Życie na niby

Czasem czujemy, że życie przecieka nam przez palce. I niekoniecznie chodzi o moment, gdy wszystko, co dotychczas mieliśmy – bądź przynajmniej wydawało się nam, że mamy – odchodzi, znika. Czasem jest tak, że mamy wszystko a jakbyśmy nic nie mieli. Już chwyciliśmy Boga za piętę, ale po chwili namysłu okazuje się, że ów Bóg to chyba jednak jakiś taki na niby. Czytaj dalej Życie na niby

Krótka relacja z Rzymu

Przedwczoraj wróciłem z pielgrzymki do Rzymu, czas na krótką relację z dwutygodniowej podróży po Europie. Tegoroczny wyjazd był nieco inny niż te, w których uczestniczyłem w ostatnich latach. Po pierwsze miał wymiar typowo pielgrzymkowy, po drugie – był bardziej niż zwykle zaplanowany. Nasz cel był jasny – spotkanie z papieżem Franciszkiem i klerykami (przygotowującymi się do kapłaństwa) oraz nowicjuszami (przygotowującymi się do życia zakonnego) w Rzymie.

Doświadczyliśmy ogromu Bożej Opatrzności. Niejednokrotnie było tak, że nie było gdzie rozbić namiotów, nie było gdzie schronić się przed deszczem. Zawsze znajdował się jednak ktoś, kto na nas czekał. Jeden z księży, który przyjął nas zupełnie niespodziewanie, mówił nam: Tożsamość kapłańska polega na tym, aby wyciągać ręce z pomocą do tych, których spotykamy na swej drodze. Swe słowa potwierdził przykładem swego życia.

Pielgrzymowanie to też doświadczenie wspólnoty. Godzin spędzonych w autokarze, w namiotach, przy gotowaniu posiłków. Nie zawsze się chce, nie zawsze jest łatwo. Ale to właśnie jest piękne. Piękno rodzi się z trudu. Jest kolorowe, jest różnorodne.

Nie chcę pisać dużo. Wolałbym bowiem, abyście przeczytali kilka zdań z przemówienia naszego papieża Franciszka, które wypowiedział do seminarzystów i nowicjuszy w Auli Pawła VI. Mocne słowa.

Wielu z was ma pragnienie oddać na zawsze życie Chrystusowi. Teraz klaszczecie (…) teraz jest wasz miodowy miesiąc, ale co będzie potem?
 
Jesteśmy pod presją kultury prowizoryczności. To jest niebezpieczne. (…) Chcę upomnieć tę kulturę. Dziś dokonać ostatecznego wyboru nie jest łatwo. (…) W jaki sposób mogę być od tej kultury wolny? Powinniśmy nauczyć się zamykać drzwi naszej wewnętrznej celi – od wewnątrz. Jeżeli ktoś zostawia klucz na zewnątrz [zostawia sobie furtki], tak nie może być.
 
Chciałem wam powiedzieć jedno słowo. Radość. (…) Radość, którą daje Duch Święty, nie ta, którą daje świat. Gdzie rodzi się prawdziwa radość? W sobotę pójdę się bawić? Czy to jest prawdziwa radość? Niektórzy powiedzą, że prawdziwa radość pochodzi z tego, co się ma. Nowy model telefonu, samochodu. Powiem wam coś – źle się czuję, kiedy widzę kapłana w najnowszym modelu samochodu. (…) Jeszcze inni mówią, że radość pochodzi z ekstremalnych doświadczeń, z chodzenia na krawędzi. Inni mają radość z modnego ubioru. Jeszcze inni czerpią radość z sukcesów w relacjach do dziewczyny, chłopaka. Miłość dla próby – dzisiaj to jest modne. (…) Ta radość nie wchodzi do wnętrza, pozostawia gorycz. Radość nie pochodzi z rzeczy, z posiadania. Radość rodzi się ze spotkania, z relacji z innymi. Rodzi się z poczucia akceptacji, z poczucia bycia kochanym. Radość pochodzi z bezinteresowności spotkania i z usłyszenia tego, że jesteś dla kogoś ważny. (…) Zrozumieć to, usłyszeć to od Jezusa – to sekret radości.
 
Nie ufam temu seminarzyście, który mówi: to ja wybrałem tę drogę. Tak nie może być. Powołanie to odpowiedź na wezwanie miłości. Czuję coś w środku i odpowiadam: Tak! (…) Nie lękajcie się manifestować radości płynącej z odpowiedzi na wezwanie i wybór Jego miłości. Ta prawdziwa radość jest zaraźliwa. Idźcie do przodu! (…)
 
Nie ma świętości w smutku. Kiedy spotykasz księdza, siostrę, seminarzystę ze smutną twarzą – coś tu nie gra. Nigdy więcej sióstr, kapłanów o twarzy skwaszonej [dosł. o twarzy papryki w occie]! (…) To problem braku satysfakcji, radości. Gdzie jest jego źródło? Celibat.
 
Poświęcamy swoją miłość Jezusowi. Ślubujemy czystość, celibat. Ślub ten nie kończy się w momencie złożenia go, to droga która dojrzewa w ciągu życia. Zmierza do ojcostwa, macierzyństwa duchowego. Jeżeli kapłan nie jest ojcem, jeżeli siostra nie jest matką dla tych, z którymi pracuje, staje się smutny, smutna. (…) Ślub powinien nas prowadzić do płodności. To nie katolickie, nie być płodnym w naszym życiu duszpasterskim. (…) Jest wielu kapłanów radosnych, bo są owocni – dają życie. Radość – żadnego smutku!
 
Żeby być radosnym świadkiem Ewangelii, trzeba być autentycznym. (…) Jezus walczył z hipokrytami. Z tymi, którzy mają podwójną twarz. Mówić o autentyczności młodym jest łatwe, bo wszyscy młodzi mają pragnienie bycia autentycznymi. Źle się czują, kiedy spotykają kapłanów, siostry fałszywych. Tu leży odpowiedzialność dojrzałych formatorów. Macie obowiązek dać przykład koherentności młodszym.
 
Chrystus posłał nas głosić Ewangelię, jeżeli będzie to potrzebne także słowem. Co znaczą te słowa św. Franciszka z Asyżu? Głosić Ewangelię przede wszystkim autentycznością życia! Najpierw przykładem, potem słowem. Pan zna nasze ograniczenia i słabości. I może przez nie działać. Czy tutaj w Auli jest ktoś, kto nie czuje się grzesznikiem? (…)
 
Bądźcie szczerzy z waszymi spowiednikami. Mówcie im wszystko. Nie bójcie się! (…) Ta przezroczystość jest dla nas pożyteczna, bo czyni nas pokornymi wobec innych. Bez półprawd. Pan pragnie byś powiedział to, co on już wie. To smutne, spotkać seminarzystę, który spowiada się jakby tylko chciał wyczyścić plamę. (…) Ojcze zgrzeszyłem! (…) Otwórzcie drzwi łasce! Koherencja jest fundamentalna, aby nasze świadectwo było autentyczne. (…)
 
Jeden brat obgaduje drugiego. To także jest nasz problem. (…) Ja również jestem w to wmieszany. I wstydzę się tego. Taka wspólnota jest piekłem. Dlatego ważna jest relacja przyjaźni, relacja braterska. Jeżeli spotykam brata, mam mu powiedzieć prawdę w oczy. (…) To jest piękna droga do świętości – nie mówić źle o drugim. (…) Powiedz mi – czy mówisz źle o swojej matce, o swoich rodzonych braciach? Dlaczego robisz to zatem we wspólnocie? (…) Pielęgnować przyjaźnie – to bardzo cenne dobro. Mamy się formować do wyjścia z siebie, do zapomnienia o sobie. Nie możemy być samotnymi wyspami, ale zawsze gotowymi do spotkania.
 
Chciałbym wam powiedzieć: wychodźcie z samych siebie, aby głosić Ewangelię. W tym celu najpierw musicie jednak spotkać Jezusa. (…) Nie lękajcie się wyjść z siebie, poprzez modlitwę i poprzez działalność apostolską. Chciałbym Kościoła bardziej misyjnego. Nie Kościoła spokojnego. (…)
 
Podejmijcie taką drogę, jakiej pragnie Jezus. Nie uczcie się od nas – starszych – sportu, który często uprawiamy. Narzekania. Bądźcie pozytywni. (…) Nie bójcie się iść pod prąd. Bądźcie kontemplatywni i misyjni. (…) Nie porzucajcie różańca. Niech Maryja wam zawsze towarzyszy. Módlcie się także za mnie, bo potrzebuję waszej modlitwy – jestem biednym grzesznikiem.

Za tydzień

Za tydzień przyjmę święcenia diakonatu. Bardzo ważny moment w moim życiu. Chyba najważniejszy. Nie jest łatwo podjąć decyzję na całe życie, a przed taką właśnie stoję.

Seminarium to czas, który ma przygotować między innymi do tej właśnie chwili. Po to było ostatnie pięć lat, które spędziłem w domu przy Krakowskim w Warszawie. A bywało różnie. Wzloty, upadki a czasami cisza – równy i spokojny lot po wcześniej obranej trasie. Dużo zmieniło się w moim życiu i w moim sposobie myślenia. Obaliłem tysiące mitów, przez pryzmat których patrzyłem wcześniej na „bycie księdzem”. Wiele ideałów upadło, pojawiły się nowe. Droga za mną? Ciągnie się daleko poza horyzont – ciężko ją objąć wzrokiem…

Diakonat wiąże się z celibatem, czyli w skrócie – życiem w czystości i bez żony. Ciężko podjąć taką decyzję młodemu mężczyźnie, który marzył o własnej rodzinie, dzieciach. W każdym z nas jest potrzeba bycia na wyłączność dla kogoś, i posiadania kogoś na wyłączność dla siebie. Samotności zasadniczo się boimy. Szukamy jej tylko czasem, gdy coś w środku wzywa do rozmowy z samym sobą. Życie w samotności na własne życzenie jest zatem czymś dziwnym. Ciężko mi zrozumieć argument, że ksiądz nigdy nie będzie samotny, o ile zaangażuje się w duszpasterstwo – będzie dla ludzi. Te relacje są bowiem zupełnie inne niż ta jedyna, której szukamy przez całe życie.

Mówi się, że diakonat to taki ślub z Kościołem, z Chrystusem. I to w zasadzie rozwiązanie problemu samotności. Teoretycznie. Bo intelekt wymięka a potrzeba wiary i zaufania. Jak widać nie wszystko w życiu można zaplanować, nie wszystkiego można być pewnym. Szukanie pewności tam, gdzie jej mieć nie można to głupota. Z drugiej strony – głupie byłoby także uciekanie przed tym Jedynym, który szuka. Obyśmy się znaleźli.

Dziś rozpoczynam rekolekcje przed święceniami – proszę Was o modlitwę za mnie i kolegów z którymi za tydzień położę się na posadzce kościoła!

Pod prąd

W dzisiejszej Ewangelii zatrzymałem się nad słowami Dokąd Ja idę, wy pójść nie możecie. Jezus po raz kolejny zaskoczył uczniów. Ich życie to przecież historia powołania, chodzenia za Jezusem. Przecież od tego wszystko się zaczęło, od Pójdź za Mną!

Dziwny jest ten nauczyciel. Raz chce żeby za nim iść, innym razem mówi, że to niemożliwe. O co mu chodzi? Przychodzi taki moment w życiu, że trzeba wyjść z cienia i zacząć samodzielnie żyć. A cień może być różny. Może nim być nieśmiałość, mogą nim być kompleksy, nie do końca zdrowa relacja z rodzicami. Ale równie dobrze tym cieniem może być zawyżone poczucie własnej wartości, bycie „duszą towarzystwa”, czy ciągłe gonienie za sukcesem. Im cień dłuższy, tym bardziej wypacza rzeczywistość. Dlatego trzeba się go jak najszybciej „pozbyć”.

Jezus chce jednak czegoś więcej niż tylko życia „na własny rachunek”. Chodzenie uczniów za Jezusem nie może być bezowocne. Ich misją jest wzajemne miłowanie: Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Tego ich nauczył i teraz oni mają tego uczyć innych. Jezus zdaje się mówić do nich: Nie możecie iść ze Mną dalej, bo macie inne zadanie!

Jezus będzie uczył miłości przez Swój Krzyż, uczniowie jeszcze nie są gotowi na takie świadectwo. W obliczu lekcji na Golgocie po prostu uciekną. Piotr wyprze się Jezusa, choć zapewniał Go, że jest gotów oddać za Niego życie. Męczeństwo przyjdzie dopiero po latach życia we wspólnocie pierwszych chrześcijan. I tam właśnie realizuje się misja każdego z uczniów. Czasem chcielibyśmy przeżyć coś wzniosłego, chcielibyśmy chodzić za Jezusem po wodzie. Najpierw trzeba jednak przejść z Nim po zwykłej pustynnej drodze. Dopóty dopóki miłość nie pojawi się faktycznie w życiu, w odniesieniu do każdego człowieka – nie tyko do jednej wybranej czy jednego wybranego – nie można iść za Jezusem dalej.

Jezus zobowiązuje uczniów do odrobienia zaległej pracy domowej – miłości do siebie nawzajem. W konkrecie relacji uczniowie przekonają się, że miłość nie jest tylko jakimś wzniosłym hasłem, ale konkretnym zadaniem. I to dość trudnym. Może dlatego w scenie nad Genezaret, gdy Jezus trzykrotnie zapyta Piotra o miłość, ten nie odpowie prostym „Tak”, ale zaznaczy – Ty Panie wiesz jaka jest moja miłość, jak bardzo ona jest niedojrzała, jak wiele jej brakuje… Ale jest. Taka na jaką mnie w tym momencie stać.

Papież Franciszek mówił dziś kandydatom do bierzmowania, że trzeba czasem iść pod prąd, wbrew temu co myślą inni. Bóg daje siłę i odwagę, aby przejść to doświadczenie. Jezus całe życie szedł pod prąd. Gdy mówi uczniom, że dalej nie mogą za Nim iść, chodzi Mu także o to. Chodzenie za Jezusem też może stać się czymś zwykłym, codziennym. Można chodzić za Jezusem „na automacie”. Ale kompletnie nie o to chodzi.

Pod prąd

Co uświadomił mi pewien (były) zakonnik z Gdańska

Nie jestem pewien, jakim echem odbiła się wśród was informacja o wystąpieniu z zakonu o. Jacka Krzysztofowicza OP, ale w moim środowisku (seminarium duchowne), trochę się o tym mówi. W zasadzie nic dziwnego – w niedalekiej przyszłości ktoś z nas może zetknąć się z podobnym problemem. Nie będę próbował osądzać czy oceniać o. Jacka – sprawy dokładnie nie znam a przede wszystkim nie znam jego samego. Jego przykład jednak coś mi uświadomił. Krótka refleksja na ten temat.

Życie różnie się układa, zwykle jednak w pewnym jego momencie możemy powiedzieć – jestem na swoim miejscu. Niestety nie jest łatwo i chwilę później może pojawić się stwierdzenie – pomyliłem się. I co wtedy? Mówi się, że to kobieta zmienną jest, ale i tutaj zajrzało chyba widmo równouprawnienia… W każdym momencie wolność daje nam prawo wyboru  tego, co aktualnie postrzegamy jako dobre. No właśnie „aktualnie”. A co z myśleniem przyszłościowym?

To co dobre (tak naprawdę dobre!), zwykle się nie zmienia, bo co to byłoby za dobro, które raz jest a raz go nie ma? Chyba, że „dobro” kojarzy nam się jedynie z tortem, który po kilku dniach traci swoje „dobre” właściwości. Umówmy się – nie mówię o dobru, które jest w stanie dać chwilową przyjemność, ale czegoś trwalszego, to już niekoniecznie. Bóg chce naszego szczęścia, czyli takiej przyjemności, która trwa chwilę dłużej niż… wieczność!

Wracając do zakonnika – w którymś momencie chyba poszedł za tym pseudodobrem, albo wtedy gdy decydował się na celibat, albo teraz gdy wybiera miłość. Czytając komentarze do sprawy, zwróciłem uwagę, że wiele z nich klasyfikuje tę miłość jako jakąś chwilową iluzję. Ja nie byłbym tak pochopny w odczytywaniu cudzych uczuć. A choć miłość do Boga jest pewnie doskonalsza i bardziej wzniosła niż ta, którą darzy się chłopaka lub dziewczynę, to w tej drugiej też nie ma nic złego. Konflikt rodzi się wtedy, gdy ktoś zaczyna jedną nad drugą przedkładać. A z ust o. Jacka usłyszeliśmy, że wybierając miłość do kobiety, idzie za „prawdziwą miłością” – czyżby „poprzednia” była fałszywa? Wątpię, żeby przestał kochać Boga – za bardzo się z Nim zżył i za dużo dobrego udało im się razem zrobić.

Podejmować decyzje uczymy się całe życie. Zwykle nauka ta polega na niepowtarzaniu błędów (pamiętacie formułkę historia magistra vitae est?). Zwykle żałujemy tych decyzji, które podjęliśmy bez zastanowienia lub tych, w których straciliśmy na jakiś czas horyzont rzeczywistości, podążając za tak zwanym „impulsem”. Najlepiej byłoby gdyby się złych decyzji nie podejmowało – życie byłoby o wiele prostsze! Ale ponieważ tak nie jest, lepiej zastanowić się dwa razy „przed” niż potem latami myśleć, jak to wszystko odkręcić. A gdy już kompletnie nie wiesz co robić – zaufaj Chrystusowi. On naprawdę chce, żebyśmy byli szczęśliwi!

 

FaceBóg | Co powie Karol?
FaceBóg | Co powie Karol?

Decydować…

Jesteśmy różni, ale niemal wszystkimi nami rządzi ten sam paradoks – chcemy sami o sobie decydować a jednocześnie te decyzje, które dotyczą nas samych, przychodzą nam najtrudniej. Chcemy być niezależni od wpływów innych, ale jednocześnie sami mamy ochotę „urządzać” życie innych, uzależniać ich od siebie. Gdy zaś przychodzi zdecydować się na coś samemu, szczególnie wówczas, gdy jest to decyzja, której skutki mogą przewrócić nasze życie do góry nogami, uciekamy od niej. Nierzadko w tych sytuacjach próbujemy szukać rady u innych. Porada ta ma dla nas bardzo często fundamentalne znaczenie. I tak sami pozwalamy sobie wiązać ręce…

Oczywiście powyższy rys, jest jedynie pewnym dalekim uogólnieniem od którego z całą pewnością jest wiele pozytywnych wyjątków. Zawiera jednak chyba sporo z naszej ludzkiej kondycji. Wszak każdy z nas przeżywał już kiedyś takie chwile, gdy podejmował tę najważniejszą decyzję w życiu… Z uśmiechem na twarzy mógłbym dodać, że mi te najważniejsze zdarzają się z dość dużą częstotliwością. Dlaczego się wówczas wahamy? Dlaczego nie potrafimy zamknąć oczu i tak po prostu ruszyć przed siebie? Chyba po prostu za bardzo zależy nam na nas samych. A gdyby tak zmienić perspektywę?

Daleki jestem od namawiania kogokolwiek do podejmowania decyzji tak, by pomóc komuś a samemu sobie zaszkodzić. Chodzi mi raczej o to, że myśląc jedynie o sobie często fiksujemy się na coś, wmawiamy sobie, że tak będzie lepiej… Tymczasem często przyczyną naszych wątpliwości jest zwyczajnie lęk przed nowym. I bynajmniej jest w tym coś dziwnego!

Nowe jest czymś zasadniczo dla nas obcym i stąd nie każdego pociąga. Bezpieczniej czujemy się bowiem w otoczeniu i sytuacjach, które znamy i są nam bliskie, które nie mogą nas niczym zaskoczyć. Oczywiście z perspektywy łatwo mówić, że „kto nie ryzykuje, ten nic nie ma”, ale w chwili, gdy to ryzyko trzeba podjąć, nie jest tak prosto. Inaczej zapewne nie moglibyśmy mówić  wówczas o ryzyku.

Ostatecznie jednak decyzję trzeba podjąć. Trzeba nauczyć się decydować. Samemu. Tak by sobie i innym nie szkodzić. Ale jednocześnie tak, by pomóc i innym i sobie. To trudne, ale tylko wtedy, gdy nie potrafimy sobie samym zaufać. To coś co umownie nazywamy sercem lub sumieniem zwykle dobrze podpowiada…

Każdy jest pasterzem?

Dzisiaj szczególny dzień w każdym seminarium i w ogóle w Kościele – Niedziela „Dobrego Pasterza”, która jest dniem modlitw o powołania kapłańskie. Ale ja bym powiedział, że o powołania w ogóle. To jest wielki problem dzisiejszego świata – ludzie bez powołania, czy raczej ludzie bez rozeznanego powołania. Setki młodych, którzy gubią się w gąszczu możliwości, pociągających, dobrze opłacanych rozwiązań, tyle że bez przyszłości…

Każdy z nas jest powołany do tego by być pasterzem, to znaczy by wziąć odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale i za innych. By być gotowym do poświęceń. Do tego zaś jest zdolny tylko ten człowiek, który w życiu znalazł się na właściwym „pastwisku”. Który wszedł w siebie na tyle głęboko, że odkrył swą drogę. A jak tego dokonać, jaka jest recepta? Nie ma jednej odpowiedzi. Można szukać innych pasterzy, innego Pasterza – mądrzejszego i bardziej doświadczonego – który pomoże wybrać właściwą drogę. Z pewnością tym pasterzem nie jest moda, nie jest rachunek zysków i strat ani przyjemność. Można by raczej rzec, że to są owe wilki, które podkradają pasterzowi owce. Ogólnie trzeba szukać i nie zrażać się niepowodzeniami. Rzadko kiedy coś naprawdę wartościowego osiągamy bez trudu i cierpienia…

I jeszcze odnośnie źle rozeznanego powołania. Jest bowiem też inne zagrożenie – powołanie dobrze rozeznane, ale porzucone. Powody mogą być różne. Czyjś wpływ, własne obawy a może nawet świadoma rezygnacja. Za dużo jednak dzisiaj polityków, lekarzy, prawników, dziennikarzy a czasami także księży, którym coś w życiu się pomyliło. Być pasterzem, to znaczy być mężczyzną, który nie ucieka…

Zaufanie

Wydawało mi się, że notka o takim tytule już powstała, jednak przeglądając archiwum nie natknąłem się na nią, więc… piszę. Od kiedy jestem w seminarium minie niedługo pełne trzy lata, tymczasem przede mną wakacje i początek czwartego roku formacji. Czas płynie bardzo szybko!

Te chwile, które mogę spędzać w seminarium dały mi i wciąż dają wiele do myślenia. Dostrzegam wiele swoich wad, z którymi walczyć bardzo trudno, ale też wiele swoich dobrych stron, które zazwyczaj lubię podkreślać. Innymi słowy wciąż potrzeba pokory, by przyjmować to wszystko co On daje mi na ten moment mojego życia.

Tu wchodzi zaufanie. Tak, bowiem mówiąc o zaufaniu w relacjach międzyludzkich, nie można nie zacząć od tej niemal fundamentalnej zasady w odniesieniu do Boga.  Człowiek zawsze potrzebuje silnego oparcia. Póki go nie znajdzie, bardzo trudno mu jest tak po prostu otworzyć się na drugiego, wyciągnąć do niego rękę, nie chowając jej za grubą, skórzaną rękawiczką. Za taką osłoną nie może też zaufać druga strona. Wszak byłoby to ślepe zaufanie – nie wiadomo czy ręka jest ciepła czy zimna, czy palce są zaciśnięte, czy drżą…

Nie da się zaufać, tak po ludzku, nie mając tego jedynego w swoim rodzaju Zabezpieczenia. Ktoś powie, że to nieprawda, że może zaufać drugiemu tak po prostu, bez żadnych gwarancji. I zapewne jest to prawdą, tylko jakie jest to zaufanie? Czy jest to ufność sensu stricte – nie ograniczana przez domieszkę codzienności, przez emocje, przez sytuacje nie do przewidzenia? Czy jest to ufność, która dotyka znacznie głębiej niż skóra ręki, niż koniuszki palców? Czy można tu mówić o zaufaniu, które pozwala zobaczyć siebie bez zawoalowanych słów, bez aktorskich gestów? Więcej – które chce być takim – tak bardzo nagim – oglądane, które wręcz tego, od drugiego żąda…

Ale przecież nie o to chodzi, by takie zaufanie zdobyć. To co zdobyte, zawsze może zostać odebrane. Takie zaufanie można tylko otrzymać. I to zupełnie bez pokrycia…

Cichy śpiew

Od rekolekcji, które głosiłem wraz z kolegami dla młodzieży, mijają dwa tygodnie. Doświadczenie bardzo ciekawe i bardzo kształcące. Przekonałem się po raz kolejny, że On działa. Nie zostawia samego tego, kto prosi o wsparcie. Czułem, że Ktoś mnie prowadził, że coś we mnie łamał, że pozwalał coś w sobie przekraczać. To dodaje siły.

Jednocześnie ostatnie dni to czas refleksji. Najpierw kolejna rocznica śmierci Jana Pawła II. Gdy tak sobie siedziałem i modliłem się w ubiegłą sobotę, jakoś mimowolnie, ale zarazem w sposób całkiem uprawniony, moja myśl wędrowała do tego co przeżywałem sześć lat temu. Nie chcę pisać, o moim doświadczeniu odchodzenia papieża – na to może przyjdzie jeszcze czas. Myślałem bowiem wtedy w ciszy kaplicy, że przez ostatnie sześć lat ten Ktoś bardzo powywracał moje życie… Może inaczej – bardzo mądrze je poukładał. Z całą pewnością wtedy nie mogłem przewidzieć w najmniejszym nawet szczególe tego, co teraz robię, do czego dążę… W czwartek kolejne urodziny i cieszę się, bo mogę powtórzyć za Dawidem Kimże ja jestem, Panie mój, (…) że doprowadziłeś mnie aż dotąd (2 Sm 7,18).

Tym wszystkim, którzy wątpią chcę powiedzieć tylko jedno – On jest. I choć będzie to pewnie jedynie cichy śpiew w ogromie wrzasku postmodernistycznego społeczeństwa to… dziękuję, że mogę śpiewać…

Kolejny rok

Kilka dni temu zakończył się rok akademicki. W seminarium zostałem nieco dłużej, by dokończyć to, co niedokończone i pobyć z kolegami. Ciężko było wyjeżdżać, zostawić miejsce, gdzie mieszkam już od dwóch lat – człowiek się przywiązuje. Tak samo trudno było zostawić ludzi – ludzi, którzy są obserwatorami a zarazem cenzorami mojej drogi. Drogi, która ma mnie prowadzić do coraz bliższego bycia z Nim.

Może warto byłoby podsumować jakoś ten rok. Kolejny rok zmagań ze sobą – ze swoimi przyzwyczajeniami, zranieniami. Rok poznawania siebie w sytuacjach ważnych dla mnie, dla ludzi wokół, dla naszego kraju. Obłóczyny, kwietniowa katastrofa lotnicza i niezwykły tydzień czy dwa, kiedy śmierć, wydawało się, była wszechobecna.  To było coś ważnego. Coś co na pewno zmieniło także mnie, choć chciałem być „mocny” i oprzeć się codzienności.

I kolejne istotne doświadczenie – doświadczenie drugiego człowieka. Człowieka, którego zacząłem odkrywać i który zaczął być dla mnie coraz bardziej kimś. Ta obecność drugiego, która łamie samowystarczalność, która wyprowadza z „ja” w „my”… Dziękuję za tych wszystkich ludzi, którzy stanęli na mojej drodze w tym roku. Dziękuję Wam.

Doświadczenie samotności pokazuje, że człowiek nie jest egoistą. Bo przecież „ja” już mu nie wystarczy! Dziękuję za tych, których samotność, w tym roku tak bardzo mnie budowała… i nadal buduje.