Od nowa

Po rekolekcjach na rozpoczęcie roku. To już mój piąty rok w seminarium! Niesamowite jak szybko ten czas zleciał… Czasem przeglądam sobie notki, które tu spisuje i widzę, jak mocno moje życie zdążyło się zmienić. A w przeciągu najbliższych miesięcy będę je zmieniał od nowa…

Wszystko, co dzieje się w wokół nas, jakoś wpływa i na nas. Tak to banał, o którym jednak zwykliśmy zapominać. Pokuszę się zatem – na początku kolejnego roku – o krótką analizę tego, co jest dzisiaj wokół mnie. Jaki jest świat – ten mały i ten duży – w którym przyszło mi żyć. Dzisiaj.

Mam 23 lata i studiuję teologię w seminarium duchownym. Chcę być księdzem. Jestem na piątym roku studiów. Przede mną decyzja na całe życie – pierwsze święcenia, czyli diakonat. Do tego do napisania kilkadziesiąt stron pracy magisterskiej i praktyki pedagogiczne w szkole. Jeden dzień w tygodniu – niedziela – na parafii lub innym miejscu, gdzie jestem potrzebny, jako gość w sutannie… Pozostałe sześć – w moim domu (tak, celowo użyłem tego słowa) – w seminarium, jako jeden z ponad stu ludzi, którzy mieszkają tu razem ze mną. Są moją nową rodziną, bo z tą prawdziwą widzę się coraz rzadziej, zwykle raz na miesiąc. Na szczęście są telefony, ale to nie to samo, co pogadać z kimś twarzą w twarz…

A co wokół mnie? Wielkie miasto – Warszawa. Tysiące ludzi i tysiące sposobów na życie. Ksiądz? Dziwak w sukience. To jedno z bardziej pozytywnych spojrzeń na grupę, której członkiem powoli się staję. A te bardziej negatywne? Geje, pedofile i złodzieje. Cóż, z żadnym z tych określeń się nie identyfikuję, ale niestety społeczeństwo dzisiaj zwykle nie uwzględnia racji jednostki. Tolerancja i wolność nabrały znaczenia, którego w zasadzie nikt nie rozumie – są to w zasadzie puste słowa…

Wielkie miasto – wielkie wymagania. Ode mnie oczekuje się postawy świadka. O kto to taki? O czym mam świadczyć? A może o Kim? Jak mocne musi to być świadectwo, by poruszyło przysłowiowego Kowalskiego? Żyję prosto. Nie przeżyłem nic niezwykłego. Wiem jedynie, że to gdzie jestem i co chcę robić w życiu jest czymś szalenie niezwykłym… dziś. Tak samo, jak sto, dwieście czy dwa tysiące lat temu. Idę, choć może mógłbym być w tym momencie w zupełnie innym miejscu. Ale idę. Cóż, Ktoś tak chciał…

Kto działa?

Wakacje szybko mijają. Jutro wracam do Warszawy po kilku dniach spędzonych na wsi – zaczynam praktyki w jednej z warszawskich parafii. Rok temu o tej porze byłem gdzieś pod Poznaniem wraz z przyjaciółmi, z którymi chcieliśmy zwiedzić Francję mniej znaną. Z tej krótkiej początkowo trasy, powstało z czasem ponad 7000 kilometrów nieznanych dróg i ponad 3 tygodnie niezwykłych dni…

Ale wracam do meritum. Kilka dni temu wróciłem z rekolekcji dla chłopaków z kursu lektorskiego. Pomagałem przy ich prowadzeniu już po raz trzeci (czyżby ostatni?). Dwanaście miesięcy czekam na ten tydzień. Nie wiem dlaczego, ale zawsze przynosi mi on wiele radości i spokoju. W tym roku też witałem chłopaków z dużą dozą optymizmu. Nie pomyliłem się – faktycznie odpocząłem przez tych kilka dni. Ale… no właśnie – nie wszystko poszło tak, jak to sobie pierwotnie zakładałem.

A jakie było założenie? Że pomogę chłopakom przeżyć najlepsze rekolekcje w ich życiu, które może coś w nich zmienią, może nie, ale które z pewnością zapamiętają na długo. No tak… Nie planowałem raczej sam w te rekolekcje wejść. Miały być grupki dzielenia, gdzie będę robić za animatora na uboczu, który tylko inicjuje jakąś rozmowę, miała być wieczorna adoracja, na którą miałem przychodzić jedynie sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, czy nikogo nie brakuje… Tak miało być. Ale Ktoś zrobił mi niezłą niespodziankę.

Wielokrotnie chłopaków za coś upominałem, coś im tłumaczyłem. Gdy się później nad tymi słowami zastanawiałem, to pomyślałem – dlaczego sam nie robię tego, o czym im mówię?! Łapałem się na tym niemal na każdym kroku i w końcu trzeba było coś zmienić… Nie warto wyręczać Boga w tym, co robi naprawdę nieźle. Raczej trudno z Nim konkurować w jakiejkolwiek dziedzinie… I tak, to ja przeżyłem jedne z najlepszych rekolekcji w moim życiu. Po cichu mam ciągle nadzieję, że nie tylko ja… Może nie były one takie typowo seminaryjne, tzn. z ciągłym milczeniem, masą konferencji i ciągłym ziewaniem, ale czułem z całą pewnością, że Ktoś tam naprawdę działał. I to z pewnością nie byłem ja…

Chłopaki zafundowali mi, może nieświadomie, ale super rekolekcje. Najbardziej dziękuję wspomnianej już grupce, która mnie trochę w tych dniach prowadziła. Pozwólcie, że wymienię Was z imienia – może kiedyś się to jeszcze przyda – dzięki dla Piotra, Pawła, Kuby, Jacka, Ernesta i Tomka. Cóż były ofiary tych duchowych manewrów – Piotrek musiał wrócić już czwartego dnia z powodu złamanej nogi, ale za to przed wyjazdem dał mi jeszcze naprawdę mocne świadectwo tego, że czasem warto zaryzykować i czegoś spróbować nawet wtedy, gdy kompletnie nie widzi się w czymś sensu… I że trzeba ciągle czuwać, bo nigdy nie wiadomo, co czeka nas jutro.

Ze swoją grupką zżyłem się najbardziej, ale każdy z 32 młodych facetów jakoś zostanie w mojej pamięci. Bóg działa tak, jak chce. Chcielibyśmy czasem pomóc w planowaniu naszego życia, ale On i tak zrobi po swojemu. Zwykle wie jednak lepiej, co naprawdę dla nas dobre… Jeszcze raz wielkie dzięki dla Was wszystkich!

Każdy jest pasterzem?

Dzisiaj szczególny dzień w każdym seminarium i w ogóle w Kościele – Niedziela „Dobrego Pasterza”, która jest dniem modlitw o powołania kapłańskie. Ale ja bym powiedział, że o powołania w ogóle. To jest wielki problem dzisiejszego świata – ludzie bez powołania, czy raczej ludzie bez rozeznanego powołania. Setki młodych, którzy gubią się w gąszczu możliwości, pociągających, dobrze opłacanych rozwiązań, tyle że bez przyszłości…

Każdy z nas jest powołany do tego by być pasterzem, to znaczy by wziąć odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale i za innych. By być gotowym do poświęceń. Do tego zaś jest zdolny tylko ten człowiek, który w życiu znalazł się na właściwym „pastwisku”. Który wszedł w siebie na tyle głęboko, że odkrył swą drogę. A jak tego dokonać, jaka jest recepta? Nie ma jednej odpowiedzi. Można szukać innych pasterzy, innego Pasterza – mądrzejszego i bardziej doświadczonego – który pomoże wybrać właściwą drogę. Z pewnością tym pasterzem nie jest moda, nie jest rachunek zysków i strat ani przyjemność. Można by raczej rzec, że to są owe wilki, które podkradają pasterzowi owce. Ogólnie trzeba szukać i nie zrażać się niepowodzeniami. Rzadko kiedy coś naprawdę wartościowego osiągamy bez trudu i cierpienia…

I jeszcze odnośnie źle rozeznanego powołania. Jest bowiem też inne zagrożenie – powołanie dobrze rozeznane, ale porzucone. Powody mogą być różne. Czyjś wpływ, własne obawy a może nawet świadoma rezygnacja. Za dużo jednak dzisiaj polityków, lekarzy, prawników, dziennikarzy a czasami także księży, którym coś w życiu się pomyliło. Być pasterzem, to znaczy być mężczyzną, który nie ucieka…

Na zewnątrz

Nie potrafię zorganizować sobie czasu. Nie wiem czy przyczyną tego jest nadmiar zaangażowań czy moja słabość. Zapewne prawda leży po środku. Pewne jest, że coś w ciągu ostatnich tygodni zgubiłem. Coś zgubiłem i tego Czegoś, czy może bardziej osobowo – Kogoś – bardzo mi brakuje. Czuję się sam.

Świat buduje coraz częściej relacje międzyludzkie na zasadzie zewnętrznej styczności. Głębię mają zastąpić gesty i znaki, które choć ważne, pozostają w sferze intelektualnej. Nie dotykają tego co immanentne. Nie dotykają tego, co moje. Tworzone w ten sposób międzyludzkie zażyłości pełnią tak naprawdę funkcję czysto kontaktową, zbudowaną na zewnętrznej znajomości drugiego człowieka – wiedzy o sposobie jego zachowania, myślenia, o jego zainteresowaniach czy problemach. Cała ta wiedza pozostaje na poziomie teoretycznych domysłów, które nasz rozum pretenduje do miana pełnego obrazu drugiego człowieka.

Tworzenie wspólnoty składającej się ludzi żyjących w schemacie „ja-ja” pozostaje mrzonką. Bez wejścia „w” można wyprodukować jedynie grupę, która funkcjonując według opracowanego dla niej programu będzie wzrastać obok drugiego, bo w „ja” poszczególnych jej członków.  Członków, którzy nigdy nie staną się braćmi i nie doświadczą przyjaźni, bo choć nie wiedzą, co to znaczy,  nie czują potrzeby realizacji kogokolwiek poza sobą.

Relacja międzyludzka, która nie poszukuje drugiej osoby, która nie pragnie dać czegoś więcej, czegoś czego sama potrzebuje, dryfuje na poziomie zewnętrzności. Nie dotyka bowiem siebie. Jest w sobie zamknięta, całkowicie na sobie skupiona, boi się zaryzykować siebie. Stąd pozostaje w bezpiecznym dystansie, który wyznacza lęk przed człowiekiem. Człowiekiem, którego można dotknąć, ale przed którym nie można otworzyć siebie. I dać.

Trwanie w świecie własnych fantazji i planów wystarcza. Ale też niszczy wszystko wokół.

Znowu

Wczoraj wróciłem do seminarium. Ktoś powiedziałby, że zmieniło się tu bardzo wiele rzeczy – od świeżo pomalowanych ścian po poprawki w „regule życia”. Na pewno budzi to jakieś zaciekawienie, jednych cieszy, innych smuci. Niewątpliwie jest tematem rozmów znacznie ciekawszym niż wspomnienia z wakacji czy zwykłe gadanie „o niczym”. Tymczasem we mnie coraz mocniej odzywa się pytanie stricte ego-istyczne. Co się w tym ego zmieniło?

W jaki sposób przygotowałem „ja” na spotkanie ze sobą? Życie to przecież nieustanny proces spotykania siebie w zgoła nieoczekiwanych sytuacjach. Proces, który uczy nas twarzy osoby niewątpliwie fizycznie najbliższej, ale jak bardzo odległej i tajemniczej na poziomie duchowym, metafizycznym. I choć poznanie własnej twarzy zapewne nigdy nie będzie w pełni możliwe, to przecież nie zwalnia to nas z obowiązku walki, z obowiązku otwarcia oczu.

Spotkanie „ja – ja” jest jednak utopią, ponieważ nie możemy go doświadczyć, wykracza to w jakiś sposób poza nasze możliwości poznawcze. W tym momencie potrzebna jest pomoc drugiego człowieka, który pełniłby funkcję arbitra, który rozstrzygałby między mną a mną w sporze, w którym „ja” zawsze chce zwyciężyć i robi wszystko, by łamanie przez nie przepisów gry nie zostało przez nikogo zauważone. Szczególnie przeze mnie…

W najbliższych dniach, w czasie rekolekcji będę miał okazję, by w milczeniu się do tego „ja” zwrócić. Ale to dopiero początek. Później konieczny będzie drugi, którego On postawi na mojej drodze. Wtedy otworzę oczy. Znowu.

Proszę o modlitwę.

Spotkanie

Ostatnie trzy tygodnie były… są wciąż dla mnie czymś niezwykle ważnym. Tak naprawdę pierwszy raz miałem okazję, by spotkać się z ludźmi już nie tylko jako młody chłopak – student, ale jako ktoś, kto ma świadczyć o tym Kimś, którego gdzieś w swoim życiu spotkał.

Najpierw była pielgrzymka na Jasną Górę, potem rekolekcje dla uczestników kursu lektorskiego. Nie ukrywam – bałem się, choć starałem się tego nie okazywać. Człowiek boi się tego co nowe, gdyż nie dysponuje doświadczeniem, nie dysponuje wiedzą na dany temat i jest niejako skazany na siebie. Na siebie w sensie ścisłym tzn. na swoją strefę emotywno-wolitywną, której w żaden sposób nie jest w stanie przewidzieć a już na pewno  nie może jej zaplanować.

Początkowo nie  było w tym wszystkim nic szczególnego. Wiedziałem, że dzieje się coś ważnego, ale chyba nieco inaczej to sobie wyobrażałem. Na pielgrzymce ludzie często wędrują, by pobyć samemu ze sobą, grupa nie jest dla nich tak istotna. Oczywiście jest to tylko jedna strona medalu, bo bardzo wielu ludzi reaguje na pielgrzymkową rzeczywistość wprost odwrotnie. Jednak, gdy się idzie i idzie, musi dojść w końcu i motyw zmęczenia, znużenia. To zaś ma ogromny wpływ na ludzkie przeżycia i niejako nimi manipuluje.

Całkowicie innym doświadczeniem były rekolekcje dla przyszłych lektorów.  Szybko okazało się, że kluczową rolę będą odgrywały nie tyle zajęcia wspólne, co indywidualna praca w mniejszych podzespołach. Próbowałem trafić do ludzi, którzy zostali mi powierzeni, pokazując, że powołanie – bo nikt nie ukrywał, że są to w jakimś sensie rekolekcje powołaniowe – ma bardzo wiele znaczeń. Tak naprawdę powołanie jest kształtowane jakoś nieustannie w każdym z nas, dlatego nawet powiedzenie, że powołań jest tyle, co ludzi, w pełni nie oddaje jego potencjału czy zakresu.

I choć było zmęczenie, nieprzespane noce, to przecież Ci ludzie swoim powołaniem, powołaniem, którego gdzieś tam ciągle w sobie szukają, dali mi ogromną siłę. Młodzi mężczyźni, szczególnie z mojej grupy, stali się dla mnie kimś naprawdę ważnym, właśnie dlatego, że jakoś zostałem wciągnięty w ich historię powołania. A oni w moją…

Spotkanie z drugim człowiekiem pokazuje, jak różna jest nasza rola w szarej codzienności. Trzeba odejść od idyllicznego upodmiotyzowywania człowieka – osoby, aby dostrzec też jego rolę przedmiotową. Jeżeli zgadzamy się z tym, że człowiek jest budowany człowiekiem, to trzeba zgodzić się równocześnie na bycie przedmiotem – także w relacjach międzyosobowych. Po prostu zgodzić się na „bycie dla” obok „bycia z”.

Dziękuję Wam. Nie liczę na to, że choć trochę Wam pomogłem. Wiem, że Wy pomogliście mi.

Kolejny rok

Kilka dni temu zakończył się rok akademicki. W seminarium zostałem nieco dłużej, by dokończyć to, co niedokończone i pobyć z kolegami. Ciężko było wyjeżdżać, zostawić miejsce, gdzie mieszkam już od dwóch lat – człowiek się przywiązuje. Tak samo trudno było zostawić ludzi – ludzi, którzy są obserwatorami a zarazem cenzorami mojej drogi. Drogi, która ma mnie prowadzić do coraz bliższego bycia z Nim.

Może warto byłoby podsumować jakoś ten rok. Kolejny rok zmagań ze sobą – ze swoimi przyzwyczajeniami, zranieniami. Rok poznawania siebie w sytuacjach ważnych dla mnie, dla ludzi wokół, dla naszego kraju. Obłóczyny, kwietniowa katastrofa lotnicza i niezwykły tydzień czy dwa, kiedy śmierć, wydawało się, była wszechobecna.  To było coś ważnego. Coś co na pewno zmieniło także mnie, choć chciałem być „mocny” i oprzeć się codzienności.

I kolejne istotne doświadczenie – doświadczenie drugiego człowieka. Człowieka, którego zacząłem odkrywać i który zaczął być dla mnie coraz bardziej kimś. Ta obecność drugiego, która łamie samowystarczalność, która wyprowadza z „ja” w „my”… Dziękuję za tych wszystkich ludzi, którzy stanęli na mojej drodze w tym roku. Dziękuję Wam.

Doświadczenie samotności pokazuje, że człowiek nie jest egoistą. Bo przecież „ja” już mu nie wystarczy! Dziękuję za tych, których samotność, w tym roku tak bardzo mnie budowała… i nadal buduje.

Miejsce formacji?

Traktowanie seminarium jako miejsca formacji do kapłaństwa może okazać się zgubne. Czyż bowiem nie jest to sprowadzenie go do roli wyższej uczelni z zakwaterowaniem, która po okresie kształcenia ma wydać nowych magistrów teologii ze „specjalnymi uprawnieniami”? Specjalistów od Boga, z lekka jednak niedokształconych, bo i dziedzina szeroka a zagadnienie trudne. Zapał chyba też nie ten… Ale można przecież mówić o Bogu zawsze, jest tak transcendentny… Tylko czy nie należy w seminarium uczyć słuchać? Uczyć otwartości na to co inne, na to co nie moje, na to co ważne a niewysłowione?  Wszystko albo nic?

Seminarium winno być miejscem formacji kapłana – to znaczy konkretnej osoby, biorąc pod uwagę jej osobiste powołanie, które winno ulec w tym miejscu weryfikacji. Nade wszystko jednak utwierdzeniu! Utwierdzeniu nie przez system norm o charakterze pozbawionym moralności a wysyconych prawem, które gdzieś zagubiły głębię celu, ale przez świadectwo wychowawców, wybranych na to, by nie tyle być, co uczestniczyć. Uczestniczyć w życiu tych, którzy choć myślą inaczej, ciągle uczą się, co jest dla nich dobre a co nie. Uczą się, że nie łatwo jest umrzeć za Chrystusa, a jeszcze trudniej powiedzieć prawdę przełożonemu, ojcu duchownemu, koledze. Nie ma ich zdaniem miejsca na idealizm, nie ma miejsca na irrealizm. A postulowany „realizm”… wystarczy wziąć w cudzysłów… Dojrzały ksiądz nigdy nie będzie dojrzały.

Wolność nie może ograniczać drugiego człowieka… To tylko slogan, trzeba coś do niego dodać. Wolność nie może być celem samym w sobie, bo wówczas przeistacza się w nastawienie żądaniowe, które wolności, poza swoją, nie rozumie. Nie ma formacji dla siebie. Nie ma powołania dla siebie. Można się wyłączyć, można iść własną drogą, ze wspólnej korzystając tylko z konieczności, czy gorzej, tylko z utylitarystycznej potrzeby. Tylko gdzie wtedy dojdziemy?

Gdzie nie ma jedności, gdzie nie ma wspólnego odczuwania, starania się być razem z innymi w tym samym… tam nie ma wieczernika. Gdy nie ma Wieczernika, nie ma Zesłania Ducha… bo Ten tchnie zbyt mocno, by jeden mógł się ostać…

Co czuję? Że nie zawsze  On tu jest najważniejszy… Że brakuje autentyzmu… że mi brakuje autentyzmu…

Zdziwienie

Idąc na adorację, myślałem, że będzie to jedna z wielu godzin spędzonych w kościele na modlitwie, nie spodziewałem się niczego szczególnego – kolejna rutynowa czynność, kolejny element planu dnia w seminarium. Tymczasem wydarzyło się coś niezwykłego. Gdy ksiądz rozpoczynał rachunek sumienia, wydawało mi się, że ten Ktoś przemawia właśnie do mnie. To co mówił, odnosiło się do przeżyć tamtego dnia tak mocno, że obudziłem się z tego dziwnego marazmu, w który wprowadza człowieka powtarzalność i rutyna. Taki zimny prysznic.

Wiele rzeczy stało się wówczas prostych i jasnych, na tak wiele spraw, problemów spojrzałem z całkowicie innego punktu widzenia. Dotąd myślałem, że doskonałość, że świętość wymaga jakiegoś szczególnego nastawienia na rzeczy wielkie, na sacrum. Ale tak naprawdę, co mi z tego, gdy nie będzie to miało podstawy w codziennym szarym życiu? To jest właśnie maksymalizm, gdy człowiek myśli o tym co wzniosłe, a zapomina o tym co małe, co niepozorne. Gdy dąży do Prawdy, a zapomina o prawdzie, gdy szuka Miłości, a odrzuca miłość, gdy pragnie Wolności, a wolności nie rozumie. I chyba gdzieś się w tym maksymalizmie ostatnio zatraciłem. Szukałem ogólności oderwanej od szczegółu, a taka ogólność to pozór, taka ogólność to złudzenie. Patrzyłem na ludzi przez szkło powiększające, a nie potrafiłem spojrzeć tak po prostu, nie potrafiłem, czy może raczej nie chciałem, zobaczyć ich takimi jakimi są.

Tajemnica. To jest chyba najlepsze określenie człowieka. Ja tymczasem byłem przekonany, że tych z którymi żyję, znam na tyle dobrze, że niczym mnie już nie zadziwią. Człowiek szuka człowieka, a gdy już go znajdzie odwraca wzrok, boi się spojrzeć mu w twarz, bo tej twarzy z bliska nigdy nie widział. Chowa się za żartem, za pozbawionym treści słowem i oburza się, gdy ktoś zauważa jego tchórzostwo.

Uświadomiłem sobie, że najtrudniej jest zamknąć oczy i uwierzyć, zatkać uszy, by usłyszeć więcej. I wtedy przyszedłeś Ty i zamknąłeś mi oczy… Zobaczyć drugiego człowieka już nienaznaczonego jarzmem moich słabości, to przecież zobaczyć Ciebie.

Nieznany choć po ludzku pojęty, Święty Nienadęty,
Umarły w odkupionych za cenę słodkiej wolności.
Wyklęty, bo Niezapomniany. Wytarty, bo wciąż Obecny.
Wysłuchaj! Gdy ja już dawno słuchać nie chcę.

Jeśli naprawdę Jesteś w okruchach mej niewiary,
Jeśli kochasz obłędnie pośród pustyni mej oschłości,
Jeśli widzisz trud niemodnej nadziei w gęstwinie szarpanego lęku…
Wejdź, choć drzwi wciąż zamknięte.

Świadome powołanie

Kolejna refleksja nad powołaniem. Zbliża się nieuchronnie moment przyjęcia sutanny. Jest to z jednej strony wydarzenie oczekiwane, zmieniające, przynajmniej zewnętrznie, życie i człowieka. Z drugiej jednak napawa lękiem i obawą. Trzeba podjąć decyzję i w jakiś sposób się określić. Czy moim powołaniem jest kapłaństwo? Czy jestem gotowy na takie powołanie? Czy potrafię na nie odpowiedzieć?

Odpowiedź na ów Głos, który mówi „Pójdź za mną!” wymaga zaangażowania całego człowieka. Wymaga poświęcenia i ofiary. Trzeba jednak wpierw uświadomić sobie, co znaczy dać siebie. Wydaje się bowiem, że nie potrzeba dziś księży, którzy kapłaństwo wybierają od tak, bo tak czują, bo tak będzie najlepiej, bo taka jest chyba ich droga. Dar z siebie o tyle jest wartościowy, o ile jest świadomy, o ile jest pewny. Dopiero wówczas pojawia się kolejny aspekt, którym jest celowa bezinteresowność. Celowa, bo właśnie w pełni zamierzona.

W świecie rozbuchanego konsumpcjonizmu i lekko już wydętego hedonizmu, pojęcie bezinteresowności jawi się jako pozbawiony sensu ideał. Ktoś, kto daje a nie oczekuje niczego w zamian, bywa postrzegany jako człowiek naiwny, nieznający się na marketingu, niepotrafiący sobie w życiu poradzić. „By dać trzeba brać” – takie hasło najlepiej opisywałoby współczesną mentalność. Tymczasem kapłaństwo i każde powołanie, także małżeńskie, wymaga bezinteresowności. Tak, to ideał – także dla wielu księży. Ideał, czyli coś, co osiągnąć można a nawet warto, ale jednocześnie coś na tyle odległego i trudnego w realizacji, że całkowicie pomijanego. A motywacje są różne. Dobrze płacą, nic innego nie potrafię, chcę… Ta ostatnia jest chyba najgorsza.

Powołanie nie ogranicza się do owego „Pójdź za mną”. Rozumienie go tylko jako wezwania, jako Czyjegoś daru, choć bardzo częste, wypacza prawdziwy sens powołania. Nadaje mu, bowiem charakter typowo bierny – ten Ktoś woła, dlatego idę za Nim, jak pozbawiony myślenia cień. I człowiek i Bóg pełnią tu rolę przedmiotów, które za pośrednictwem owej drugiej strony realizują swe egoistyczne cele. Powołanie jak miłość wymaga zaś pełnego zaangażowania obu stron. Na głos wezwania trzeba odpowiedzieć w pełni świadomym darem z siebie, nie oczekując na korzyści i zyski. Trzeba nauczyć się rezygnować na rzecz drugiej osoby. Konieczne jest zaufanie, które stabilizuje każdą relację, ale jednocześnie też świadomość, że mogę stracić dla tego, Którego prawdziwie kocham.

Uświadomić sobie zatem powołanie, to pozwolić na miłość i nie żądać niczego w zamian za swoje oddanie. Oddanie całkowicie wolne i pewne, dalekie od perspektywy indywidualnego szczęścia a nastawione nade wszystko na Wołającego, połączone jednak ze zgodą na ofiarę z siebie. Podświadomie boimy się ofiary, dlatego całą odpowiedzialność za powołanie próbujemy zrzucić na tego Kogoś. On wzywa, On milczy, a my biernie realizujemy Jego wolę. Wówczas jednak powołanie ogranicza się tylko do bezcelowego cierpienia i rezygnacji, podczas gdy faktycznie winno budzić uczucie spełnienia i radości. Co bowiem możemy zrobić więcej, jak dać siebie w nieskrępowanej wolności?

Daj mi świadomie powiedzieć Ci „Tak”…