Tweet(nąć) rekolekcje?

Dzisiaj na Twitterze rozpoczęły się rekolekcje. Podobno pierwsze na tym gigantycznym portalu społecznościowym, który w Polsce święci coraz większe triumfy. Zanim się nieco w tę akcję zaangażowałem, powstało we mnie pytanie. Czy rekolekcje faktycznie można tweetnąć? Czy RT, @ i inne takie, są w stanie coś człowieku zmienić? Jakkolwiek na niego wpłynąć?

Kościół staje dziś przed zupełnie nowym doświadczeniem. Podobnie, jak przez ostatnie dwa tysiące lat. Jak zwykle chodzi o rozeznawanie znaków czasu. Niestety proste to nie jest. Czasami droga, która powinna prowadzić do sukcesu, prowadzi donikąd. Ale i odwrotnie. Gdzie zawiedzie nas Internet? Czy odpowiedź na to pytanie będzie kiedykolwiek jasna i jednoznaczna?

Jezus spotyka każdego osobiście. Nie musi korzystać z Twittera czy Facebooka. Może jednak jest też tak, że czasami niektórzy nie słyszą Jego pukania do swoich serc? Może trzeba dać im jakoś znać, żeby ściszyli na chwilę muzykę, wyłączyli Internet i zobaczyli, czy Ktoś nie chce z nimi porozmawiać? Nie, nie przez GG…

A że do człowieka trafić coraz trudniej, to trzeba szukać nowych dróg komunikacji. Kiedyś jako szansa jawiło się radio, telewizja. Potem nastała era smsów i e-maili. A dziś? Jeżeli Twitter jest miejscem, przez które można dotrzeć do tych, co szukają, to nie można zostawić go pustym. A puste jest to, co jest pozbawione Chrystusa. Na Twitterze też potrzeba misjonarzy…

Rekolekcje można śledzić tutaj https://twitter.com/duchowni a jak ktoś nie ma Twittera, to także tu http://siedembramjerozolimy.blogspot.ie/

Kto działa?

Wakacje szybko mijają. Jutro wracam do Warszawy po kilku dniach spędzonych na wsi – zaczynam praktyki w jednej z warszawskich parafii. Rok temu o tej porze byłem gdzieś pod Poznaniem wraz z przyjaciółmi, z którymi chcieliśmy zwiedzić Francję mniej znaną. Z tej krótkiej początkowo trasy, powstało z czasem ponad 7000 kilometrów nieznanych dróg i ponad 3 tygodnie niezwykłych dni…

Ale wracam do meritum. Kilka dni temu wróciłem z rekolekcji dla chłopaków z kursu lektorskiego. Pomagałem przy ich prowadzeniu już po raz trzeci (czyżby ostatni?). Dwanaście miesięcy czekam na ten tydzień. Nie wiem dlaczego, ale zawsze przynosi mi on wiele radości i spokoju. W tym roku też witałem chłopaków z dużą dozą optymizmu. Nie pomyliłem się – faktycznie odpocząłem przez tych kilka dni. Ale… no właśnie – nie wszystko poszło tak, jak to sobie pierwotnie zakładałem.

A jakie było założenie? Że pomogę chłopakom przeżyć najlepsze rekolekcje w ich życiu, które może coś w nich zmienią, może nie, ale które z pewnością zapamiętają na długo. No tak… Nie planowałem raczej sam w te rekolekcje wejść. Miały być grupki dzielenia, gdzie będę robić za animatora na uboczu, który tylko inicjuje jakąś rozmowę, miała być wieczorna adoracja, na którą miałem przychodzić jedynie sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, czy nikogo nie brakuje… Tak miało być. Ale Ktoś zrobił mi niezłą niespodziankę.

Wielokrotnie chłopaków za coś upominałem, coś im tłumaczyłem. Gdy się później nad tymi słowami zastanawiałem, to pomyślałem – dlaczego sam nie robię tego, o czym im mówię?! Łapałem się na tym niemal na każdym kroku i w końcu trzeba było coś zmienić… Nie warto wyręczać Boga w tym, co robi naprawdę nieźle. Raczej trudno z Nim konkurować w jakiejkolwiek dziedzinie… I tak, to ja przeżyłem jedne z najlepszych rekolekcji w moim życiu. Po cichu mam ciągle nadzieję, że nie tylko ja… Może nie były one takie typowo seminaryjne, tzn. z ciągłym milczeniem, masą konferencji i ciągłym ziewaniem, ale czułem z całą pewnością, że Ktoś tam naprawdę działał. I to z pewnością nie byłem ja…

Chłopaki zafundowali mi, może nieświadomie, ale super rekolekcje. Najbardziej dziękuję wspomnianej już grupce, która mnie trochę w tych dniach prowadziła. Pozwólcie, że wymienię Was z imienia – może kiedyś się to jeszcze przyda – dzięki dla Piotra, Pawła, Kuby, Jacka, Ernesta i Tomka. Cóż były ofiary tych duchowych manewrów – Piotrek musiał wrócić już czwartego dnia z powodu złamanej nogi, ale za to przed wyjazdem dał mi jeszcze naprawdę mocne świadectwo tego, że czasem warto zaryzykować i czegoś spróbować nawet wtedy, gdy kompletnie nie widzi się w czymś sensu… I że trzeba ciągle czuwać, bo nigdy nie wiadomo, co czeka nas jutro.

Ze swoją grupką zżyłem się najbardziej, ale każdy z 32 młodych facetów jakoś zostanie w mojej pamięci. Bóg działa tak, jak chce. Chcielibyśmy czasem pomóc w planowaniu naszego życia, ale On i tak zrobi po swojemu. Zwykle wie jednak lepiej, co naprawdę dla nas dobre… Jeszcze raz wielkie dzięki dla Was wszystkich!

Do Turcji

Jest już dość późno i zapewne większość z Was będzie czytała ten tekst w momencie, gdy ja już od kilku godzin będę w drodze. Ale to zapewne ostatni moment żeby podzielić się kilkoma refleksjami przed ważną wyprawą poniekąd pielgrzymką – tym razem do Turcji. Czemu ważną? Bo nietypową jak dla mnie i wymagającą nieco więcej niż normalnie wysiłku. Dlaczego? Po pierwsze bo upalna w lipcu Turcja, po drugie bo nie z biurem podróży, ale z kolegami z seminarium i pod namiotami (o ile te przydadzą się podczas gorących nocy).

Każda droga, jakakolwiek by nie była, wymaga od idącego pozostawienia czegoś z siebie za sobą. Nie wszystko zmieści się do plecaka i nie wszystko uniosą plecy. Ale bynajmniej chodzi o ciężar fizyczny, choć i ten jest niezwykle istotny. W drodze trzeba też pozostawić nieco siebie, by odkryć siebie nowego – bogatszego o nowe doświadczenia, o nowe spojrzenie na otaczająca rzeczywistość. Brzmi to drętwo i zapewne takie jest – więcej powiem po powrocie a ten dopiero (czy może raczej – już) 15 lipca. Proszę o modlitwę za nas – którzy chcemy się nieco pozmagać z naturą, ale bardziej z samymi sobą (i w aspekcie jednostkowym i wspólnotowym) – z własną naturą. Dobrze jest czuć, że ktoś gdzieś na ciebie czeka, że nie wracasz z jednej pustyni na drugą.

I cóż… Niebo dzisiaj przejrzyste, widać gwiazdy i nadgryziony księżyc. Cisza wokół – mimo że to piłkarska Warszawa (nie zobaczymy półfinału Niemcy – Włochy). Jutro o tej porze mamy być gdzieś na Słowacji. A czy będziemy – czas pokaże.

Znowu

Wczoraj wróciłem do seminarium. Ktoś powiedziałby, że zmieniło się tu bardzo wiele rzeczy – od świeżo pomalowanych ścian po poprawki w „regule życia”. Na pewno budzi to jakieś zaciekawienie, jednych cieszy, innych smuci. Niewątpliwie jest tematem rozmów znacznie ciekawszym niż wspomnienia z wakacji czy zwykłe gadanie „o niczym”. Tymczasem we mnie coraz mocniej odzywa się pytanie stricte ego-istyczne. Co się w tym ego zmieniło?

W jaki sposób przygotowałem „ja” na spotkanie ze sobą? Życie to przecież nieustanny proces spotykania siebie w zgoła nieoczekiwanych sytuacjach. Proces, który uczy nas twarzy osoby niewątpliwie fizycznie najbliższej, ale jak bardzo odległej i tajemniczej na poziomie duchowym, metafizycznym. I choć poznanie własnej twarzy zapewne nigdy nie będzie w pełni możliwe, to przecież nie zwalnia to nas z obowiązku walki, z obowiązku otwarcia oczu.

Spotkanie „ja – ja” jest jednak utopią, ponieważ nie możemy go doświadczyć, wykracza to w jakiś sposób poza nasze możliwości poznawcze. W tym momencie potrzebna jest pomoc drugiego człowieka, który pełniłby funkcję arbitra, który rozstrzygałby między mną a mną w sporze, w którym „ja” zawsze chce zwyciężyć i robi wszystko, by łamanie przez nie przepisów gry nie zostało przez nikogo zauważone. Szczególnie przeze mnie…

W najbliższych dniach, w czasie rekolekcji będę miał okazję, by w milczeniu się do tego „ja” zwrócić. Ale to dopiero początek. Później konieczny będzie drugi, którego On postawi na mojej drodze. Wtedy otworzę oczy. Znowu.

Proszę o modlitwę.

Spotkanie

Ostatnie trzy tygodnie były… są wciąż dla mnie czymś niezwykle ważnym. Tak naprawdę pierwszy raz miałem okazję, by spotkać się z ludźmi już nie tylko jako młody chłopak – student, ale jako ktoś, kto ma świadczyć o tym Kimś, którego gdzieś w swoim życiu spotkał.

Najpierw była pielgrzymka na Jasną Górę, potem rekolekcje dla uczestników kursu lektorskiego. Nie ukrywam – bałem się, choć starałem się tego nie okazywać. Człowiek boi się tego co nowe, gdyż nie dysponuje doświadczeniem, nie dysponuje wiedzą na dany temat i jest niejako skazany na siebie. Na siebie w sensie ścisłym tzn. na swoją strefę emotywno-wolitywną, której w żaden sposób nie jest w stanie przewidzieć a już na pewno  nie może jej zaplanować.

Początkowo nie  było w tym wszystkim nic szczególnego. Wiedziałem, że dzieje się coś ważnego, ale chyba nieco inaczej to sobie wyobrażałem. Na pielgrzymce ludzie często wędrują, by pobyć samemu ze sobą, grupa nie jest dla nich tak istotna. Oczywiście jest to tylko jedna strona medalu, bo bardzo wielu ludzi reaguje na pielgrzymkową rzeczywistość wprost odwrotnie. Jednak, gdy się idzie i idzie, musi dojść w końcu i motyw zmęczenia, znużenia. To zaś ma ogromny wpływ na ludzkie przeżycia i niejako nimi manipuluje.

Całkowicie innym doświadczeniem były rekolekcje dla przyszłych lektorów.  Szybko okazało się, że kluczową rolę będą odgrywały nie tyle zajęcia wspólne, co indywidualna praca w mniejszych podzespołach. Próbowałem trafić do ludzi, którzy zostali mi powierzeni, pokazując, że powołanie – bo nikt nie ukrywał, że są to w jakimś sensie rekolekcje powołaniowe – ma bardzo wiele znaczeń. Tak naprawdę powołanie jest kształtowane jakoś nieustannie w każdym z nas, dlatego nawet powiedzenie, że powołań jest tyle, co ludzi, w pełni nie oddaje jego potencjału czy zakresu.

I choć było zmęczenie, nieprzespane noce, to przecież Ci ludzie swoim powołaniem, powołaniem, którego gdzieś tam ciągle w sobie szukają, dali mi ogromną siłę. Młodzi mężczyźni, szczególnie z mojej grupy, stali się dla mnie kimś naprawdę ważnym, właśnie dlatego, że jakoś zostałem wciągnięty w ich historię powołania. A oni w moją…

Spotkanie z drugim człowiekiem pokazuje, jak różna jest nasza rola w szarej codzienności. Trzeba odejść od idyllicznego upodmiotyzowywania człowieka – osoby, aby dostrzec też jego rolę przedmiotową. Jeżeli zgadzamy się z tym, że człowiek jest budowany człowiekiem, to trzeba zgodzić się równocześnie na bycie przedmiotem – także w relacjach międzyosobowych. Po prostu zgodzić się na „bycie dla” obok „bycia z”.

Dziękuję Wam. Nie liczę na to, że choć trochę Wam pomogłem. Wiem, że Wy pomogliście mi.

Przemieniony?

Tydzień po najważniejszych rekolekcjach w moim życiu. Czemu najważniejszych? Bo pierwszych? Bo przeżytych? Czas przed rekolekcjami był bardzo wyczerpujący – dzień przed ich rozpoczęciem nie marzyłem o niczym innym jak chwili milczenia, którego tak mało było w ostatnim okresie. Przecież ciągle trzeba było coś załatwić, coś zrobić, komuś pomóc… Oczywiście wszystko „na wczoraj”.  Przed rekolekcjami często powtarzałem słowa Psalmu 51 „Stwórz Boże we mnie serce czyste i odnów we mnie moc ducha (…) Przywróć mi radość Twojego zbawienia i wzmocnij mnie duchem ofiarnym”. Tak bardzo było mi potrzebne to umocnienie i odświeżenie wiary.

Gdy nadszedł czas rekolekcji, który miał być całkowitym wyciszeniem, odcięciem się od tysięcy aktywności, szybko okazało się, że będzie to niemożliwe. Nagle tyle osób czegoś potrzebowało? Powiedzieć „nie”? Powiedzieć „po rekolekcjach”? W czasie jednej z konferencji zrozumiałem, że nie można „napinać” się na przemianę, że nie można dążyć do niej po trupach. Recolectio znaczy dać wejść Mu w doświadczenie mojego życia, poddać każdy swój czyn Jego woli… Zaufać – to wystarczy. I to da radość, to da uczucie spełnienia. Inaczej pozostaje już tylko smutek, gdyż znów nie wyszło, gdyż znów się nie udało. Recolectio znaczy wejść na nowo z otwartym sercem, gotowym oddać swój czas, swoje uczucia i emocje. Oddać bez żadnych „ale”…

Wówczas paradoksalnie można doznać uczucia uwolnienia od codzienności, bo uwalnia się całą sferę podświadomości. I tego doświadczyłem w rekolekcje, zasmakowałem wolności. A to daje siłę i to przywraca radość. Uczucie jakby po dłuższym wstrzymaniu oddechu, znów nabrać świeżego powietrza i nabierać go ciągle…

Błogosławić nie potrafię
i dziękować też nie umiem
wokół Ciebie zaplątany
w cieniu swej wystarczalności.

Brzask nie zdziwił dziś ciemności
jak i wschodu zapach rosy
Ciebie jednak nikt nie poznał
rozum znów nie odgadł wiary.

Wola się zmieniła w Krzyż
rajski ogród w cierni krzyk
sam zostałem z jękiem ptaków
On nie słuchał – poszedł dalej.

Zostań sam

Podczas ostatniego dnia skupienia, jednym z haseł jakie podał ojciec rekolekcjonista, jako wstęp do rozważań, były słowa „Zostań sam”. Ostatnio takie pozostanie samemu ze sobą w ciszy, bez roztargnień, bez tysięcy myśli i pomysłów było dla mnie bardzo trudne. Chyba zapomniałem co to jest cisza. Chodzi tu przecież nie tylko o zewnętrzne milczenie, a przede wszystkim o milczenie gdzieś w środku człowieka.
Gadające serce nie potrafi kochać. To taka refleksja z ostatnich siedmiu tygodni pobytu w seminarium w tym roku. Gdy przychodziłem na wieczorną adorację nie potrafiłem się skupić. Próbowałem ratować się różańcem, ale to to trudna modlitwa. Zbyt trudna jak dla kogoś zagubionego w wirze obowiązków mniej lub bardziej słusznych, w zaciskającej się na szyi pętli chęci wypadnięcia dobrze, sprostania wymaganiom i oczekiwaniom.

W takiej perspektywie, pozostanie samemu wydawało się co najmniej nie możliwe. W czasie dnia skupienia, spodziewałem się długich rozmów z kolegami, bo wreszcie będzie na to czas. Miałem nadzieję, że się wreszcie wyśpię, że odpocznę. Bałem się tego wszystkiego, ale z drugiej strony po cichu na to liczyłem. Aż nadszedł upragniony czas rozpoczęcia krótkich rekolekcji.

W kościele było zimno, mimo tego panowała ciepła atmosfera rozprężenia. Uśmiechy na twarzach kolegów, ostatnie szepty przed „silentium sacrum”, które wydawało się złudnym przepisem, nierealnym, a przynajmniej trudnym do zrealizowania. Hymn do Ducha Świętego, jak zawsze monumentalny, wywołujący dreszcz na plecach. I… lekko pochylony ksiądz z uśmiechniętą twarzą, który mówi do mnie, tak mówi konkretnie do mnie: „Mane solus”. Spojrzenie prosto w oczy i słowa wypowiedziane po łacinie „Zostań sam”. Odebrałem je jako słowa wypowiedziane właśnie do mnie i dla mnie. Może sobie z tego wtedy nie zdawałem sprawy, ale wydawało się, że w kościele jestem sam z tym księdzem, który wskazuje na mnie palcem i każe pozostać samemu.

Podjąłem decyzję i znowu poczułem tę potrzebę samotności, której tak często mówiłem „nie teraz”, „później”. Była wola. Teraz trzeba ją było „tylko zrealizować”. Oznaczało to kolejną walkę o siebie. Walkę o tyle trudną, że trochę przeciw sobie… A jednak coś chyba z tego wyszło…

Zostań sam
bo przyjdzie pora
i wyruszysz nie tak daleko
ktoś woła

Osamotniony
wśród nadziei bycia
krzykiem poruszony
dla ciszy ukrycia

Nie zmienisz
że choć mężczyzna
jak dziecko kwilisz
znów sam i cisza

Drżący pieszczotliwie
ofiarnik powołania
żołnierz czasu który nie minie
bo tajemnicę osłania

Wznieś w górę oczy-
– jeszcze przyjdzie Miłość
i znów zaskoczy…
zabierze wolność

i Ciszę…

Reaktywacja

Ostatnio słyszałem wiele opinii o ewangelizacji dzisiaj. W jakiś sposób jest to dyskusja niezwykle ważna dla mnie jako dla kandydata do kapłaństwa, który już za kilka lat będzie musiał stanąć na ambonie w kościele czy przed młodzieżą w szkole. Faktem jest, że świat nadmuchany przez  opozycyjnie nastawionych wobec Boga czy w ogóle wiary ludzi potrzebuje fali nowego podejścia do Ewangelii i kolejnego pochylenia się nad przesłaniem jej „Głównego Bohatera”.
Kiedy jednak usłyszałem, że świat można wyjaśnić przy pomocy jednego z bardziej popularnych w ostatnich latach filmu, zacząłem się zastanawiać ile jest w tym prawdy i czy to faktycznie jest możliwe. Skoro ktoś tak uważa, zresztą zapewne nie tylko on jeden, powinno być w tym coś prawdziwego. Tyle tylko, że gdy chcemy oprzeć życie człowieka, nawet tego młodego, na fundamencie zbudowanym jedynie z mediów, dobrej komunikacji i wielkich słów to nie może się udać! „(…) ten, kto słucha, a nie wypełnia, podobny jest do człowieka, który zbudował dom na ziemi bez fundamentu. [Gdy] potok uderzył w niego, od razu runął, a upadek jego był wielki.” (Łk 6, 49)

Można budować bez Ewangelii nawet wtedy, gdy On stoi na środku tej budowy. Wtedy pełni On jedynie rolę głuchoniemego patrona, dobrego ducha – maskotki projektu. Nie oznacza to jeszcze wcale, że ta pacynka ma cokolwiek do powiedzenia w jego ramach- wprost przeciwnie. Ma pomóc zdobyć popularność i słuchaczy. A jeżeli to jest cel ewangelizacji dzisiaj, to chyba wcale to ewangelizacją nie jest…

Już sama nazwa „ewangelizacja” wskazuje, że chodzi tu o głoszenie Dobrej Nowiny. Skoro ktoś nie bierze tego pod uwagę, zakrywając się  trudnością w dotarciu przy jej pomocy chociażby do ludzi młodych to po prostu popełnia błąd. Albo nie docenia Ewangelii albo jej nie rozumie. I to jest chyba największa tragedia. Nie znać Dobrej Nowiny, to znaczy ciągle trwać w świecie w którym obowiązuje tylko śmierć i nie ma żadnych perspektyw. Gdzie ich zatem wówczas szukać? W nawracaniu ludzi na wiarę w siebie? W nawracaniu ludzi na niewiarę?!

Można stworzyć świat, w którym nie będzie problemów. Można zbudować świat bez Boga. Można stworzyć taki twór i powiedzieć, że nie jest to prawdziwa rzeczywistość, że aby się z niej wyrwać trzeba zgodzić się na jeszcze większą iluzję. Samemu trwać w iluzji i wciągać w nią innych… Tak  to może się udać, bo przecież „Cóż to jest prawda?” (J 18, 38) W świecie gdzie wszystko jest subiektywnie względne i w teorii wszystko zależy od człowieka, prawdy nie ma. Jest „tylko” PRAWDA, ale tej nie rozumiemy…

To jest Pan!

Ostatnie dni to czas wytężonej pracy związanej z rozpoczęciem kolejnego okresu formacji. Nie chodzi jednak tylko o wysiłek czysto fizyczny, który trzeba było wykonać przy przenoszeniu się do nowego pokoju czy wypełnianiu oficjum- pracy na rzecz wspólnoty seminaryjnej. Prawdę mówiąc najtrudniejszy w ciągu tych kilku dni był dla mnie wysiłek duchowy, szczególnie związany z rekolekcjami. Było to po raz kolejny przejście z jednej rzeczywistości w inną, która tylko pozornie wydaje się być tą samą.

Podczas wakacji było trzeba wygospodarować czas i na modlitwę i na odpoczynek, w seminarium zaś i jedno i drugie jest w jakiś sposób wpisane w rytm dnia. Można wprawdzie samemu uklęknąć przed tabernakulum, można lecz jest też czas modlitwy „nakazanej”. A czy można nakazać się modlić? Czy to jeszcze jest modlitwa? To przecież tak naprawdę zależy od konkretnego człowieka, od tego jak on podchodzi do tego daru jakim jest rozmowa z Nim. Prawdą jest, że takie podejście do modlitwy może przynieść więcej negatywnych skutków niż korzyści, ale jest też swoistym zaproszeniem by zmagać się z sobą i ze swoimi ograniczeniami.

Takim czasem były dla mnie rekolekcje na rozpoczęcie kolejnego roku w seminarium. Niełatwo było uklęknąć i zacząć z Nim rozmowę, gdy w głowie tysiąc myśli, gdy obok ludzie, z którymi w większości nie widziałem się od kilku miesięcy, a z którymi wcześniej mieszkałem na co dzień. Trudno wejść w sacrum silentium gdy coś w środku krzyczy. Można zamknąć usta, duszy uciszyć się nie da. Nie można powiedzieć: „To jest Pan!”, jeżeli wnętrze mówi coś zupełnie innego. Wówczas byłyby to jedynie kolejne, zupełnie pozbawione znaczenia słowa, których tak wiele w naszym świecie. Słowo bez pokrycia nie jest słowem- jest dźwiękiem wydawanym przez zwierzę choć artykułowanym. Czy to jednak wyznacznik jego wagi?

Ja nie chcę mówić czegoś tylko dlatego, że tak wypada, bo tak lepiej będę postrzegany, lepiej wypadnę. Nie raz mi się to zdarzało, zdarza i zapewne jeszcze nie raz zdarzy. Gdy jednak stoję przed tym Kimś nie chcę więcej udawać, nie chcę dopasowywać się do rzadko idealnych schematów!

Nie chcę zwykłości
nie chcę być w sam raz.

Nie chcę Cię kochać zwyczajnie
nie chcę być z Tobą od tak.

Pragnę być dla Ciebie codziennie
inaczej każdego dnia.

Pragnę pokochać na nowo
nareszcie ten pierwszy raz.

Rok

Tak to już rok. Dokładnie rok temu przygotowywałem się do wyjazdu do seminarium. 1 września miał się rozpocząć okres wstępny trwający 3 tygodnie. 31. to była niedziela- pamiętam jak dzisiaj. Trwały ostatnie gorączkowe przygotowania. Zasadniczo nie wiedziałem czego się spodziewać. Nie dowiadywałem się jak ten czas ma przebiegać, co będziemy robić. Nie wiedziałem nawet ile osób się zgłosiło. Same zagadki a do tego ogromne zdenerwowanie. Przecież nazajutrz moje życie miało się diametralnie zmienić! Oczywiście wiedziałem, że mogę w każdej chwili zrezygnować, ale zdawałem też sobie sprawę z tego, że w seminarium mogę spędzić najbliższe sześć lat życia. A przecież nie są to zwykłe studia- one mają wszak zdecydować o całym moim życiu- nieodwracalnie!

Po porannej mszy świętej starałem się zachowywać normalnie, jak gdyby nigdy nic. Tymczasem co działo się w moim wnętrzu! … Po prostu się bałem. Wydaje mi się, że wyjazd na studia do innego miasta dla każdego młodego człowieka jest jakimś przeżyciem. Tymczasem ja oprócz rozterek z tym związanych, zastanawiałem się jeszcze czy to oby na pewno moja droga. Kogo tam spotkam? Co to za ludzie? Różnie sobie wyobrażałem życie w seminarium. Okazało się, że klerycy czy inaczej alumni to doprawdy zwykli ludzie. Ktoś by pomyślał: „to ci dopiero odkrycie!”. Tak, ale to chyba nie cała prawda. Oprócz tej całej normalności, dało się bowiem odczuć w kontaktach z pozostałymi obecnymi, szczególnie opiekującymi się nami diakonami, trudno to nazwać… coś jakby właśnie powołanie?

Tak ten czas rok temu był naprawdę szczególny. Najbardziej zapamiętałem pierwsze dni. Ranna podróż samochodem, pożegnanie na parkingu przed seminaryjna furtą i przywitanie po jej drugiej stronie. Jeden ze starszych kleryków pomógł mi wnieść swoje rzeczy do pokoju. Nawet nie zapamiętałem jego twarzy! Później pierwsze spotkania z innymi kandydatami. Wydaje mi się, że chyba wszyscy przeżywali te chwile podobnie jak ja. Pierwsze zaskoczenie? Dużo osób starszych, to znaczy po studiach, pracy. Gdy wszyscy się zjawili była modlitwa w kaplicy seminaryjnej, było kilku księży- jak się później okazało rektorzy i prefekci seminarium a prowadził nasz ojciec duchowny. Wrażenie było dla mnie piorunujące. Jeżeli dobrze pamiętam modliliśmy się Litanią do Chrystusa Kapłana i Żertwy i czułem, że On naprawdę tam jest!

Po modlitwie było spotkanie z Księdzem Rektorem, gdzie podzielono wszystkich kandydatów na cztery kilkuosobowe grupy, którymi mieli się zająć diakoni. Oprowadzili nas po budynku, pokazali wszystkie zakamarki (tak mi się bynajmniej wtedy zdawało…). Potem był wspólny obiad i kolejne zaskoczenie. Dopiero co przyjechaliśmy a już mieliśmy wyjechać by odbyć rekolekcje. Zatem szybkie przepakowanie i już byłem w autokarze. Po przyjeździe do klasztoru, gdzie mieliśmy odbyć ośmiodniowe rekolekcje był pierwszy kontakt z brewiarzem. Na każdego czekał dopiero co poświęcony egzemplarz. Nie myślałem jeszcze wtedy, że ta stosunkowo gruba i stąd nieprzyjemnie wyglądająca książka stanie się dla mnie aż tak ważna.

Myślałem, że moje życie zmieniło się wraz z przyjazdem do seminarium, ale z perspektywy roku wiem, że zmieniło się ono w czasie tamtych rekolekcji. Dzięki tamtym dniom całkowicie inaczej spojrzałem na swoje życie, na to kim byłem dotychczas i czego On ode mnie chce w przyszłości. Nie czułem Jego obecności tak mocno ani w czasie pierwszej komunii świętej ani w czasie bierzmowania. Tak naprawdę wtedy spotkałem Go chyba pierwszy raz. Twarzą w TWARZ…