Krótka relacja z Rzymu

Przedwczoraj wróciłem z pielgrzymki do Rzymu, czas na krótką relację z dwutygodniowej podróży po Europie. Tegoroczny wyjazd był nieco inny niż te, w których uczestniczyłem w ostatnich latach. Po pierwsze miał wymiar typowo pielgrzymkowy, po drugie – był bardziej niż zwykle zaplanowany. Nasz cel był jasny – spotkanie z papieżem Franciszkiem i klerykami (przygotowującymi się do kapłaństwa) oraz nowicjuszami (przygotowującymi się do życia zakonnego) w Rzymie.

Doświadczyliśmy ogromu Bożej Opatrzności. Niejednokrotnie było tak, że nie było gdzie rozbić namiotów, nie było gdzie schronić się przed deszczem. Zawsze znajdował się jednak ktoś, kto na nas czekał. Jeden z księży, który przyjął nas zupełnie niespodziewanie, mówił nam: Tożsamość kapłańska polega na tym, aby wyciągać ręce z pomocą do tych, których spotykamy na swej drodze. Swe słowa potwierdził przykładem swego życia.

Pielgrzymowanie to też doświadczenie wspólnoty. Godzin spędzonych w autokarze, w namiotach, przy gotowaniu posiłków. Nie zawsze się chce, nie zawsze jest łatwo. Ale to właśnie jest piękne. Piękno rodzi się z trudu. Jest kolorowe, jest różnorodne.

Nie chcę pisać dużo. Wolałbym bowiem, abyście przeczytali kilka zdań z przemówienia naszego papieża Franciszka, które wypowiedział do seminarzystów i nowicjuszy w Auli Pawła VI. Mocne słowa.

Wielu z was ma pragnienie oddać na zawsze życie Chrystusowi. Teraz klaszczecie (…) teraz jest wasz miodowy miesiąc, ale co będzie potem?
 
Jesteśmy pod presją kultury prowizoryczności. To jest niebezpieczne. (…) Chcę upomnieć tę kulturę. Dziś dokonać ostatecznego wyboru nie jest łatwo. (…) W jaki sposób mogę być od tej kultury wolny? Powinniśmy nauczyć się zamykać drzwi naszej wewnętrznej celi – od wewnątrz. Jeżeli ktoś zostawia klucz na zewnątrz [zostawia sobie furtki], tak nie może być.
 
Chciałem wam powiedzieć jedno słowo. Radość. (…) Radość, którą daje Duch Święty, nie ta, którą daje świat. Gdzie rodzi się prawdziwa radość? W sobotę pójdę się bawić? Czy to jest prawdziwa radość? Niektórzy powiedzą, że prawdziwa radość pochodzi z tego, co się ma. Nowy model telefonu, samochodu. Powiem wam coś – źle się czuję, kiedy widzę kapłana w najnowszym modelu samochodu. (…) Jeszcze inni mówią, że radość pochodzi z ekstremalnych doświadczeń, z chodzenia na krawędzi. Inni mają radość z modnego ubioru. Jeszcze inni czerpią radość z sukcesów w relacjach do dziewczyny, chłopaka. Miłość dla próby – dzisiaj to jest modne. (…) Ta radość nie wchodzi do wnętrza, pozostawia gorycz. Radość nie pochodzi z rzeczy, z posiadania. Radość rodzi się ze spotkania, z relacji z innymi. Rodzi się z poczucia akceptacji, z poczucia bycia kochanym. Radość pochodzi z bezinteresowności spotkania i z usłyszenia tego, że jesteś dla kogoś ważny. (…) Zrozumieć to, usłyszeć to od Jezusa – to sekret radości.
 
Nie ufam temu seminarzyście, który mówi: to ja wybrałem tę drogę. Tak nie może być. Powołanie to odpowiedź na wezwanie miłości. Czuję coś w środku i odpowiadam: Tak! (…) Nie lękajcie się manifestować radości płynącej z odpowiedzi na wezwanie i wybór Jego miłości. Ta prawdziwa radość jest zaraźliwa. Idźcie do przodu! (…)
 
Nie ma świętości w smutku. Kiedy spotykasz księdza, siostrę, seminarzystę ze smutną twarzą – coś tu nie gra. Nigdy więcej sióstr, kapłanów o twarzy skwaszonej [dosł. o twarzy papryki w occie]! (…) To problem braku satysfakcji, radości. Gdzie jest jego źródło? Celibat.
 
Poświęcamy swoją miłość Jezusowi. Ślubujemy czystość, celibat. Ślub ten nie kończy się w momencie złożenia go, to droga która dojrzewa w ciągu życia. Zmierza do ojcostwa, macierzyństwa duchowego. Jeżeli kapłan nie jest ojcem, jeżeli siostra nie jest matką dla tych, z którymi pracuje, staje się smutny, smutna. (…) Ślub powinien nas prowadzić do płodności. To nie katolickie, nie być płodnym w naszym życiu duszpasterskim. (…) Jest wielu kapłanów radosnych, bo są owocni – dają życie. Radość – żadnego smutku!
 
Żeby być radosnym świadkiem Ewangelii, trzeba być autentycznym. (…) Jezus walczył z hipokrytami. Z tymi, którzy mają podwójną twarz. Mówić o autentyczności młodym jest łatwe, bo wszyscy młodzi mają pragnienie bycia autentycznymi. Źle się czują, kiedy spotykają kapłanów, siostry fałszywych. Tu leży odpowiedzialność dojrzałych formatorów. Macie obowiązek dać przykład koherentności młodszym.
 
Chrystus posłał nas głosić Ewangelię, jeżeli będzie to potrzebne także słowem. Co znaczą te słowa św. Franciszka z Asyżu? Głosić Ewangelię przede wszystkim autentycznością życia! Najpierw przykładem, potem słowem. Pan zna nasze ograniczenia i słabości. I może przez nie działać. Czy tutaj w Auli jest ktoś, kto nie czuje się grzesznikiem? (…)
 
Bądźcie szczerzy z waszymi spowiednikami. Mówcie im wszystko. Nie bójcie się! (…) Ta przezroczystość jest dla nas pożyteczna, bo czyni nas pokornymi wobec innych. Bez półprawd. Pan pragnie byś powiedział to, co on już wie. To smutne, spotkać seminarzystę, który spowiada się jakby tylko chciał wyczyścić plamę. (…) Ojcze zgrzeszyłem! (…) Otwórzcie drzwi łasce! Koherencja jest fundamentalna, aby nasze świadectwo było autentyczne. (…)
 
Jeden brat obgaduje drugiego. To także jest nasz problem. (…) Ja również jestem w to wmieszany. I wstydzę się tego. Taka wspólnota jest piekłem. Dlatego ważna jest relacja przyjaźni, relacja braterska. Jeżeli spotykam brata, mam mu powiedzieć prawdę w oczy. (…) To jest piękna droga do świętości – nie mówić źle o drugim. (…) Powiedz mi – czy mówisz źle o swojej matce, o swoich rodzonych braciach? Dlaczego robisz to zatem we wspólnocie? (…) Pielęgnować przyjaźnie – to bardzo cenne dobro. Mamy się formować do wyjścia z siebie, do zapomnienia o sobie. Nie możemy być samotnymi wyspami, ale zawsze gotowymi do spotkania.
 
Chciałbym wam powiedzieć: wychodźcie z samych siebie, aby głosić Ewangelię. W tym celu najpierw musicie jednak spotkać Jezusa. (…) Nie lękajcie się wyjść z siebie, poprzez modlitwę i poprzez działalność apostolską. Chciałbym Kościoła bardziej misyjnego. Nie Kościoła spokojnego. (…)
 
Podejmijcie taką drogę, jakiej pragnie Jezus. Nie uczcie się od nas – starszych – sportu, który często uprawiamy. Narzekania. Bądźcie pozytywni. (…) Nie bójcie się iść pod prąd. Bądźcie kontemplatywni i misyjni. (…) Nie porzucajcie różańca. Niech Maryja wam zawsze towarzyszy. Módlcie się także za mnie, bo potrzebuję waszej modlitwy – jestem biednym grzesznikiem.

W drodze

Tym wszystkim, którzy wspierali mnie w czasie drogi do i po Turcji należy się kilka słów informacji. Przede wszystkim udało się bezpiecznie wrócić i nikomu z naszej załogi nie stało się nic złego. A sama wyprawa czy może raczej pielgrzymka, tak jak się spodziewałem, była niezwykłym przeżyciem. Po drodze wiele wcześniejszych założeń uległo zmianie, co dość dobitnie przypomniało mi, jak mało znaczy nasze ludzkie planowanie wobec Jego planów dla nas. Nie udało się dotrzeć do Kapadocji, za to dokładniej zwiedziliśmy zachodnie wybrzeże Turcji oraz stolicę Bułgarii. Ostatecznie można powiedzieć, że pielgrzymowaliśmy trasą Siedmiu Kościołów Apokalipsy oraz pierwszych soborów powszechnych. Byliśmy w wielu miejscach związanych ze św. Pawłem, ale też szeroko pojętą kulturą antyczną – w Efezie, Troi czy Hierapolis. W czasie drogi spisywałem dziennik, który postaram się wkrótce opublikować. Potrzebuję znaleźć jedynie trochę czasu na przepisanie kilkunastu pomiętych nieco kartek, zapisanych dość niewyraźnym stylem pisma.

Po powrocie z Turcji było kilka dni wolnego a potem kolejne ważne doświadczenie – rekolekcje z rodzinami nad morzem. Szkoda, że trwały tylko siedem dni. Ja byłem odpowiedzialny za dzieci w wieku szkolnym. W czasie, gdy opiekunowie, wśród nich i ja, zajmowaliśmy się dziećmi, rodzice mogli w spokoju wysłuchać konferencji rekolekcyjnych. Na dwa dni przed wyjazdem miałem jeszcze 40-stopniową gorączkę. Na szczęście udało się ją opanować, choć myślałem już o zrezygnowaniu z wyjazdu.

I pielgrzymka do Turcji i rekolekcje nad morzem to dla mnie naprawdę błogosławiony czas. Jesteśmy tu na ziemi w ciągłej drodze. Nigdy nie wiadomo, co czeka nas kolejnego dnia, więcej – nigdy nie wiemy, co czeka nas zza najbliższym rogiem budynku. Jednocześnie jest we mnie coraz większe przekonanie, że jest Ktoś, kto wie, co przed nami… To przekonanie nie jest jednak jakimś symptomem poczucia zniewolenia, wprost przeciwnie – im bardziej to sobie uświadamiam, tym bardziej czuję się wolny!

Do Turcji

Jest już dość późno i zapewne większość z Was będzie czytała ten tekst w momencie, gdy ja już od kilku godzin będę w drodze. Ale to zapewne ostatni moment żeby podzielić się kilkoma refleksjami przed ważną wyprawą poniekąd pielgrzymką – tym razem do Turcji. Czemu ważną? Bo nietypową jak dla mnie i wymagającą nieco więcej niż normalnie wysiłku. Dlaczego? Po pierwsze bo upalna w lipcu Turcja, po drugie bo nie z biurem podróży, ale z kolegami z seminarium i pod namiotami (o ile te przydadzą się podczas gorących nocy).

Każda droga, jakakolwiek by nie była, wymaga od idącego pozostawienia czegoś z siebie za sobą. Nie wszystko zmieści się do plecaka i nie wszystko uniosą plecy. Ale bynajmniej chodzi o ciężar fizyczny, choć i ten jest niezwykle istotny. W drodze trzeba też pozostawić nieco siebie, by odkryć siebie nowego – bogatszego o nowe doświadczenia, o nowe spojrzenie na otaczająca rzeczywistość. Brzmi to drętwo i zapewne takie jest – więcej powiem po powrocie a ten dopiero (czy może raczej – już) 15 lipca. Proszę o modlitwę za nas – którzy chcemy się nieco pozmagać z naturą, ale bardziej z samymi sobą (i w aspekcie jednostkowym i wspólnotowym) – z własną naturą. Dobrze jest czuć, że ktoś gdzieś na ciebie czeka, że nie wracasz z jednej pustyni na drugą.

I cóż… Niebo dzisiaj przejrzyste, widać gwiazdy i nadgryziony księżyc. Cisza wokół – mimo że to piłkarska Warszawa (nie zobaczymy półfinału Niemcy – Włochy). Jutro o tej porze mamy być gdzieś na Słowacji. A czy będziemy – czas pokaże.

W drodze do Berlina

Za parę godzin wyruszam na Europejskie Spotkanie Młodych w Berlinie. Wróci pewnie trochę wspomnień z wakacyjnego pobytu we wspólnocie Taizé. Ale nie tylko o to chodzi…

Wspólnota ekumeniczna z tej małej francuskiej wioski jest znakiem, że możemy liczyć na jedność chrześcijan. Powrót do jedności nie jest bowiem możliwy bez modlitwy o nią. Modlitwy czystych intencji, pozbawionych pretensji i żalu. To jest też wyznacznik jedności między ludźmi. Każdy z nas potrzebuje w drugim oparcia, fundamentu na którym poczuje się na tyle pewnie, że będzie mógł się rozwijać.

Modlę się o jedność. Tak byśmy mogli razem powtórzyć za św. Janem:

To wam oznajmiamy, co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce – bo życie objawiło się. Myśmy je widzieli, o nim świadczymy i głosimy wam życie wieczne, które było w Ojcu, a nam zostało objawione – oznajmiamy wam, cośmy ujrzeli i usłyszeli, abyście i wy mieli współuczestnictwo z nami.

Rozpoczynam pielgrzymkę zaufania przez ziemię. Proszę was o modlitwę!

Ważny czas

Wreszcie udało mi się znaleźć chwilę czasu, by podzielić się tym, co przeżyłem pielgrzymując przez prawie miesiąc po żywych wspólnotach europejskiego Kościoła. Był to bardzo ważny czas, można powiedzieć, że czas podczas którego wiele zrozumiałem i bardzo wiele nowych rzeczy się nauczyłem. Pozwolę sobie opublikować tutaj część notatek z podróży, które pisane z dnia na dzień, mogą dać pełniejszy obraz samego wyjazdu.

28 sierpnia, Altöting

Jest późny wieczór w niedzielę 28 sierpnia. W tym momencie nasza szóstka jest już w Altöting w Niemczech. Z tego, co wiem, od soboty od godziny 21. (kiedy to wyruszyliśmy z Warszawy) przejechaliśmy już ponad 1000 kilometrów. Bardzo dużo. Kierowcy zmęczeni – Bogu dzięki za Mikołaja i Piotrka. Dzisiaj z ważniejszych miejsc, byliśmy w Vierzehnheiligen, Bamberg i Ratyzbona. Ale trzeba dodać do tego niesamowite widoki niemieckiej przyrody, podczas podróży samochodem. Atmosfera w grupie chwilami napięta (…) W końcu tutaj przyjechaliśmy się "uczyć" wspólnoty. Mamy sporo czasu na poznawanie siebie nawzajem. Czas spać – nie spałem poza kilkoma drzemkami w samochodzie od ponad 30 godzin.

Wielka Kartuzja, 1 września 

Właśnie siedzę w lesie, gdzieś w okolicach Wielkiej Kartuzji we francuskich Alpach. Widoki zapierają dech w piersi. Szczególnie tutaj, gdzie w wielkiej ciszy żyją bracia i przyroda. Cisza nie jest tu przygnębiająca. A takie wrażenie miałem często w seminarium. Czy zatem była to jednak cisza? Tutaj trwanie w ciszy serca przynosi ukojenie. Pozwala słyszeć Boga. A Ten przychodzi na różne sposoby.

Zupełna cisza pozostawia człowieka w dwóch układach odniesienia – do Boga i do samego siebie. Gdyby człowiek modlił się, nie rozmawiając wcześniej ze sobą, nie konfrontując się ze swoimi problemami, ze swoim zmęczeniem, modlitwa byłaby wówczas jedynie czczą gadaniną.

Jak wielki jesteś Panie
w ciszy.
Jak dobrze jest Cię wysławiać,
gdy nie jestem sam.
I nieważne są słowa milczenia.
I nie liczy się samotność modlitwy.

Bo Ty jesteś
nawet gdy drzewa nie szumią
i gwiazdy na niebie się skryły.

Będę czekać na Ciebie.
Bo wiem, że przyjdziesz.

Taizé, 7 września

Wieczór w Taizé. W zasadzie jest to już czwarty wieczór w tym miejscu niezwykłym i banalnym zarazem. Niezwykłym dlatego, że czymś wspaniałym jest łączyć tyle kultur, tyle typów myślenia, przede wszystkim właśnie tylu ludzi, w jednym  celu – żeby w jakiś sposób doświadczyć Boga, modlitwy. A banalnym dlatego właśnie, że ta modlitwa niekiedy wydaje się być tylko punktem programu, który choć ważny, okazuje się mniej istotny niż chociażby spotkania z rówieśnikami z innych krajów. Często mam też tu wrażenie, że od samego życia ważniejsza jest jego jakość. Liczy się życie pełną gębą przez możliwie długi czas (…) Bóg nad tym wszystkim czuwa.

Taizé, 8 września

Dzisiaj spotkaliśmy się z bratem Aloisem – sługą komunii, czyli przełożonym wspólnoty. powiedział nam, że ksiądz ma być przede wszystkim chrześcijaninem a w kapłaństwie najważniejsze jest odnajdywać i ciągle odnawiać radość w relacji do Chrystusa.

***

Modlić się to nie znaczy tylko wypowiadać jakieś określone formuły czy zdania. “Nie tylko”, czyli nie jest to coś złego. Każdy ma wrażliwość, która jest czymś bardzo ludzkim, to znaczy bardzo osobistym i indywidualnym. Modlitwą może być też patrzenie Bogu w oczy. Jestem na wieczornej modlitwie w Taizé. Będę próbował patrzeć Mu w oczy.

***

Pierwsze słowa jakie usłyszałem po zapisaniu ostatniego zdania: Gdy bowiem nie umiecie się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za wami w błaganiach… Bogu niech będą dzięki! On tu jest.

***

Niezwykłe jest działanie Boga w ludziach. To jest to, czego teraz doświadczam i czego z pewnością nie zapomnę. Ważne jest bowiem nie to, czy ci ludzie wchodzą w relację ze mną – ważne, że dostrzegam ich relację do Boga. To, że Bóg działa w nich sprawia zaś, że działa też przez ich obecność, wszędzie tam, gdzie się pojawiają. Przemawia przez nich jak przez proroków. Tak, oni są – każdy z nas jest – prorokiem tego tysiąclecia. Bóg chce przez nas mówić. Musimy oddać Mu swe usta.

Taizé, 9 września

Jest piątek. We wspólnocie Taizé to dzień, w którym przedpołudnie jest zarezerwowane na milczenie. Próbuję właśnie w tym milczeniu trwać. Wyszedłem w okolice wioski, tak by bez tłumu móc się zastanowić nad zaproponowaną Ewangelią. Bóg przemawia w ciszy. Nawet, gdy wokół jeżdżą samochody lub ktoś właśnie ścina drzewo. To naprawdę nie przeszkadza, gdy ciszę niesie się w sobie.

Panie, Ty karmisz mnie Sobą, gdy jestem głodny. Ty poisz mnie Swym Słowem, gdy jestem spragniony. Nagość mojej słabości przyodziewasz Krzyżem i wyrywasz mnie z więzienia własnej niewystarczalności. Odnawiasz mnie miłością, bym mógł żyć. Bądź pochwalony! Amen.

***

By wspólnota mogła być nazywana wspólnotą, nie potrzeba by dokonywały się w niej jakieś straszne rzeczy. Nie potrzeba fajerwerków w postaci nakręcanych sztucznie sporów czy kolejnych pojednań. Przebaczenie, które nie wynika z prawdziwej i realnej potrzeby człowieka a jest jedynie próbą poprawienia nastroju, prowadzi prędzej czy później do powstania prawdziwych zranień, które uleczyć może być bardzo trudno.  Dlaczego? Pojawia się bowiem nieufność. Trudno zaufać osobie, która pragnie pojednania, podczas gdy my nie wiemy, gdzie nastąpił rozpad. Wówczas lekarstwem może być rozmowa. Lub cisza. Cisza leczy rany, gdyż pozwala się im zasklepić, pozwala zrozumieć, co nas tak naprawdę zabolało. Jestem  w kościele w Taizé – na  środku leży Krzyż – dzisiaj piątek. Chrystus przebaczył umierając, ale nie żądał przebaczenia. Nie On w końcu zawinił. W ludzkich relacjach to rzadka sytuacja – zazwyczaj wina leży w środku relacji między dwojgiem ludzi. Trzeba sobie wówczas przede wszystkim zdać sprawę z własnej grzeszności. Własnego niepokoju. Oskarżenia powodują bowiem jedynie dalsze nawarstwianie się problemów. To, że mamy z czymś trudności jest wielkim darem. W ten obszar Duch może wnieść prawdziwy pokój a w konsekwencji zdrową radość. W naszych słabościach obficie wylewa się łaska. Panie daj mi przyjąć wszystko, co dajesz.

Taizé, 10 września

(…) Ksiądz, kleryk powinien jako pierwszą stawiać relację do Chrystusa. Służba ludziom zawsze będzie jakoś z tej relacji wynikać.

***

Sobotni wieczór. Siedzę bardzo blisko brata Aloisa. Dzisiaj liturgia światła we wspólnocie. Po mojej prawej stronie wysoki, gliniany świecznik a na nim paschał. Świeca już się pali. Potrzeba nam dziś światła, tego Światła, które nigdy nie zgaśnie. W Taizé to Światło zdaje się być nie tylko symbolem…

Fontgombault, 11 września

Drugi dzień pobytu w opactwie w Fontgombault. Jest wieczór, na klasztornej wieży właśnie wybiła 21.30. Na terenie opactwa jest już cisza. Ostatnia modlitwa kończy się koło 21. i mnisi idą spać, bo rano trzeba wstać nieco przed 5.  Dzień wypełniony modlitwą. W kościele zbieraliśmy się siedem razy.  I z pewnością nie było to “klepanie pacierzy”. Dzisiaj mieliśmy dużo szczęścia, bo mogliśmy uczestniczyć we mszy świętej ze złożeniem ślubów wieczystych. Piękna uroczystość, bardzo wymowna. W kazaniu nowy opat wspólnoty mówił o ważnej roli imienia. Nowe imię – przybierane także w profesji wieczystej – jest znakiem oddania swego życia Bogu. Mnisi są dziś dla nas znakiem, że jest dla Kogo żyć. Są znakiem głębokiej łączności z posłannictwem Maryi – tej, która przybrała imię “służebnicy Pańskiej”. 

Mający złożyć profesję w pewnym momencie obrzędu stanął przed ołtarzem z wzniesionymi, rozkrzyżowanymi rękoma i zaczął śpiewać: “Przyjmij mnie, Panie, według słowa Twego, a będę żył”, potem uklęknął, złożył ręce na piersiach i ze skłonioną głową dodał: “i nie zawstydzisz mnie ze względu na oczekiwanie moje”…

Po południu mogliśmy osobiście spotkać się z opatem wspólnoty. Powiedział nam coś bardzo ważnego. Ksiądz nie jest tym, który decyduje, tę swoją wolę ma z każdym dniem coraz bardziej ofiarowywać Bogu. Nie może się jej wyrzekać, gdyż w ten sposób uciekałby od odpowiedzialności i trudności, lecz coraz bardziej ma zbliżać swe serce do Bożego Serca.

Jutro po porannej Mszy świętej i śniadaniu ruszamy do Paryża. Po drodze jeden z zamków nad Loarą i Orlean. Deo gratias!

Solesmes, 16 września

Jesteśmy już w Solesmes, dopiero co przyjechaliśmy. Piszę jednak już teraz, bo jest trochę przeżyć z ponad dwudniowego pobytu w Paryżu., gdzie nie udało mi się skreślić żadnych słów. Do tego dzisiaj straszny ból głowy. Mam nadzieję, że przejdzie.

W Paryżu byłem po raz pierwszy. Miasto niezwykłe, bo choć bogate w najgorsze kontrasty, to jednak przede wszystkim czuć w nim, że ludziom na czymś zależy. Każdy ze spotkanych na drodze przechodniów był może nie tyle szczęśliwy ze swego życia – bo to rzadko nas oszczędza – ale chyba każdy był jakoś pogodzony z tym, co mu daje Bóg. Na pewno nie dało się odczuć charakterystycznego chociażby dla nas Polaków narzekania. Nigdy nie narzekać, za wszystko dziękować – te słowa jednego ze zmarłych jakiś czas temu księży, wydają mi się tu bardzo trafne. 

Kościół we Francji a na pewno w Paryżu nie jest w odwrocie. Wprost przeciwnie – jest prężny, aktywny a przede wszystkim wierzący. W stolicy Francuzów usłyszałem od kogoś, że choć może faktycznie Kościół w Polsce jest liczniejszy, to jednak francuski z pewnością nie ustępuje mu mocą modlitwy. Jestem bardzo zbudowany wizytą w każdym paryskim kościele. Tam rodzą się nowe wspólnoty, które nie boją się zniszczeń w porewolucyjnej moralności.

Będąc w Paryżu zobaczyliśmy oczywiście wiele pięknych miejsc. Wieża Eiffla, Łuk Triumfalny, Katedra Notre Dame, Luwr, Panteon, podparyski Wersal i wiele, wiele innych. Dobrze było tam być.

I tu notatki się urywają. Co nie znaczy, że skończyły się przeżycia. Te trudno byłoby opisać nawet przez najbliższy miesiąc. Dziękuję Panu, że udało się nam wszystkim szczęśliwie wrócić. Potężny jesteś Panie…

O pielgrzymowaniu

Za mną pielgrzymka na Jasną Górę a przede mną, za kilka dni, wyjazd na pielgrzymkę po Europie, po klasztorach, sanktuariach. Czyli od pielgrzymki do pielgrzymki. Można skwitować to banałem – nasze życie to ciągłe pielgrzymowanie. Jednak w gruncie rzeczy prawdą jest, że każdy z nas do czegoś zmierza, więc choć może nie zawsze to życie jest pielgrzymką w sensie stricte religijnym (choć można by o tym dyskutować), to z pewnością każdy z nas jest pielgrzymem.

Pielgrzym charakteryzuje się tym, że jakiś cel napędza go do dalszej drogi. Zarówno cel jak i drogę możemy tu rozumieć bardzo szeroko. Każdy z nas cel wyznacza według swoich możliwości, wie ile jest w stanie przejść. Jeżeli celu nie osiąga – droga okazała się najwyraźniej trudniejsza niż przewidywał. A drogi przewidzieć nie da się nigdy. Można szykować plany, nawet bardzo szczegółowe – nie ma w tym nic złego, wprost przeciwnie – bez dobrego zaplanowania, bez znajomości drogi nigdzie nie dojdziemy – to jednak ślepa ufność w to co się zamierzyło, zazwyczaj kończy się tragicznie.

Ruszać w drogę to znaczy liczyć się z przeciwnościami, ze złą pogodą, z brakiem zrozumienia, z głodem – takie jest też nasze życie. Niczego i nikogo w drodze nie można być pewnym. Tyle, że to ujęcie pesymistyczne. Chyba lepiej powiedzieć – droga to sztuka ciągłego zaskakiwania, nie wiadomo co dobrego czeka za kolejnym zakrętem… Droga to w końcu wolność. O każdym kroku trzeba zdecydować samemu. Ucieczka w zależność, to tak jakby przez całe życie udawać, że zwichnąłeś sobie nogę.

Proszę o modlitwę za naszą szóstkę, która rusza w drogę w znane-nieznane.

Z pielgrzymki

Kilka dni temu szczęśliwie wróciłem z pielgrzymki na Jasną Górę. W czasie drogi prowadziłem codzienny zapis swoich odczuć na stronie internetowej. Tutaj zrobię zatem mały przedruk. Wkrótce postaram się zaś podsumować ten czas.

Dzień I

Czwartkowy wieczór. Ostatnie sprawdzanie bagażu a przed snem pragnienie, by zasnąć jak najprędzej, bo rano trzeba wstać i ruszyć w drogę. Ale spać się nie chce – tyle emocji, mniej lub bardziej skrywanych, zarówno u tych, którzy idą po raz pierwszy jak i u tych, którzy na akademickiej pielgrzymce zjedli zęby. Przed nami czas łaski. Każdy będzie jej doświadczał na inny sposób. Jedni idąc w strugach deszczu i palącym słońcu, ale też w ciągu zwykłego – niezwykłego szarego dnia. Inni może więcej w tym czasie będą jeździć samochodem, ale tylko dlatego, że każdego z pielgrzymów mają gdzieś głęboko w sercu, jako człowieka, któremu chcą towarzyszyć przygotowując posiłki, noclegi… Niezależnie od tego jak – wszyscy chcą razem wejść na Jasną Górę, by patrząc w oczy Tej, która rozradowała się idąc z Jezusem pod sercem do domu Elżbiety, powiedzieć Bogu o tym wszystkim co w ich życiu radosne i smutne, łatwe i trudne, o tym czego już doświadczyli i czego boją się w zbliżającym się czasie.

Ja nie idę sam, pewnie tak jak większość z Was zabieram ze sobą kogoś bliskiego, kto w pielgrzymce uczestniczyć nie może. To co jest w pielgrzymowaniu piękne, to fakt, że plecak może ważyć nawet 30 kilogramów, ale taka osoba, która gdzieś myślami i modlitwą towarzyszy w drodze, bierze na siebie znaczną cześć tego ciężaru. A każdy Twój krok jest z kolei dla tamtej osoby przypomnieniem, jak bardzo Ci na niej zależy i jak bardzo jest Ci bliska. Chyba dlatego właśnie pielgrzymka tak bardzo zbliża do Boga. W końcu przecież w Nim, każda pielgrzymia intencja szuka spełnienia. On jest Źródłem, które wybija na pustyni, ale też odrobiną cienia w skąpanej w słońcu drodze pielgrzyma.

Towarzyszy nam Boża łaska. Będziemy się w tym utwierdzać przez najbliższe dziesięć dni. W drogę!

***

O godzinie 7.15 z Placu Zamkowego wyruszyła grupa wojskowa, tym samym rozpoczynając XXXI Warszawską Akademicką Pielgrzymkę Metropolitalną. Wcześniej zgromadzeni licznie pielgrzymi uczestniczyli we Mszy Świętej, której przewodniczył Kazimierz Kardynał Nycz wraz z księżmi przewodnikami poszczególnych grup, na czele z Bratem Przewodnikiem – ks. Jackiem Siekierskim.

W homilii Ksiądz Kardynał zwrócił uwagę na Matkę Bożą jako ciągłego pielgrzyma – najpierw chodziła z Jezusem do Świątyni Jerozolimskiej, potem towarzyszyła Mu, gdy nauczał, by w końcu dojść z Nim na szczyt Golgoty. Tym swoim pielgrzymowaniem jest dla nas Maryja wzorem a zarazem zachętą do podjęcia trudu drogi za Mistrzem. Metropolita Warszawski przypomniał postaci trzech wielkich Polaków, którzy podobnie jak Maryja, są dla nas dzisiaj orędownikami w podejmowaniu trudu pielgrzymowania – św. Maksymiliana Marii Kolbego, bł. Jana Pawła II i sługi Bożego Stefana Kardynała Wyszyńskiego.

Na koniec Eucharystii Ksiądz Kardynał pobłogosławił wszystkim pielgrzymom i wraz z Biskupem Polowym Wojska Polskiego Józefem Guzdkiem przeszedł z nimi pierwszy odcinek trasy.

***

Jak co roku dzisiaj trzeba było wstać wraz ze słońcem, by – choć zaspanym – zdążyć na Mszę świętą w kościele św. Anny. O tak wczesnej porze na Eucharystii zazwyczaj trudno się skupić, jednak coś jest w atmosferze pielgrzymkowych mszy, że zasnąć się nie da. Oczekiwanie na wymarsz? Na pierwsze kroki w pielgrzymce lub na wyjście w trasę po raz kolejny? Na pewno nie ma jednej odpowiedzi. Każdy idzie na pielgrzymkę nieco inaczej. Można by wręcz powiedzieć, że każdy inaczej stawia kroki. Jak się zatem dzieję, że w końcu wszyscy dochodzą w to samo miejsce?! Nie zdradzę tej tajemnicy – trzeba to przeżyć samemu…

Ja po nieprzespanej nocy zastanawiałem się, jak zafunkcjonuje wiele rzeczy, które na pielgrzymce są w tym roku swoistym novum. Bo przecież pielgrzymka z roku na rok zmienia się. Zmienia się zaplecze, sprawy techniczne, ale jednak przede wszystkim zmieniają się ludzie. Nie tylko dlatego, że pojawiają się po raz pierwszy. Nierzadko po roku od ostatniego spotkania, każdy wydaje się nieco inny, dojrzalszy, jakoś bardziej bliski. Pielgrzymowanie zbliża. Kolejne kilometry przebywane w obecności tych samych osób, czynią z nich bowiem osoby wyjątkowe. Współpielgrzymów wspomina się przez cały rok… do kolejnej pielgrzymki.

Droga dzisiaj nie była specjalnie trudna. Choć było bardzo gorąco, nie było to jeszcze kłopotliwe – narzekać na palące słońce będziemy pewnie za kilka dni. Chyba, że spadnie deszcz – wtedy wszyscy będą prosić Boga o powrót upałów. I tak na zmianę.

To co jakoś szczególnie utkwiło mi dziś w pamięci to niezwykła gościnność ludzi, których spotykamy na trasie. Nie spotkałem się dziś z coraz bardziej napastliwa obojętnością, która nierzadko bardziej boli od agresji. Każdy, którego kolorowy kordon flag, znaczków i poubieranych w koszulki w grupowych kolorach ludzi mijał, zwracał na niego uwagę a na twarzy pojawiał się mniej lub bardziej wyraźny, ale chyba zawsze serdeczny uśmiech. najbardziej doświadczyliśmy tego w Lesznie, gdzie za każdym rogiem stała grupa ludzi – starszych, młodych, dzieci, by zmęczonych pielgrzymów powitać czymś do picia czy przegryzienia. Jak ważne jest owo machanie ręką na powitanie i pożegnanie zarazem – nikomu nie trzeba chyba tłumaczyć. Każdego z tych ludzi zabieram ze sobą na Jasną Górę. Jeszcze dziewięć dni.

Boże daj łaskę iść dalej.

Dzień II

Za chwilę apel, ale zasadniczo drugi dzień już za nami. Pojawiło się pierwsze zmęczenie, choć droga do przejścia nie była długa. Jak zawsze 6 sierpnia, Msza święta została odprawiona późnym rankiem w Niepokalanowie. Choć nic tego nie zapowiadało, trzeba tam było wyciągnąć parasolki. Krótki deszczyk nie był jednak chyba żadnemu z pielgrzymów straszny, tym bardziej, że po chwili wyjrzało słońce a zaraz po Mszy na wszystkich czekał przygotowany przez franciszkanów bigos.

Gdy później szedłem z jedną z grup usłyszałem słowa, które jakoś mnie poruszyły, zainteresowały… W każdym razie myślę o tym do tej pory. Ktoś określił pielgrzymkę mianem procesji eucharystycznej. Większość pątników niesie bowiem ze sobą Jezusa, którego chwilę wcześniej przyjęli w czasie Eucharystii. Często o tym zapominam, ale faktycznie On jest jakoś obecny w czasie całego tego trudu, zmęczenia, które choć pewnie jest na co dzień obecne w życiu każdego z nas, to jednak w czasie pielgrzymki, może łatwiej jest dostrzec i sobie uświadomić. Tak długa droga musi bowiem zmusić do konfrontacji ze samym sobą. Jedyne bowiem o czym długotrwały wysiłek nie pozwala zapomnieć to własne życie, własne problemy. Po kilku dniach drogi nikt już nie narzeka na jedzenie czy warunki noclegowe, ale coraz częściej słychać pytania, prośby o radę w związku z tym, co samemu się przeżywa.

Przedpołudniowy deszcz nikogo nie przeraził, jednak wczesnym popołudniem pogoda przypomniała wszystkim o sobie. Gdy byliśmy w okolicach Guzowa niebo zrobiło się czarne i po chwili zaczął padać rzęsisty deszcz. Dla pielgrzymów to nie jest dobra informacja. Nie tylko trzeba wysuszyć ubranie, ale też ciężej znaleźć miejsce, na którym można by rozbić namiot na nocleg.

W każdym razie pierwsza burza za nami. Miejmy nadzieję, że ostatnia.

Dzień III

Kiedy rano dochodziliśmy do bramy franciszkańskiego klasztoru w Miedniewicach usłyszałem czysty dźwięk dzwonów z przykościelnej wieży. Unoszące się jeszcze niezbyt wysoko słońce, gdzieniegdzie mgła i nieodłącznie wyczuwalna gdzieś w oddali melodia Godzinek – tak wygląda poranek w czasie pielgrzymki. Dzisiejszy jest jednak szczególny, w końcu niedziela. Bo choć w drodze łatwo zgubić poczucie czasu, to jednak ten dzień dla każdego pielgrzyma jest na tyle ważny, że stanowi punkt odniesienia dla kolejnych.

Jak co roku w czasie Mszy w Miedniewicach towarzyszył pielgrzymce akademickiej bp Józef Zawitkowski. W nagrodzonej długimi brawami homilii przypomniał sylwetki trzech patronów tegorocznej wędrówki – św. Maksymiliana Kolbego, Stefana kardynała Wyszyńskiego i bł. Jana Pawła II. Jak zaznaczył, każdy z nich idzie na Jasną Górę wraz z nami. Każdemu z pielgrzymów Ksiądz Biskup życzył niezachwianej wiary, która nie boi się, szczególnie w dzisiejszych trudnych czasach, powiedzieć za Prymasem Tysiąclecia „Non possumus! – Nie możemy!”.

Bp Zawitkowski, który, jak sam stwierdził, przybywa zawsze do Miedniewic z „dziecięcym wzruszeniem”, sprawił, że owo wzruszenie udzieliło się w jakiś sposób każdemu z pielgrzymów. Pokrzepieni Słowem Bożym i eucharystycznym Chlebem – idziemy dalej.

Dzień IV

Dzisiejsza noc nie była łatwa. Temperatura sporo spadła a do tego deszcz. Na szczęście rano wyjrzało słońce i pomogło wysuszyć mokre ubrania. Msza mogła odbyć się pod gołym niebem. Dzisiaj Eucharystii przewodniczył Józef Kardynał Glemp. Dla każdego wędrowca obecność pasterza zawsze jest budująca, sprawia, że idzie się łatwiej. To chyba tak jak z owcami, które z większą łatwością i szybkością będą iść za pasterzem niż bez niego. Wtedy bowiem pojawia się jakiś lęk, o którym wspomina dzisiejsze pierwsze czytanie – mówił Ksiądz Kardynał w wygłoszonej do zgromadzonych homilii. Jako wzory pasterzy podał Prymas Senior trzech wielkich księży Archidiecezji warszawskiej – św. abp Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, bł. Jerzego Popiełuszkę i Stefana Kardynała Wyszyńskiego.

Ważnym punktem dzisiejszego poranka było poświęcenie tablicy upamiętniającej zmarłego przed rokiem ks. prałata Zygmunta Malackiego – wieloletniego Brata Przewodnika naszej pielgrzymki. Dlaczego W Starej Rawie? To tutaj przed rokiem dowiedzieliśmy się o jego śmierci. Pamiętam ten wieczór, ciepły, sierpniowy, gdy dotarła do nas smutna wiadomość. Było kilka minut przed 22. Trudno było uwierzyć. Do dzisiaj jest go jakoś brak… ale zarazem jest bardzo blisko. Na pewno pielgrzymuje z nami dalej!

W czasie pielgrzymki mocno odczuwam modlitwę innych osób. Jest ona bardzo ważna i niewątpliwie potrzebna, by rano wstać, ruszyć w drogę a wieczorem móc spokojnie położyć się spać. Dziś będę mógł spać spokojnie.

***

Nie zawsze wszystko jest tak jak byśmy sobie to wymarzyli. Te słowa są pewnie wyjątkowo aktualne tej deszczowej nocy, kiedy ten tekst powstaje. Po dobrej pogodzie podczas całego dnia, wieczorem nad Starą Rawą zebrały się gęste chmury, z których spadł rzęsisty deszcz. Szczęście mieli Ci, którzy dostali przydział noclegowy w stodole i nie musieli rozkładać namiotów. Lepiej sprawdziłyby się bowiem pewnie tratwy.

Choć pewnie każdy z pielgrzymów liczył, że prześpi się w dobrych, czyli przede wszystkim suchych warunkach, choć przewidywał, że nie będzie komarów i będzie mógł dłużej pogadać ze znajomymi na świeżym powietrzu, to każde z tych przewidywań dzisiaj go zapewne zawiodło. Żyjemy w czasach, w których do świata, drugiego człowieka większość odnosi się w sposób żądaniowy. Usługa za usługę, by nie powiedzieć – przysługa za przysługę. Co więcej do siebie samych coraz częściej nie potrafimy się ustosunkować inaczej, jak właśnie w ten sposób. Żądamy od siebie samych coraz więcej i w ten sposób, budując własne samozadowolenie, niszczymy relacje z innymi. Każdy człowiek jest łaską Boga. Jeżeli potrafimy z tej łasi skorzystać, odkrywamy coraz mocniej Boże działanie w nas samych. A wtedy zaczynamy żyć. Tak prawdziwie.

Jutro kolejny etap, kolejny ważny dzień drogi. Choć warunki nie sprzyjają, każdy z nas pamięta, że nie idzie sam. A to chyba najważniejsze.

Dzień V

Po kilku dniach, kiedy z nieba ciągle siąpił deszcz, dzisiaj niemal bezchmurne niebo sprawiło, że w czasie postoju w Czerniewicach pielgrzymi po prostu się bawili. Już na Mszy świętej, którą dzisiaj odprawił przewodnik Grupy Srebrnej – ks. Andrzej Kuflikowski czułem, że panujące od kilku dni w obozach przygnębienie minęło a Eucharystia była prawdziwym dziękczynieniem za to, co Bóg daje.

Po Mszy ksiądz Krzysztof Osiński – proboszcz parafii św. Małgorzaty oraz wójt – Edward Pietrzyk przyjęli wszystkich na smaczny i obfity posiłek przed budynkiem szkoły. W takich warunkach czuje się, że pielgrzymka to jedno wielkie święto. Święto tych, którzy idą na Jasną Górę i tych, którzy ich na tej drodze spotykają. Pielgrzymka to nie tylko asceza. Jeżeli bowiem wyrzeczenie jest podjęte w sposób świadomy i wolny, to trwanie w nim przynosi wiele radości. Człowiek cieszy się tym co dostaje, bo w drodze mu tego brakuje. Cieszy się drugim człowiekiem, bo to on towarzyszy mu w pokonywaniu kolejnych kilometrów. Cieszy się Bogiem, bo On daje siłę by tę drogę pokonywać.

Dzień VI

Po Niepokalanowie i Miedniewicach, pielgrzymka znowu zawitała w progi franciszkanów. Dzisiejszy dzień koncentruje się bowiem wokół wizyty w Sanktuarium św. Anny w Smardzewicach, gdzie po raz kolejny z otwartymi rękoma przyjęli nas bracia z tego zakonu.

Jako, że wkroczyliśmy już na teren diecezji radomskiej, Mszy świętej, która niestety nie obyła się bez deszczu, przewodniczył biskup ordynariusz diecezji radomskiej – Henryk Tomasik. W homilii mówił o duchu i mocy młodej, bo niezwykle aktywnej i żywotnej, wspólnoty pielgrzymkowej. Coś w tym faktycznie jest, bo mimo fizycznego zmęczenia, z pielgrzymki zawsze wraca się naładowanym Bożą łaską.

Nad Smardzewicami jest teraz wciąż pochmurno, ale chyba po półmetku pielgrzymki coraz mniej istotna staje się pogoda, to co się je i gdzie się śpi, a każdy z nas jakoś mocniej patrzy w dal – na południe i wyczekuje spotkania z Matką z Jasnej Góry.

Dzień VII

Jest już dość późno w nocy, ale chcę się jeszcze podzielić wrażeniami z dzisiejszego dnia. Droga trudna, bo długa – dziś do przejścia był najdłuższy odcinek w czasie całej pielgrzymki. Na szczęście dopisywała pogoda – niezbyt gorąco, nie za zimno – w sam raz.

Rano uczestniczyłem we Mszy świętej w Sulejowie, której, jak co roku, przewodniczył bp Adam Lepa. W homilii mówił, że człowiek nie może się w życiu kierować „moralnością sklepikarza”, nie może obliczać możliwego do uzyskania zysku z każdej życiowej sytuacji. Szczególnie objawia się to w miłości, która nie może być daniem siebie, tylko po to, żeby uzyskać jeszcze więcej.

I chyba tak czasami jest nam łatwiej – odwrócić wzrok, udać, że się nie słyszy, tylko po to by nie stracić. Rzadko kto podchodzi do życia z nastawieniem nie na siebie, lecz ze wzrokiem utkwionym przede wszystkim we drugim człowieku. Większość z nas boi się, że ktoś nas okradnie, gdy tylko przestaniemy zwracać uwagę wyłącznie na siebie. Tymczasem prawda jest taka, że żeby coś w życiu uzyskać, coś rzeczywiście wartościowego, trzeba zmienić logikę egocentryzmu i zacząć zauważać innych. Jak mówił bł. Jan Paweł II – „(…) przez drugich i dla drugich” – tak realizuje się człowiek i tylko to może uczynić go szczęśliwym. Spotkałem wczoraj pewną stuletnią kobietę. Babcia Weronka – bo tak wszyscy tu na nią mówią – tryska życiem, bo całe życie jest dla innych. To samo zaszczepiła swoim dzieciom – w gospodarstwie jej syna czułem się jak w domu. Nie trzeba mieć dużo, by dużo dawać.

Dzisiaj dotarliśmy już do Przerąba, wcześniej zatrzymując się na Pociesznej Górce. To oznacza, że coraz bliżej Jasna Góra. W zasadzie pozostało dwa dni i wejście na najważniejszy częstochowski szczyt. Powoli pojawia się uczucie, że coś się kończy. Może stąd nieco więcej motywacji, by postawić kolejny krok?

Noc zimna a księżyc delikatnie zamglony. W żadnym z namiotów nie pali się już światło. Trzeba rano wstać, jeszcze przed słońcem, by ruszać dalej. Co się będzie działo? Nie warto się zastanawiać. Bóg nas ciągle zaskakuje…

Dzień VIII

Ósmy dzień XXXI WAPM to już historia. Przed nami już tylko jutrzejsze zmaganie ze zmęczeniem i krótki, niejako koronujący całą pielgrzymkę etap niedzielny – wejście na szczyt Jasnej Góry. Ciężko jest komentować to co dzieje się tu u nas, bo myśl mimowolnie zmierza do Częstochowy i to wokół niej koncentruje się większość zamierzeń i planów na najbliższe dni. Choć dzieje się – i na bieżąco – całkiem sporo.

Dziś braliśmy udział w Mszy prymicyjnej neoprezbiterów, którzy wędrują wraz z pielgrzymką. W tym roku jest ich niestety tylko pięciu, ale i tak dobrze, że pomimo nowych obowiązków, zdecydowali się iść z nami. Później ciężka droga, bo w nogach już ponad 200 kilometrów a słońce znowu zaczęło o sobie przypominać. Po drodze niespodzianka – okazało się, że trzeba było zatrzymać pielgrzymkę, bo droga była zajęta z uwagi na przebudowę jednego z dwóch okolicznych mostów. Przymusowy postój w polu kukurydzy zapamiętam na długo. Później droga w kierunku sanktuarium w Gidlach – obowiązkowego punktu pielgrzymki, który przypomina, że Jasna Góra blisko.

Często zdarza się, że coś planujemy a w ostatnim momencie, ktoś te plany zmienia. Ciężko się w takiej sytuacji nie denerwować – oczekując czegoś, otrzymujemy coś zgoła innego. Nie lubimy być zaskakiwani, zarazem licząc, że może w końcu i w naszym życiu wydarzy się cud, że stanie się coś po ludzku niemożliwego. To wewnętrzne rozdwojenie powoduje, że niejednokrotnie nie potrafimy zająć jednego stanowiska, tylko metodą półprawd dążymy do czegoś, co wydaje się być dobre, ale niekoniecznie takie jest.

Wieczorem zaczęło kropić. Już myślałem, że kolejny nocleg będzie przebiegał pod znakiem suszenia ubrań i ekwipunku. Na szczęście burza przeszła bokiem. Nam na pamiątkę zostawiła zaś piękną tęczę.

Dzień IX

Jaskrów. I w zasadzie nie potrzeba więcej słów, bo oznacza to, że od Jasnej Góry dzieli nas już tylko kilka kilometrów. Odcinek, który mamy do przebycia jutro, będzie niejako podsumowaniem dziewięciu dni drogi i przypomnieniem tego z czym do Matki idziemy, co przez tych prawie trzysta kilometrów ze sobą nieśliśmy a co wreszcie będziemy mogli z siebie zrzucić, jak ciężki, niewygodny plecak.

Dzisiejszy odcinek to teren pagórkowaty. Czasem trzeba było się namęczyć, żeby na jakąś górkę się wdrapać. Jednak zazwyczaj później można było lekko z tej górki zejść. I taka pewnie była cała ta pielgrzymka. Raz szło się łatwiej, bo i sił było więcej i pogoda była lepsza, może było do kogo się odezwać, wtedy zawsze trochę łatwiej. Innym razem było ciężko, bo nikt nie podał kubka wody, a własnej nie starczyło, nikt nie zapytał czy nie bolą nogi, a może po prostu zabrakło osoby, która po kolejnym ciężkim dniu podeszłaby i tak bez powodu poklepała po ramieniu.

Taka była nie tylko cała pielgrzymka, ale takie jest chyba całe nasze życie. Nie zawsze kolorowe, nie zawsze wygodne. Jeżeli jednak nasze życie stanie się takim prawdziwym pielgrzymowaniem, jeżeli będzie miało cel – jeden, konkretny, nie zamazany – to będzie lżej. Nas wspomagała w drodze Matka z Jasnej Góry. Gdy jutro będziemy iść Aleją Najświętszej Maryi Panny w Częstochowie nikt nie powie, że się zawiódł.

Już niedługo apel w Jaskrowie. Wszystkie grupy już teraz dobrze się bawią. Może trochę wbrew gospodarzom, ale tak będzie całą noc. Ale nie tylko dlatego ta noc będzie wyjątkowo krótka – na ostatni etap ruszamy jutro tuż po trzeciej rano.

Dzień X

Dotarliśmy! Po 10 dniach zmagań z własnymi słabościami – zarówno tymi fizycznymi, jak i duchowymi – około 8.15, pierwsze grupy weszły do kaplicy Cudownego Obrazu na Jasnej Górze. Na ostatnich metrach pątnikom towarzyszył metropolita warszawski – Kazimierz kardynał Nycz.

Drogę zaczęliśmy wyjątkowo wcześnie, tym bardziej, że w ostatnią pielgrzymkową noc zasnąć było dość ciężko. Pobudka była już o 3.50, potem dwa postoje i ostatnia prosta, czyli Aleja Najświętszej Maryi Panny w Częstochowie. W Sanktuarium, jak zwykle tłumy ludzi. Zapewne trudno to Wam sobie wyobrazić, ale na parkingu stały tysiące samochodów a po jasnogórskich dróżkach kręciły się dziesiątki tysięcy pielgrzymów.

Jednak, gdy stanąłem już przed Matką Bożą, ten tłum nagle zniknął. Sam na sam. Te oczy… Można naprawdę zapomnieć o wszystkich problemach, bo Ona wszystko rozumie, wszystko wie i we wszystkim pomoże. Bez słów.

O 13. uroczysta Msza święta na wałach, której przewodniczył bp Dziuba z Łowicza a homilię wygłosił przedstawiciel Warszawy – bp Piotr Jarecki. Mówił o wielkiej wartości pielgrzymowania, o trudzie, ale i niewyobrażalnej łasce, która się z nim wiąże. Jej pełnię możemy zobaczyć, patrząc na Maryję, która w pełni zaufawszy Bogu, dostąpiła też szczególnego Bożego wybrania.

Na razie tyle. Za dużo emocji, by wszystko od razu podsumować – teraz czas na choć krótki, odpoczynek po pielgrzymowaniu.

W drogę

Za kilka godzin wylatuję do Ziemi Świętej. Można powiedzieć podróż życia. Krótkie to życie na razie, więc może nie brzmi to imponująco, ale dla mnie ten wyjazd, ta pielgrzymka, to coś bardzo ważnego. Będę tam, gdzie wszystko się zaczęło. Będę w miejscach, o których słyszałem w tylu opowieściach, w tylu historiach. W miejscu życia osób, które mi zawsze imponowały – nie chodzi o wiarę, ani o ich autentyczność. Ważne jest to jak zostały oddane przez opowieści, haggady. Jak budowały mnie kiedyś, jak teraz budują.

To wszystko wywołuje jakieś zniecierpliwienie, że chciałoby się tam być już, teraz, natychmiast. Czekanie staje się męczące. Z drugiej strony jest jakiś lęk. Inaczej… Jakieś drżenie… Nie wiem. Przed wylotem jedno postanowienie – mam nadzieję, że uda się robić jakieś notatki z pielgrzymki. Później postaram się je tu opublikować. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Obiecuję modlitwę i o nią proszę.