nieco kartek, zapisanych dość niewyraźnym stylem pisma.

Po powrocie z Turcji było kilka dni wolnego a potem kolejne ważne doświadczenie – rekolekcje z rodzinami nad morzem. Szkoda, że trwały tylko siedem dni. Ja byłem odpowiedzialny za dzieci w wieku szkolnym. W czasie, gdy opiekunowie, wśród nich i ja, zajmowaliśmy się dziećmi, rodzice mogli w spokoju wysłuchać konferencji rekolekcyjnych. Na dwa dni przed wyjazdem miałem jeszcze 40-stopniową gorączkę. Na szczęście udało się ją opanować, choć myślałem już o zrezygnowaniu z wyjazdu.

I pielgrzymka do Turcji i rekolekcje nad morzem to dla mnie naprawdę błogosławiony czas. Jesteśmy tu na ziemi w ciągłej drodze. Nigdy nie wiadomo, co czeka nas kolejnego dnia, więcej – nigdy nie wiemy, co czeka nas zza najbliższym rogiem budynku. Jednocześnie jest we mnie coraz większe przekonanie, że jest Ktoś, kto wie, co przed nami… To przekonanie nie jest jednak jakimś symptomem poczucia zniewolenia, wprost przeciwnie – im bardziej to sobie uświadamiam, tym bardziej czuję się wolny!

Słowo

Czy jest jeszcze dziś miejsce na słowo? Czy żyjemy w świecie, w którym słowo jest tyle warte, ile ktoś może za nie zapłacić? Czy jest jeszcze słowo prawdziwe? Czy liczy się już tylko to, co ja mogę powiedzieć? Czy warto jeszcze słuchać słów innych?

Dużo pytań. Zapewne w dyskusję o słowie nie powinienem się mieszać. Czy moje słowo jest coś warte? Czy sam go nie niszczę przez kłamstwo, zazdrość, pychę…? Ale jednak spróbuję. Może tych kilka słów o słowie będzie znaczyło coś więcej niż tylko zbiór pustych znaków…

Słowo zdradzone. Okłamywane. Prześmiewane. Za plecami szeptem kaleczone. Jak ciężko dzisiaj usłyszeć od kogoś dobre słowo – płynące z serca, przez rozum do ust… Aby zdobyć medialną popularność trzeba wszak kogoś opluć, kogoś wyszydzić, zmieszać z błotem. Dobrego słowa nikt nie będzie słuchał, bo przecież nikt go nie rozumie. Nie uczyli o nim w szkole, nie ma o nim wzmianek w radio, telewizji, Internecie. A nawet jeżeli już są, trzeba by chyba od nowa uczyć się języka. Nasz stał się zbyt tępy, zbyt ostry, zbyt wulgarny by zrozumieć delikatność słowa, by zrozumieć harmonię mowy…

Dziś słowo ma być sługą ludzkich pożądliwości a te są coraz bardziej chciwe ludzkich łez. Chciwe igrzysk ludzkich niepokojów i lęków. Byle tylko zaspokoić własne aspiracje, byle tylko zepchnąć kogoś w zapomnianą krainę prawdy. Są jeszcze marzyciele, którzy twierdzą, że wiedzą gdzie ona jest, ale ich prawdę należy włożyć między bajki. Bo przecież prawdziwe jest każde słowo! W końcu wypowiadam je ja, nieomylny-pan-świata. Fałszywym może je uczynić, co najwyżej zamknięte ‚u’ lub błąd w ‚rzabie’…

Słowo ma się mierzyć z drugim. Ma pomóc uczynić go słabym na tyle, by uległ lub zginął. Nie ma gorszej śmierci niż ta przyniesiona przez obmowę, najstarszą córkę zdrady i kłamstwa. Przychodzi bardzo cicho i wypowiadając słowo kocham niszczy to, co wrażliwe i święte.

Będę milczał, by Słowa nie budzić.
Wczoraj miało kolejny ciężki dzień.
Wykorzystali je lubieżnie i wypluli.
Ciągnęli po mieście, by pokazać,
jak dobrze, gdy ma wreszcie zakneblowane usta.

Siedzi teraz wytarte w starym zniszczonym fotelu.
(Pociesza je ten fotel, który pewnie więcej wycierpiał).
I w śnie o młodych latach wspomina
czasy przed czasem, Słowo przed słowem…
Och! Co to były za lata!

Nikt nie liczył słów, bo razem zliczone
były więcej warte niż wszyskie wielkie fabryki.
Tworzyły. W pustce były całe białe i czyste.
Jak śnieg, co leci z nieba, by złączyć się z ziemią
ale nie zdąża, bo wiatr unosi go znów wyżej i wyżej…

Zapracowane Słowo odpoczywa na emeryturze.
Niska jest, bo szybko je zwolnili.
Nie potrafiło kłamać, a szef lubił komplementy.
Milczało więc. A cisza była nieznośna na tym przesłuchaniu.
Skończyło się jak zwykle. Ktoś umył ręce a Słowo przepadło.

Pokolenie pomieszanych języków

Zastanawiając się nad zabieganym przedświątecznie światem, uświadomiłem sobie coś ważnego. To wszystko, na co narzekamy, co innym mamy za złe, czego w innych nie rozumiemy i za co mamy do nich pretensje… To wszystko to przecież wynik nie tyle złej woli, chęci upokorzenia innych czy samozagłady siebie, ale powód braku wspólnego języka.

Zapewniliśmy sobie błyskawiczną komunikację przez telefony i Internet, ale nikt nie przewidział tego, że nadejdzie czas, kiedy nie będziemy w stanie ze sobą rozmawiać, że będziemy się niszczyć przez niezrozumienie.

Potrzeba nam „Translatora” który sprawi, że znów będziemy się rozumieć…

Pokolenie pomieszanych języków,
Zamknięte w maski swych czystych pragnień.
Okradzione z wolności na rzecz zawodów,
W których przegrać nie można i zwyciężyć.

Współczesności zapomnianej relikty,
Co boją się cienia marzeń swych dzieci,
Obumarłych. Spoglądają zza kraty,
Nienazwane prośby ojca i matki.

Nic nie zbudowali poza ołtarzem
Nieznanego Boga, co dawno umarł.
Wysoko się wznosi duma nad niebem,
Ale nie sięga celu, o którym wszyscy…

…zapomnieli.

Mit autentyzmu

Żyjemy dziś mitem autentyzmu. Chcemy być autentyczni, to znaczy chcemy być sobą. Jednak ostatecznie to chcenie przeradza się w mit, który przez to, że staje się celem, jednocześnie staje się czymś całkowicie nieosiągalnym. Autentyzmu w relacjach z drugim człowiekiem nie da się nauczyć, nie da się go tak po prostu osiągnąć. Nie ma tu zastosowania teoria Arystotelesa, że cel jest zarazem zasadą życia, regułą życia. Pojmowanie bowiem autentyzmu, jako stanu doskonałego, może doprowadzić jedynie do negacji prawdziwej rzeczywistości, czyli czegoś nie-autentycznego.

Można autentyzm teoretyzować, ale prowadzić to winno jedynie do dojrzalszego spojrzenia na własne życie, które nie podlega prawom teorii. Życie prawdziwe, to bowiem coś więcej niż tylko zapis w pamiętniku.

Autentyzm wreszcie nie jest indywidualizmem. Człowiek autentyczny, zdaje sobie bowiem sprawę z własnych ograniczeń i konieczności obecności drugiego człowieka tak, by samemu stawać się coraz bardziej prawdziwym. Drugiego człowieka, który odkrywałby zakamuflowane stany lękowe, niespełnione marzenia, które próbujemy realizować mimo wszystko.

Czy jednak autentyzm jest tylko mitem? Pewnie nie… Tylko, kto to może stwierdzić z całą pewnością?

Zobacz

Długo zastanawiałem się jak napisać te słowa… Ostatecznie doszedłem do wniosku, że napiszę je najprościej, jak to możliwe. Ostatni czas był dla mnie po prostu bardzo cenny. Pierwsze spotkanie z dzieciakami w nowym miejscu praktyk, specjalne warsztaty dla młodzieży i ciągłe spotkania z ludźmi, którym realnie na czymś zależy. To bardzo budujące!

Zwyczajowo jesteśmy tymi, którzy lubią ponarzekać – szczególnie, gdy nas dana sprawa nie dotyczy – często coś obśmiać i zasadniczo na tym skończyć. Nie będę tłumaczył czym jest konstruktywna krytyka, bo zapewne i tak mało, kto odniesie to do siebie. Sam zresztą nie jestem lepszy. Rzecz w tym, że jako specjaliści od życia, a już na pewno eksperci od własnego życia, nie potrafimy otworzyć się na doświadczenie drugiego człowieka. Egzystujemy według utartych schematów, które nam samym nie wydają się rutyną, bo są nasze, a to, co nasze z pewnością jest dobre i słuszne. Gdy jednak czasem uda się nam otworzyć oczy nie tylko po to, by patrzeć, ale by zarazem poznawać – jakże cudowne to doświadczenie!

Ostatnio dużo się napatrzyłem i uświadomiłem pewnie po raz kolejny, że bez drugiego człowieka nie jesteśmy w stanie nic zbudować – zarówno na zewnątrz, jak i w sobie. Ta masa doświadczeń, bardzo pozytywnych, budujących w konfrontacji z szarym życiem codziennym na niewiele się zdała. Wróciły schematy. Zastanawiałem się mocno dlaczego tak się dzieje. I co mi pomogło? Spowiedź.

Tak, to bardzo cenny czas. Bez tego fundamentu, którym jest relacja z Chrystusem, każda chwila jest chwilą straconą. Nieważne jak bardzo czułbym się zadowolony z realizacji kolejnego projektu, kolejnej życiowej szansy, bez Niego to nie miałoby żadnego znaczenia. A teraz mogę doświadczać, jak mocno działa w moim życiu. Niby powinienem to odkrywać w każdej spowiedzi, ale nie da się ustalić tu reguły – żadna spowiedź nie jest taka sama nawet, jeżeli powtarzałoby się w kółko te same grzechy. On działa bowiem w sposób, którego najlepszy ludzki plan nie jest w stanie przewidzieć…

Ważny czas

Wreszcie udało mi się znaleźć chwilę czasu, by podzielić się tym, co przeżyłem pielgrzymując przez prawie miesiąc po żywych wspólnotach europejskiego Kościoła. Był to bardzo ważny czas, można powiedzieć, że czas podczas którego wiele zrozumiałem i bardzo wiele nowych rzeczy się nauczyłem. Pozwolę sobie opublikować tutaj część notatek z podróży, które pisane z dnia na dzień, mogą dać pełniejszy obraz samego wyjazdu.

28 sierpnia, Altöting

Jest późny wieczór w niedzielę 28 sierpnia. W tym momencie nasza szóstka jest już w Altöting w Niemczech. Z tego, co wiem, od soboty od godziny 21. (kiedy to wyruszyliśmy z Warszawy) przejechaliśmy już ponad 1000 kilometrów. Bardzo dużo. Kierowcy zmęczeni – Bogu dzięki za Mikołaja i Piotrka. Dzisiaj z ważniejszych miejsc, byliśmy w Vierzehnheiligen, Bamberg i Ratyzbona. Ale trzeba dodać do tego niesamowite widoki niemieckiej przyrody, podczas podróży samochodem. Atmosfera w grupie chwilami napięta (…) W końcu tutaj przyjechaliśmy się "uczyć" wspólnoty. Mamy sporo czasu na poznawanie siebie nawzajem. Czas spać – nie spałem poza kilkoma drzemkami w samochodzie od ponad 30 godzin.

Wielka Kartuzja, 1 września 

Właśnie siedzę w lesie, gdzieś w okolicach Wielkiej Kartuzji we francuskich Alpach. Widoki zapierają dech w piersi. Szczególnie tutaj, gdzie w wielkiej ciszy żyją bracia i przyroda. Cisza nie jest tu przygnębiająca. A takie wrażenie miałem często w seminarium. Czy zatem była to jednak cisza? Tutaj trwanie w ciszy serca przynosi ukojenie. Pozwala słyszeć Boga. A Ten przychodzi na różne sposoby.

Zupełna cisza pozostawia człowieka w dwóch układach odniesienia – do Boga i do samego siebie. Gdyby człowiek modlił się, nie rozmawiając wcześniej ze sobą, nie konfrontując się ze swoimi problemami, ze swoim zmęczeniem, modlitwa byłaby wówczas jedynie czczą gadaniną.

Jak wielki jesteś Panie
w ciszy.
Jak dobrze jest Cię wysławiać,
gdy nie jestem sam.
I nieważne są słowa milczenia.
I nie liczy się samotność modlitwy.

Bo Ty jesteś
nawet gdy drzewa nie szumią
i gwiazdy na niebie się skryły.

Będę czekać na Ciebie.
Bo wiem, że przyjdziesz.

Taizé, 7 września

Wieczór w Taizé. W zasadzie jest to już czwarty wieczór w tym miejscu niezwykłym i banalnym zarazem. Niezwykłym dlatego, że czymś wspaniałym jest łączyć tyle kultur, tyle typów myślenia, przede wszystkim właśnie tylu ludzi, w jednym  celu – żeby w jakiś sposób doświadczyć Boga, modlitwy. A banalnym dlatego właśnie, że ta modlitwa niekiedy wydaje się być tylko punktem programu, który choć ważny, okazuje się mniej istotny niż chociażby spotkania z rówieśnikami z innych krajów. Często mam też tu wrażenie, że od samego życia ważniejsza jest jego jakość. Liczy się życie pełną gębą przez możliwie długi czas (…) Bóg nad tym wszystkim czuwa.

Taizé, 8 września

Dzisiaj spotkaliśmy się z bratem Aloisem – sługą komunii, czyli przełożonym wspólnoty. powiedział nam, że ksiądz ma być przede wszystkim chrześcijaninem a w kapłaństwie najważniejsze jest odnajdywać i ciągle odnawiać radość w relacji do Chrystusa.

***

Modlić się to nie znaczy tylko wypowiadać jakieś określone formuły czy zdania. “Nie tylko”, czyli nie jest to coś złego. Każdy ma wrażliwość, która jest czymś bardzo ludzkim, to znaczy bardzo osobistym i indywidualnym. Modlitwą może być też patrzenie Bogu w oczy. Jestem na wieczornej modlitwie w Taizé. Będę próbował patrzeć Mu w oczy.

***

Pierwsze słowa jakie usłyszałem po zapisaniu ostatniego zdania: Gdy bowiem nie umiecie się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za wami w błaganiach… Bogu niech będą dzięki! On tu jest.

***

Niezwykłe jest działanie Boga w ludziach. To jest to, czego teraz doświadczam i czego z pewnością nie zapomnę. Ważne jest bowiem nie to, czy ci ludzie wchodzą w relację ze mną – ważne, że dostrzegam ich relację do Boga. To, że Bóg działa w nich sprawia zaś, że działa też przez ich obecność, wszędzie tam, gdzie się pojawiają. Przemawia przez nich jak przez proroków. Tak, oni są – każdy z nas jest – prorokiem tego tysiąclecia. Bóg chce przez nas mówić. Musimy oddać Mu swe usta.

Taizé, 9 września

Jest piątek. We wspólnocie Taizé to dzień, w którym przedpołudnie jest zarezerwowane na milczenie. Próbuję właśnie w tym milczeniu trwać. Wyszedłem w okolice wioski, tak by bez tłumu móc się zastanowić nad zaproponowaną Ewangelią. Bóg przemawia w ciszy. Nawet, gdy wokół jeżdżą samochody lub ktoś właśnie ścina drzewo. To naprawdę nie przeszkadza, gdy ciszę niesie się w sobie.

Panie, Ty karmisz mnie Sobą, gdy jestem głodny. Ty poisz mnie Swym Słowem, gdy jestem spragniony. Nagość mojej słabości przyodziewasz Krzyżem i wyrywasz mnie z więzienia własnej niewystarczalności. Odnawiasz mnie miłością, bym mógł żyć. Bądź pochwalony! Amen.

***

By wspólnota mogła być nazywana wspólnotą, nie potrzeba by dokonywały się w niej jakieś straszne rzeczy. Nie potrzeba fajerwerków w postaci nakręcanych sztucznie sporów czy kolejnych pojednań. Przebaczenie, które nie wynika z prawdziwej i realnej potrzeby człowieka a jest jedynie próbą poprawienia nastroju, prowadzi prędzej czy później do powstania prawdziwych zranień, które uleczyć może być bardzo trudno.  Dlaczego? Pojawia się bowiem nieufność. Trudno zaufać osobie, która pragnie pojednania, podczas gdy my nie wiemy, gdzie nastąpił rozpad. Wówczas lekarstwem może być rozmowa. Lub cisza. Cisza leczy rany, gdyż pozwala się im zasklepić, pozwala zrozumieć, co nas tak naprawdę zabolało. Jestem  w kościele w Taizé – na  środku leży Krzyż – dzisiaj piątek. Chrystus przebaczył umierając, ale nie żądał przebaczenia. Nie On w końcu zawinił. W ludzkich relacjach to rzadka sytuacja – zazwyczaj wina leży w środku relacji między dwojgiem ludzi. Trzeba sobie wówczas przede wszystkim zdać sprawę z własnej grzeszności. Własnego niepokoju. Oskarżenia powodują bowiem jedynie dalsze nawarstwianie się problemów. To, że mamy z czymś trudności jest wielkim darem. W ten obszar Duch może wnieść prawdziwy pokój a w konsekwencji zdrową radość. W naszych słabościach obficie wylewa się łaska. Panie daj mi przyjąć wszystko, co dajesz.

Taizé, 10 września

(…) Ksiądz, kleryk powinien jako pierwszą stawiać relację do Chrystusa. Służba ludziom zawsze będzie jakoś z tej relacji wynikać.

***

Sobotni wieczór. Siedzę bardzo blisko brata Aloisa. Dzisiaj liturgia światła we wspólnocie. Po mojej prawej stronie wysoki, gliniany świecznik a na nim paschał. Świeca już się pali. Potrzeba nam dziś światła, tego Światła, które nigdy nie zgaśnie. W Taizé to Światło zdaje się być nie tylko symbolem…

Fontgombault, 11 września

Drugi dzień pobytu w opactwie w Fontgombault. Jest wieczór, na klasztornej wieży właśnie wybiła 21.30. Na terenie opactwa jest już cisza. Ostatnia modlitwa kończy się koło 21. i mnisi idą spać, bo rano trzeba wstać nieco przed 5.  Dzień wypełniony modlitwą. W kościele zbieraliśmy się siedem razy.  I z pewnością nie było to “klepanie pacierzy”. Dzisiaj mieliśmy dużo szczęścia, bo mogliśmy uczestniczyć we mszy świętej ze złożeniem ślubów wieczystych. Piękna uroczystość, bardzo wymowna. W kazaniu nowy opat wspólnoty mówił o ważnej roli imienia. Nowe imię – przybierane także w profesji wieczystej – jest znakiem oddania swego życia Bogu. Mnisi są dziś dla nas znakiem, że jest dla Kogo żyć. Są znakiem głębokiej łączności z posłannictwem Maryi – tej, która przybrała imię “służebnicy Pańskiej”. 

Mający złożyć profesję w pewnym momencie obrzędu stanął przed ołtarzem z wzniesionymi, rozkrzyżowanymi rękoma i zaczął śpiewać: “Przyjmij mnie, Panie, według słowa Twego, a będę żył”, potem uklęknął, złożył ręce na piersiach i ze skłonioną głową dodał: “i nie zawstydzisz mnie ze względu na oczekiwanie moje”…

Po południu mogliśmy osobiście spotkać się z opatem wspólnoty. Powiedział nam coś bardzo ważnego. Ksiądz nie jest tym, który decyduje, tę swoją wolę ma z każdym dniem coraz bardziej ofiarowywać Bogu. Nie może się jej wyrzekać, gdyż w ten sposób uciekałby od odpowiedzialności i trudności, lecz coraz bardziej ma zbliżać swe serce do Bożego Serca.

Jutro po porannej Mszy świętej i śniadaniu ruszamy do Paryża. Po drodze jeden z zamków nad Loarą i Orlean. Deo gratias!

Solesmes, 16 września

Jesteśmy już w Solesmes, dopiero co przyjechaliśmy. Piszę jednak już teraz, bo jest trochę przeżyć z ponad dwudniowego pobytu w Paryżu., gdzie nie udało mi się skreślić żadnych słów. Do tego dzisiaj straszny ból głowy. Mam nadzieję, że przejdzie.

W Paryżu byłem po raz pierwszy. Miasto niezwykłe, bo choć bogate w najgorsze kontrasty, to jednak przede wszystkim czuć w nim, że ludziom na czymś zależy. Każdy ze spotkanych na drodze przechodniów był może nie tyle szczęśliwy ze swego życia – bo to rzadko nas oszczędza – ale chyba każdy był jakoś pogodzony z tym, co mu daje Bóg. Na pewno nie dało się odczuć charakterystycznego chociażby dla nas Polaków narzekania. Nigdy nie narzekać, za wszystko dziękować – te słowa jednego ze zmarłych jakiś czas temu księży, wydają mi się tu bardzo trafne. 

Kościół we Francji a na pewno w Paryżu nie jest w odwrocie. Wprost przeciwnie – jest prężny, aktywny a przede wszystkim wierzący. W stolicy Francuzów usłyszałem od kogoś, że choć może faktycznie Kościół w Polsce jest liczniejszy, to jednak francuski z pewnością nie ustępuje mu mocą modlitwy. Jestem bardzo zbudowany wizytą w każdym paryskim kościele. Tam rodzą się nowe wspólnoty, które nie boją się zniszczeń w porewolucyjnej moralności.

Będąc w Paryżu zobaczyliśmy oczywiście wiele pięknych miejsc. Wieża Eiffla, Łuk Triumfalny, Katedra Notre Dame, Luwr, Panteon, podparyski Wersal i wiele, wiele innych. Dobrze było tam być.

I tu notatki się urywają. Co nie znaczy, że skończyły się przeżycia. Te trudno byłoby opisać nawet przez najbliższy miesiąc. Dziękuję Panu, że udało się nam wszystkim szczęśliwie wrócić. Potężny jesteś Panie…