Święta

Niesamowite jest, jak bardzo żywym organizmem jest świat, w którym przyszło mi żyć. Ktoś powie – co za odkrycie – tymczasem dla mnie jest to bardzo ważne doświadczenie w kontekście tego, co obserwuję w nierzadko szarej, zasklepionej we własnych myślach Warszawie. Przeżywam czas paschalny, cieszę się z tego, co wydarzyło się w ubiegłą niedzielę. Zarazem jednak jakoś nie mogę przestać myśleć o tym, kogo poznałem w tych dniach, co zobaczyłem.

To pierwsze święta, w które miałem pomagać w przygotowaniu tego szczególnego czasu, w jednej z wyznaczonych odgórnie parafii. Trafiłem do centrum Warszawy. Zapobiegawczo podpytując kolegów o ich doświadczenia z tego miejsca z zeszłych lat, nie musiałem się spodziewać szczególnego nawału obowiązków. Myślałem zatem, że przyjadę, pouśmiecham się przez parę godzin i tyle – będę mógł wrócić do domu i w spokoju świętować z rodziną.

W ogóle chyba nie rozumiałem sensu tych dni, które są centrum tego święta. Przecież nie chodzi o to, żeby zjeść smaczny żurek i podzielić się jajkiem. Jednak mimo tej świadomości… czy raczej wiedzy, jakoś trudno mi było wejść w to misterium, w tę tajemnicę. Może to właśnie dlatego, że to tajemnica, coś nie do końca poznanego? Ludzie, księża, których spotkałem na parafii zbudowali nie tylko wspaniałą atmosferę, bo choć to ważne to nie najważniejsze, ale przede wszystkim pokazali, że tu nie chodzi o coś, co było, ale o coś co jest. O Kogoś, kto JEST. Brzmi to zapewne bardzo banalnie. Jednak od kiedy biorę mocniej zaangażowany udział w przygotowaniu Triduum Paschalnego, odtąd coś zaczęło mi uciekać. Ważniejsze zaczęło być jak, nie co. Czy ja w ogóle myślałem o tym, co i Kogo wspominam? Wspominam? Przecież On tam naprawdę był…

Ten czas to prawdziwe rekolekcje, które coś w moim życiu pozbierały i uporządkowały. Poczułem się mocny tym, że mogę Mu towarzyszyć. Ja słaby Piotr. A On dał mi się dotknąć. Pierwszy raz udzielałem komunii świętej. Słowa „Nie zatrzymuj Mnie…” (J 20,17) nabrały wtedy dla mnie innego sensu.

Dałeś mi tego wszystkiego doświadczyć, ale nie dla mnie. Nawet gdybym chciał i tak Cię nie zatrzymam. Dzięki, że choć na chwilę czynisz mnie swoimi dłońmi.

Łaska

Ostatnie dni, tygodnie, miesiące uświadamiają mnie coraz mocniej, że jest Ktoś komu bardzo na mnie zależy. Zresztą nie tylko Ktoś, ale i ktoś. I dlatego dziękuję Ci, że choć ciężko to jesteś Ty. A Twoja łaska trwa na wieki.

Gdy już nie mam siły
Kiedy w środku krzyczę
i usta milczą
Gdy już nie mam łez
tylko słabe myśli
Gdy wokół ciemno i strach
silniejszy niż ja
Kiedy nie wiem
i wiem zbyt wiele
Bo chcąc wszystko
nie chcę już nic
Zamknięty jak grzech
ale nie ślepy los

Nie podnoś z ziemi Zdyszany
uśmiechnij się bez grymasu
i podaj krzyż.

Amen.

Zdziwienie

Idąc na adorację, myślałem, że będzie to jedna z wielu godzin spędzonych w kościele na modlitwie, nie spodziewałem się niczego szczególnego – kolejna rutynowa czynność, kolejny element planu dnia w seminarium. Tymczasem wydarzyło się coś niezwykłego. Gdy ksiądz rozpoczynał rachunek sumienia, wydawało mi się, że ten Ktoś przemawia właśnie do mnie. To co mówił, odnosiło się do przeżyć tamtego dnia tak mocno, że obudziłem się z tego dziwnego marazmu, w który wprowadza człowieka powtarzalność i rutyna. Taki zimny prysznic.

Wiele rzeczy stało się wówczas prostych i jasnych, na tak wiele spraw, problemów spojrzałem z całkowicie innego punktu widzenia. Dotąd myślałem, że doskonałość, że świętość wymaga jakiegoś szczególnego nastawienia na rzeczy wielkie, na sacrum. Ale tak naprawdę, co mi z tego, gdy nie będzie to miało podstawy w codziennym szarym życiu? To jest właśnie maksymalizm, gdy człowiek myśli o tym co wzniosłe, a zapomina o tym co małe, co niepozorne. Gdy dąży do Prawdy, a zapomina o prawdzie, gdy szuka Miłości, a odrzuca miłość, gdy pragnie Wolności, a wolności nie rozumie. I chyba gdzieś się w tym maksymalizmie ostatnio zatraciłem. Szukałem ogólności oderwanej od szczegółu, a taka ogólność to pozór, taka ogólność to złudzenie. Patrzyłem na ludzi przez szkło powiększające, a nie potrafiłem spojrzeć tak po prostu, nie potrafiłem, czy może raczej nie chciałem, zobaczyć ich takimi jakimi są.

Tajemnica. To jest chyba najlepsze określenie człowieka. Ja tymczasem byłem przekonany, że tych z którymi żyję, znam na tyle dobrze, że niczym mnie już nie zadziwią. Człowiek szuka człowieka, a gdy już go znajdzie odwraca wzrok, boi się spojrzeć mu w twarz, bo tej twarzy z bliska nigdy nie widział. Chowa się za żartem, za pozbawionym treści słowem i oburza się, gdy ktoś zauważa jego tchórzostwo.

Uświadomiłem sobie, że najtrudniej jest zamknąć oczy i uwierzyć, zatkać uszy, by usłyszeć więcej. I wtedy przyszedłeś Ty i zamknąłeś mi oczy… Zobaczyć drugiego człowieka już nienaznaczonego jarzmem moich słabości, to przecież zobaczyć Ciebie.

Nieznany choć po ludzku pojęty, Święty Nienadęty,
Umarły w odkupionych za cenę słodkiej wolności.
Wyklęty, bo Niezapomniany. Wytarty, bo wciąż Obecny.
Wysłuchaj! Gdy ja już dawno słuchać nie chcę.

Jeśli naprawdę Jesteś w okruchach mej niewiary,
Jeśli kochasz obłędnie pośród pustyni mej oschłości,
Jeśli widzisz trud niemodnej nadziei w gęstwinie szarpanego lęku…
Wejdź, choć drzwi wciąż zamknięte.

Śmierć jak miłość

„Bo jak śmierć potężna jest miłość” (Pnp 8, 6). Słowa te, tak chętnie cytowane, wręcz wytarte już ze znaczenia, kryją dla mnie głęboką prawdę. Siła miłości została w nich porównana do siły śmierci. Tak jak niezwykle trudno jest zaakceptować śmierć, tak niejednokrotnie trudno jest przyjąć miłość. Nikt już dziś chyba nie szuka miłości, która rani, która przenika tak głęboko w człowieka, że na twarzy pojawia się rumieniec wstydu, że drży głos, a myśli wyrywają się spod kontroli umysłu. Takie spontaniczne uczucie traci w dzisiejszym świecie rację bytu. I choć bez wątpienia wielu chciałoby przeżyć miłość  od pierwszego wejrzenia, to tak naprawdę boją się tej miłości, która może przerwać studia, zaprzepaścić szanse na dobrze płatną pracę, która może się przecież okazać tylko zauroczeniem i pomyłką. A co w zamian? „Tylko” drugi człowiek, który tak szybko traci w naszych oczach, który i tak prędzej czy później umiera i ten czy ta, którzy zdradzili kiedyś karierę i sukces, teraz zostają zdradzeni przez śmierć.
Śmierci też nikt nie chce. Dzisiaj koniec życia ziemskiego, to koniec w ogóle. Tezy, że Kościół tylko łudzi drugim życiem, tak często podnoszone, są uprawomocniane przez sondaże i statystyki. Nie ma zmartwychwstania, bo uważa tak większość. Nawet ci, którzy mówią, że wierzą, niejednokrotnie myślą coś zupełnie innego. Boją się śmierci, ale nie chcą naiwnie sądzić, że to nie koniec, że jest coś więcej.
Jak przebaczyć Bogu chrześcijan, gdy na pogrzebie najbliższa rodzina słyszy, że powinna się cieszyć, bo ich bliski trafił do lepszego świata? Co ma powiedzieć żona, która z mężem przeżyła wspólnie 40 lat a teraz ma zostać sama? Nie jest łatwo pojąć, że śmierci już nie ma, że to najbardziej fałszywa plotka powtarzana od tysiącleci.

Śmierć jak miłość pojawia się znienacka i ucieka jeszcze szybciej. Gorzej gdy pojawiwszy się odejść nie chce. Wtedy zaczyna się cierpienie i udręka. Świadomość końca za życia – dla normalnego człowieka, byłyby to najgorsze dni z przekleństwami rzucanymi przede wszystkim w stronę Boga, zaraz później w stronę rodziny, którzy doprowadzili go do „takiego stanu”. Nieważne czy ktoś umiera mając lat 16 czy 103 – śmierć zawsze przychodzi nie w porę. Nie da się jej oszukać, tak jak nie da się oszukać miłości. Jakkolwiek osoba zakochana próbowałaby się przed miłością ukryć – nie uda się jej.

Czy kiedy ktoś odchodzi triumfuje śmierć czy miłość? Czy bliżej jest do rozpaczliwego krzyku czy do miłosnego westchnienia? Choć pytanie może wydawać się prozaiczne, wcale takie nie jest, bo w końcu „miłość zwyciężyła śmierć”. Tak jak dzisiaj często wygrywa śmierć, tak kiedyś miłość zwyciężyła i ciągle  jest tam gdzie leżą „buty i telefon głuchy”. Rzadko dostrzegana, bo pojąć śmierć jako misterium miłości to rzecz nawet nie tyle trudna, co wręcz niewykonalna. Nawet gdy ktoś odchodzi z uśmiechem na ustach, człowiek zwykł płakać… jego dusza płacze. Płacze, bo nie rozumie. Płacze, bo myśli tylko po ludzku.

Tak jak nie ma miłości bez śmierci, bez obumierania dla drugiego człowieka, tak nie ma też śmierci bez miłości. Nie ma śmierci bez miłości, bo nie ma innego uczucia, które by śmierć przetrwało. Jest bowiem jedna różnica między śmiercią i miłością- śmierć nie trwa wiecznie a jest odwieczna Miłość…

Miłość będzie czuwać
nad twoim wyjściem i powrotem,
teraz i po wszystkie czasy
(zob. Ps 121)

Życie

Życie człowieka często sprowadza się jedynie do pasma żądań i próśb, które zwykle kończą się zażenowaniem z powodu nieosiągnięcia obranych celów i niesprostania wymaganiom. Zawsze lepiej mieć przecież więcej niż mniej? Skoro życie jest takie krótkie trzeba umieć z niego skorzystać, trzeba po prostu „mieć”. Zbyt duża generalizacja? Może tak, może nie…
Wystarczy, że przyjrzałem się swemu życiu i zobaczyłem jak wiele dostałem za darmo! Życie, wolność, wiarę… Kiedy rano wstaję rzadko zdaję sobie sprawę z tego, że po raz kolejny wygrałem los na loterii- On znowu dał mi dzień i pozwala zrobić z nim co zechcę. Dzięki Niemu mam co włożyć do ust, mam gdzie mieszkać, odpocząć. Jestem chrześcijaninem i nikt mnie za to nie prześladuje. Nie muszę uciekać, ukrywać się. Nie każdy może sobie pozwolić na takie luksusy.

Po co więc chcieć więcej? Po co stawiać żądania lepszego życia, gdy tylu ludzi na świecie marzy o tym by być na moim miejscu? Łatwo mi o tym mówić, bo praktycznie niczego nie potrzebuje. Ale co z osobami ubogimi, bezdomnymi, porzuconymi? Chyba wszystko koncentruje się na tym, jak człowiek postrzega swoje życie- czy próbuje patrzeć na nie przez pryzmat drugiego człowieka czy jako na dar. Jeszcze nikt pałający zazdrością nie był szczęśliwy. A przecież można cieszyć się życiem zarabiając niewiele i można być najbardziej przygnębionym człowiekiem mając wszystko. „Pieniądze szczęścia nie dają”- to wydawać by się mogło infantylne powiedzenie zawiera w sobie ogromną prawdę.

Nie chodzi o to, by realizować się przez to co posiadam, ale przez to jaki jestem, kim jestem i wreszcie, że w ogóle jestem. Ubóstwo może na to oddziaływać, ale tylko powierzchownie. Tak, może też człowieka zmienić dogłębnie, ale to już zależy od niego. Podda się pasmu pretensji albo nie. Strata darem? Może to marzenie nierealne dzisiaj, w czasach kultu pieniądza, może jestem idealistą z bujną wyobraźnią, ale wierzę, wierzę, że On mnie kocha i to mi naprawdę wystarczy.

Nadziejo powołań
przed Tobą klękam
zadziwiony

Miłości Słowo
spragnione…
a milczące

Nieogarnione
choć ubóstwieniem
w człowieka obleczone

Umarłe i będące
przebite lecz
radosne teraz

Na wieki wieków
i na zawsze
Amen

Kim On jest?

Kim On jest? We współczesnym świecie niewiele pozostało z dawnej popularności. Kiedyś wiara w Niego była wręcz obowiązkiem, za herezje karano śmiercią- dziś umrzeć można co najwyżej dlatego, że jest się Jego wyznawcą. Pozostał już tylko jednym z bogów. Tylko? Czegóż chrześcijanie mogą żądać więcej. Mają jednego boga, który w historii częściej ich dzielił niż łączył. A zresztą tak naprawdę to bóg Żydów. Bóg, którego sami nie rozumieją, bo w rzeczywistości dla wielu Bogiem już dawno nie jest. Spełnia rolę psychologa, wróżki i lekarstwa zarazem. Krzyż to już nie tylko symbol siły i zwycięstwa, ale coraz częściej wzgardzenia i hańby. Tak jak dwa tysiące lat temu…
A kim On jest dla mnie? Kim jest Ten, którego obecność tyle razy czułem, którego wręcz dotykałem? Dzisiaj zadałem sobie to pytanie i nie potrafiłem odpowiedzieć. Nie wiedziałem kim dla mnie jest ten, Komu oddałem życie. Czyżby był to wyraz bezgranicznego poświęcenia i zawierzenia? Niestety, chyba wprost przeciwnie.  Stało się to dla mnie okazją do refleksji.

Pojawił się na nowo w moim życiu nieco ponad rok temu. Znowu mu wówczas uwierzyłem. Znowu? Tak naprawdę, to chyba pierwszy raz. Początkowo był „Wielkim Nieznanym”, bo próbowałem go od początku odkryć. I tak po godzinach spędzonych na kolanach przed kawałkiem śnieżnobiałego chleba stawał się coraz bliższy. Był powiernikiem sekretów, dobrym doradcą, którego nie zawsze słuchałem, cierpliwym słuchaczem… Można by tak długo wymieniać, ale sprowadza się to tylko do tego, że był dla mnie Rzeczą. Byłem tak jak jeden z wielu- zapatrzony w Niego, ale przez pryzmat siebie. Był moim Bogiem, ale tylko wtedy, gdy go potrzebowałem- na Mszy świętej, przy Liturgii Godzin, na egzaminie. Potem „pozwalałem” Mu się ulotnić- chciałem być sam ze swoimi zainteresowaniami, ze swoimi znajomymi, za sobą…

Aż w końcu sobie to uświadomiłem. I wtedy dopiero zobaczyłem, jak jest jeszcze daleko. Jak daleko jeszcze by być obok Niego. Ale dziękuję, że mi to pokazał, bo jeszcze raz stał się dla mnie źródłem nadziei. Nadziei, że szare życie znowu może nabrać blasku… z Nim. Tym razem naprawdę?

Choć Go nie ma
Jest.
Wywyższony Król
bez korony.

Zdetronizowany
za wiarę w Siebie.
Miłośnik miłości
której nikt nie rozumie.

Zawsze Bezpośredni
a i tak zbyt daleki.
Nie zapomnij być
pamiętaj i Bądź.

Bezczynność

Uczestnicząc w codziennej Mszy świętej prędzej czy później przychodzi  coś co powszechnie określane jest mianem rutyny, spowszednienia.  Zasadniczo nie ma takiej rzeczy czy czynności, którą człowiek prędzej czy później by się nie zmęczył. Dzieci męczą się zabawkami, dorośli współmałżonkami. Wydaje się zatem, że jest to proces nieodwracalny i chyba konieczny.  Był taki czas w ciągu wakacji, że na mszę uczęszczałem tylko z powinności, nie wypada przecież by kleryk nie chodził do kościoła. Myślałem, że nic nie może mnie już zaskoczyć- ci sami księża, w większości ci sami ludzie w ławkach i wreszcie On… Też ten sam.

Jeżeli nic się nie zmienia, dla współczesnego- szukającego nowych rozwiązań, niekonwencjonalnych zachowań człowieka, staje się to prędzej czy później nudne i tym samym niepotrzebne. Msza święta traktowana tylko jako kolejna rozrywka w ciągu dnia szybko stanie się ciężarem, bo przecież nie taki jest jej sens. Ja obudziłem się z takiego letargu podczas jednej z Eucharystii odprawianej przez kapłana spoza mojej parafii. I nie chodzi wcale o to, że był to nieznany mi człowiek, lecz o to jak podchodził do celebracji. Skupienie w zakrystii, głoszone z wiarą Słowo Boże a nawet takie szczegóły jak dobrana do Ewangelii Modlitwa Eucharystyczna, to wszystko sprawiło, że szarość i normalność gdzieś zniknęła. I wtedy został On sam. Bez kolorowych dodatków, bez walki z czasem by zdążyć na kolejny pogrzeb, bez kazań ściąganych z Internetu. Znowu przyciągnął mój wzrok, znowu chciałem Go słuchać, wpatrywać w łamaną na ołtarzu hostię.

Uświadomiłem sobie wtedy, jak wielka odpowiedzialność spoczywa na kapłanie i jak trudne zadanie możliwe, że będę miał w przyszłości. Teraz podchodząc rutynowo do Mszy świętej czy modlitwy ogłuszam i niszczę samego siebie, ale gdy będę kapłanem wówczas od tego jak będę się modlił może zależeć też aktywność innych. Co zrobić by zachować świeżość wśród monotonii? Odpowiedź jest chyba banalnie prosta. Wystarczy zauważyć, że nie ma czegoś takiego jak niezmienność czy bezczynność w Nim. On ciągle jest inny, On ciągle podchodzi bliżej a nawet gdy już jest obok potrafi wniknąć jeszcze głębiej. Trzeba tylko otworzyć oczy, przestać żyć w mrocznym świecie, gdzie nic się nie dzieje. Zacząć dostrzegać ludzi rozmodlonych i tych, którzy nie modlą się wcale… Choć czy można się wcale nie modlić? Nie. Każdy ma swojego Boga lub bożka, każdy woła, bo choć się tego wypiera, potrzebuje Jego obecności w swoim życiu.

Czekać

Coraz częściej mam wrażenie, że moja wakacyjna modlitwa- nieważne brewiarzowa, osobista czy medytacyjna- jest jedynie w jakimś sensie wypełnieniem narzuconych reguł i przepisów. W ciągu dnia są ważniejsze rzeczy a chwila refleksji przychodzi dopiero wieczorem i wtedy zaczyna się „nadrabianie”. Czy taka modlitwa ma sens?

Można banalnie odpowiedzieć, że każda modlitwa ma sens i zapewne jest w tym dużo prawdy, lecz czy można modlitwą nazwać samo wypowiadanie formuł, bądź przeprowadzaną z zegarkiem w ręku medytację? Tak naprawdę zależy to od podejścia. Jeżeli ten czas oddaję temu Komuś ze szczerego serca, choć nawet ze stoperem, jeżeli umiem przyznać, że to moja słabość, że nie umiem teraz „popłynąć”, zatopić się w modlitwie osobistej, to jak wspaniała to modlitwa! Wyznać, że nie umiem się modlić, to znaczy zaatakować swoje „ja”, wystąpić przeciw sobie. Jeżeli zatem nie rozmawiam już ze sobą lecz przeciw sobie, to przecież musi być Ktoś, kto mnie słucha, Ktoś, kto przypatruje się tej walce!

To odkrycie dodaje sił! Bowiem choć pozornie wydaje się, że moja modlitwa nie ma sensu to jest to jedynie pozór, którego celem jest ponowne wybranie siebie, możliwość usprawiedliwienia swojej słabości. A wiedzieć, że jest Ktoś blisko, wtedy gdy czuję się opuszczony, bezużyteczny uczy czekania. Pozwala wierzyć, że kiedyś Go spotkam. To wystarczy, by walczyć…