Zapragnąć zmiany

Adwent trwa. Każdy dzień przybliża nas do czegoś niesamowitego, wydarzenia jedynego w swoim rodzaju. Zazwyczaj jednak oczekiwanie kończy się na choince, prezentach, może nawet ktoś zdecyduje się zaśpiewać kolędę. Ciągle jednak brakuje tego, Który ma przyjść…

Żyjemy dziś mentalnością otaczającego świata. Bez zawierania zbędnych kompromisów poddajemy się najnowszym trendom. Szukamy ułatwień, dla których gotowi jesteśmy rezygnować ze swoich praw. Walczymy o wolność, która jest już tylko kaprysem zamkniętego w kojcu dziecka. Szukamy wirtualnych kontaktów, bo te prawdziwe nie są idealne. Krzyczą, złoszczą się a przede wszystkim czegoś potrzebują. W Internecie na prośbę można odpowiedzieć prostym „Wyloguj się…”, na krzyk można zareagować zdjęciem słuchawek, lęku można się pozbyć wyłączając monitor…

To wszystko wydaje się takie proste. A jednak rzeczywistość jest rzeczywista! I to powoduje, że potrzeba nam zapragnąć zmiany. Film w najlepszej jakości nie zastąpi spaceru z kolegą czy koleżanką a wymyślna fabuła internetowych znajomości nie zastąpi prawdziwej przyjaźni.

Chrystusa nie da się zastąpić! Można go nie przyjąć, ale nie da się Go wyłączyć. Będzie niezależnie od statusu na Facebooku czy aktywności na GG. Będzie przychodził każdego dnia, będzie na nas czekał.

Może w końcu zdecydujemy się na wolność.

Na zewnątrz

Nie potrafię zorganizować sobie czasu. Nie wiem czy przyczyną tego jest nadmiar zaangażowań czy moja słabość. Zapewne prawda leży po środku. Pewne jest, że coś w ciągu ostatnich tygodni zgubiłem. Coś zgubiłem i tego Czegoś, czy może bardziej osobowo – Kogoś – bardzo mi brakuje. Czuję się sam.

Świat buduje coraz częściej relacje międzyludzkie na zasadzie zewnętrznej styczności. Głębię mają zastąpić gesty i znaki, które choć ważne, pozostają w sferze intelektualnej. Nie dotykają tego co immanentne. Nie dotykają tego, co moje. Tworzone w ten sposób międzyludzkie zażyłości pełnią tak naprawdę funkcję czysto kontaktową, zbudowaną na zewnętrznej znajomości drugiego człowieka – wiedzy o sposobie jego zachowania, myślenia, o jego zainteresowaniach czy problemach. Cała ta wiedza pozostaje na poziomie teoretycznych domysłów, które nasz rozum pretenduje do miana pełnego obrazu drugiego człowieka.

Tworzenie wspólnoty składającej się ludzi żyjących w schemacie „ja-ja” pozostaje mrzonką. Bez wejścia „w” można wyprodukować jedynie grupę, która funkcjonując według opracowanego dla niej programu będzie wzrastać obok drugiego, bo w „ja” poszczególnych jej członków.  Członków, którzy nigdy nie staną się braćmi i nie doświadczą przyjaźni, bo choć nie wiedzą, co to znaczy,  nie czują potrzeby realizacji kogokolwiek poza sobą.

Relacja międzyludzka, która nie poszukuje drugiej osoby, która nie pragnie dać czegoś więcej, czegoś czego sama potrzebuje, dryfuje na poziomie zewnętrzności. Nie dotyka bowiem siebie. Jest w sobie zamknięta, całkowicie na sobie skupiona, boi się zaryzykować siebie. Stąd pozostaje w bezpiecznym dystansie, który wyznacza lęk przed człowiekiem. Człowiekiem, którego można dotknąć, ale przed którym nie można otworzyć siebie. I dać.

Trwanie w świecie własnych fantazji i planów wystarcza. Ale też niszczy wszystko wokół.