Zobacz

Długo zastanawiałem się jak napisać te słowa… Ostatecznie doszedłem do wniosku, że napiszę je najprościej, jak to możliwe. Ostatni czas był dla mnie po prostu bardzo cenny. Pierwsze spotkanie z dzieciakami w nowym miejscu praktyk, specjalne warsztaty dla młodzieży i ciągłe spotkania z ludźmi, którym realnie na czymś zależy. To bardzo budujące!

Zwyczajowo jesteśmy tymi, którzy lubią ponarzekać – szczególnie, gdy nas dana sprawa nie dotyczy – często coś obśmiać i zasadniczo na tym skończyć. Nie będę tłumaczył czym jest konstruktywna krytyka, bo zapewne i tak mało, kto odniesie to do siebie. Sam zresztą nie jestem lepszy. Rzecz w tym, że jako specjaliści od życia, a już na pewno eksperci od własnego życia, nie potrafimy otworzyć się na doświadczenie drugiego człowieka. Egzystujemy według utartych schematów, które nam samym nie wydają się rutyną, bo są nasze, a to, co nasze z pewnością jest dobre i słuszne. Gdy jednak czasem uda się nam otworzyć oczy nie tylko po to, by patrzeć, ale by zarazem poznawać – jakże cudowne to doświadczenie!

Ostatnio dużo się napatrzyłem i uświadomiłem pewnie po raz kolejny, że bez drugiego człowieka nie jesteśmy w stanie nic zbudować – zarówno na zewnątrz, jak i w sobie. Ta masa doświadczeń, bardzo pozytywnych, budujących w konfrontacji z szarym życiem codziennym na niewiele się zdała. Wróciły schematy. Zastanawiałem się mocno dlaczego tak się dzieje. I co mi pomogło? Spowiedź.

Tak, to bardzo cenny czas. Bez tego fundamentu, którym jest relacja z Chrystusem, każda chwila jest chwilą straconą. Nieważne jak bardzo czułbym się zadowolony z realizacji kolejnego projektu, kolejnej życiowej szansy, bez Niego to nie miałoby żadnego znaczenia. A teraz mogę doświadczać, jak mocno działa w moim życiu. Niby powinienem to odkrywać w każdej spowiedzi, ale nie da się ustalić tu reguły – żadna spowiedź nie jest taka sama nawet, jeżeli powtarzałoby się w kółko te same grzechy. On działa bowiem w sposób, którego najlepszy ludzki plan nie jest w stanie przewidzieć…

Wakacyjnie

Wczoraj wróciłem z kolejnego w ostatnich tygodniach obozu. I jeden i drugi były dla mnie bardzo niezwykłymi wydarzeniami. Dlaczego? Po raz kolejny uświadomiłem sobie, jak bardzo ten Ktoś jest obecny w drugim człowieku, niezależnie od tego kim ów człowiek jest. W ostatnich tygodniach nierzadko bywało tak, że w ogóle nie czułem Jego obecności, wydawało się, że jest strasznie daleko, nieosiągalny. A człowiek zbliża.

Wejście w interakcję z drugim człowiekiem, choć niesie ze sobą wiele niewiadomych i wątpliwości, to w ostatecznym rozrachunku powoduje, że człowiek zaczyna w pełnym tego słowa znaczeniu „działać”. Musi podjąć aktywność, bo na drugim człowieku zawsze zależy. Można chcieć zdobyć jego uwagę, można próbować od niego uciec, można po prostu chcieć przy nim być. Gdy zaś ktoś drugiego unika, to chyba znak, że coś jest nie tak w tej relacji, ale że zarazem bardzo na niej zależy. Jest niezwykle bolesna, a co za tym idzie angażująca całego człowieka – jego fizyczność i sferę psychiczno-duchową. Myśli gubią się z łzami, których nie ma a śmiech jest wyrazem pogoni za szczęściem, którego w tym momencie nie widać.

Ale bycie z drugim to nie tylko udręka samotności. Prędzej czy później przychodzi moment, że uciekający powraca, a nie-goniący już więcej nie czeka. Następuje spotkanie, które wyraża coś co dla człowieka jest niezwykle ważne – zaufanie. I choć wiadomo, że zegar nie zatrzyma się na długo i w końcu ów niebezpieczny wyścig zwany życiem ruszy, to przecież zatrzymana chwila trwa w nieskończoność.

Za wspólnie spędzone chwile, za wszystkie rozmowy, dziękuję chłopakom z kursu lektorskiego i studentom Uniwersytetu Medycznego…

Święta

Niesamowite jest, jak bardzo żywym organizmem jest świat, w którym przyszło mi żyć. Ktoś powie – co za odkrycie – tymczasem dla mnie jest to bardzo ważne doświadczenie w kontekście tego, co obserwuję w nierzadko szarej, zasklepionej we własnych myślach Warszawie. Przeżywam czas paschalny, cieszę się z tego, co wydarzyło się w ubiegłą niedzielę. Zarazem jednak jakoś nie mogę przestać myśleć o tym, kogo poznałem w tych dniach, co zobaczyłem.

To pierwsze święta, w które miałem pomagać w przygotowaniu tego szczególnego czasu, w jednej z wyznaczonych odgórnie parafii. Trafiłem do centrum Warszawy. Zapobiegawczo podpytując kolegów o ich doświadczenia z tego miejsca z zeszłych lat, nie musiałem się spodziewać szczególnego nawału obowiązków. Myślałem zatem, że przyjadę, pouśmiecham się przez parę godzin i tyle – będę mógł wrócić do domu i w spokoju świętować z rodziną.

W ogóle chyba nie rozumiałem sensu tych dni, które są centrum tego święta. Przecież nie chodzi o to, żeby zjeść smaczny żurek i podzielić się jajkiem. Jednak mimo tej świadomości… czy raczej wiedzy, jakoś trudno mi było wejść w to misterium, w tę tajemnicę. Może to właśnie dlatego, że to tajemnica, coś nie do końca poznanego? Ludzie, księża, których spotkałem na parafii zbudowali nie tylko wspaniałą atmosferę, bo choć to ważne to nie najważniejsze, ale przede wszystkim pokazali, że tu nie chodzi o coś, co było, ale o coś co jest. O Kogoś, kto JEST. Brzmi to zapewne bardzo banalnie. Jednak od kiedy biorę mocniej zaangażowany udział w przygotowaniu Triduum Paschalnego, odtąd coś zaczęło mi uciekać. Ważniejsze zaczęło być jak, nie co. Czy ja w ogóle myślałem o tym, co i Kogo wspominam? Wspominam? Przecież On tam naprawdę był…

Ten czas to prawdziwe rekolekcje, które coś w moim życiu pozbierały i uporządkowały. Poczułem się mocny tym, że mogę Mu towarzyszyć. Ja słaby Piotr. A On dał mi się dotknąć. Pierwszy raz udzielałem komunii świętej. Słowa „Nie zatrzymuj Mnie…” (J 20,17) nabrały wtedy dla mnie innego sensu.

Dałeś mi tego wszystkiego doświadczyć, ale nie dla mnie. Nawet gdybym chciał i tak Cię nie zatrzymam. Dzięki, że choć na chwilę czynisz mnie swoimi dłońmi.

Życzenia…

Minął Adwent. Chrystus przyszedł i historia zatoczyła koło. Znowu urodził się  jako ubogi i nędzny. Odrzucony i wyśmiany przez masy. Jest przecież inny król. Dziecko z Betlejem, to tylko dziecko Boga. A dzisiaj jest inny bóg.

Częściej świętujemy tego, który przychodzi co rok, nie zwracając uwagi na Tego, który przychodzi  każdego dnia. Tego, który rodzi się wśród bluźnierstw, sporów, kłótni. Który jest niewygodny, bo nie zaplanowany. Na szczęście jest aborcja… A On nie czeka na decyzję, ale gdy tylko wybrzmi „Chwała na wysokości”, cicho woła „Oto Ciało moje za was wydane”…

Niech umiera za mnie i za ciebie. Patrzmy. Ostatnia okazja.

W żłobie jest pełno krwi. Inny Bóg…

Na zewnątrz

Nie potrafię zorganizować sobie czasu. Nie wiem czy przyczyną tego jest nadmiar zaangażowań czy moja słabość. Zapewne prawda leży po środku. Pewne jest, że coś w ciągu ostatnich tygodni zgubiłem. Coś zgubiłem i tego Czegoś, czy może bardziej osobowo – Kogoś – bardzo mi brakuje. Czuję się sam.

Świat buduje coraz częściej relacje międzyludzkie na zasadzie zewnętrznej styczności. Głębię mają zastąpić gesty i znaki, które choć ważne, pozostają w sferze intelektualnej. Nie dotykają tego co immanentne. Nie dotykają tego, co moje. Tworzone w ten sposób międzyludzkie zażyłości pełnią tak naprawdę funkcję czysto kontaktową, zbudowaną na zewnętrznej znajomości drugiego człowieka – wiedzy o sposobie jego zachowania, myślenia, o jego zainteresowaniach czy problemach. Cała ta wiedza pozostaje na poziomie teoretycznych domysłów, które nasz rozum pretenduje do miana pełnego obrazu drugiego człowieka.

Tworzenie wspólnoty składającej się ludzi żyjących w schemacie „ja-ja” pozostaje mrzonką. Bez wejścia „w” można wyprodukować jedynie grupę, która funkcjonując według opracowanego dla niej programu będzie wzrastać obok drugiego, bo w „ja” poszczególnych jej członków.  Członków, którzy nigdy nie staną się braćmi i nie doświadczą przyjaźni, bo choć nie wiedzą, co to znaczy,  nie czują potrzeby realizacji kogokolwiek poza sobą.

Relacja międzyludzka, która nie poszukuje drugiej osoby, która nie pragnie dać czegoś więcej, czegoś czego sama potrzebuje, dryfuje na poziomie zewnętrzności. Nie dotyka bowiem siebie. Jest w sobie zamknięta, całkowicie na sobie skupiona, boi się zaryzykować siebie. Stąd pozostaje w bezpiecznym dystansie, który wyznacza lęk przed człowiekiem. Człowiekiem, którego można dotknąć, ale przed którym nie można otworzyć siebie. I dać.

Trwanie w świecie własnych fantazji i planów wystarcza. Ale też niszczy wszystko wokół.

Krzyż

Krzyż. A na nim Człowiek. Człowiek, który został skazany na śmierć za to, że Go nie zrozumiano. Za to, że stał się bezimiennym Bogiem. Za to, że nie bał się głośno mówić, tego, o czym inni woleliby milczeć. Umarł, bo był słaby – Jego wpływy znikły, więc stał się bezużyteczny. Ci, którym uwierzył, zdradzili, bo znajomość z Nim przestała być opłacalna. Trzeba Go wymazać z pamięci, trzeba pozbyć się Krzyża, bo przypomina o Tym, który pociągnął za sobą ludzi a ci się na Nim zawiedli. Nie dał im pieniędzy, nie dał zdrowia ani sił. Nie dał im popularności czy władzy. Dał siebie. Jak na XXI wiek to stanowczo za mało…

Znak Wolności musi zniknąć w imię wolności. Ten, który zaproponował nowe myślenie, nie mieści się w wyzwolonym myśleniu współczesnych. Czyżby z wolnością przesadził? Wolność od uprzedzeń, od nienawiści, od siebie…?  Dzisiaj wystarczy wolność od drugiego człowieka. Propozycja sprzed wieków jest zbyt daleko idąca. Kłóci się z nowym projektem człowieka jako istoty myślącej a zatem samowystarczalnej. To bowiem samowystarczalność i pozbawiona błędów autorefleksja może liczyć dziś na określenie mianem wolności. Kto nie potrafi uwolnić się od drugiego człowieka, ten umarł. To też było przyczyną Jego śmierci. Za bardzo zaufał, za bardzo uwierzył, za bardzo pokochał…?!

I choć zniknie ze ścian, będzie wołał. „Wstań, który śpisz i powstań z martwych!” Powstań ze śmierci swej ograniczonej wolności, powstań ze zniewolenia wolnością! Współczesne nurty liberalizujące mają to do siebie, że trudno je zrozumieć i łatwo się w nich zagubić. Jest przecież tak wiele możliwości! Niestety nie da się tych możliwości zweryfikować – zaakceptować lub odrzucić, bo każda z nich ingeruje w inną i w ten sposób z możliwości czyni prawo. Uporządkowany zbiór norm, które mają dać człowiekowi wolność. I faktycznie porządkują życie, ale obiecanej wolności nikt nigdy nie odczuł. Bo jak poczuć wolność, gdy jest się zniewolony przez nią samą? Czy to wówczas jeszcze wolność czy też jakaś forma strachu przed nią?

Potrzeba, żeby umarł. Żeby jak wtedy nastała cisza śmiercionośnego snu. Żeby wszyscy zrozumieli, że był Człowiekiem. Nie poddał się śmierci, choć wszyscy na to liczyli. Był wolny. I przypomina z tego samego Krzyża – nie ma wolności bez człowieka, nie ma wolności bez doświadczenia niewoli, nie ma wolności bez zmierzenia się ze sobą i swoim życiem. Bez podjęcia walki o swoją wolność, która rodzi się tam, gdzie nikt jej nie widzi. Bez podjęcia swego krzyża…

Wolny?

Czas między rekolekcjami. Wczoraj wróciłem do seminarium po czterech dniach spędzonych na sympozjum naukowym. Ale nie było to chyba zwykłe sympozjum. Ten czas to przede wszystkim refleksja nad tym, co działo się ze mną w ostatnich tygodniach. Gdy zmęczenie zdawało się nie mijać a wręcz z każdym kolejnym dniem narastać, dostałem szansę zatrzymania się i spojrzenia na całą swoją aktywność z perspektywy osoby bez żadnych obowiązków. Odpocząłem i wiele spraw przemyślałem. Czy udało się nabrać dystansu? Czy to było w tym czasie najważniejsze?

Wolność domaga się od człowieka zaangażowania. Pozorem jest bycie wolnym od drugiego człowieka, bycie wolnym od podania mu swej ręki. To jest tylko egoizm. Jak delikatne jest jednak przejście od wolności do egoizmu! A gdzie w tym wszystkim On? Jak podzielić siebie między Niego i drugiego człowieka? Czy można coś zostawić dla siebie?

Próba samodzielnego wyzwolenia i uzyskania całkowitej wolności jest z góry skazana na porażkę. Człowiek nie jest bowiem w stanie uwolnić się sam. Potrzebuje pomocy, bo wolność to nie tyle bycie wolnym dla siebie, lecz dla drugiego.  Tak jak szczęście, wolność przyjdzie wtedy, gdy najmniej się jej spodziewamy. Trzeba się wolności wyrzec, by móc ją kiedyś prawdziwie osiągnąć. Wolność pożądana to lenistwo, wolność obdarzona zaufaniem to możliwość. Wyrzeczenie się wolności to miłość… i wolność zarazem. Nie oznacza to jeszcze wcale, że należy dać się zniewolić czy zagarnąć. Byłoby to chyba zbyt proste rozwiązanie. Trzeba dojrzeć do świadomej rezygnacji, do bezinteresownego dania siebie. Trzeba dojrzeć do tego, by powiedzieć „jestem wolny”…

Dzięki za ludzi, którzy czują smak wolności. Dzięki za tych, którzy chcą bym i ja go poczuł. Za tych, których wolność pociąga, ale nie zniewala…

Już dziś ruszam na kolejne rekolekcje. Za dwa dni założę sutannę. Nie odchodź, zostań ze mną.

Zrozumieć słabość

Dzisiaj rozpocząłem głoszenie rekolekcji dla młodzieży. Wraz z kolegami z seminarium wyruszyliśmy do parafii, by dać świadectwo swego życia, by przez siebie pokazać Boga. Trudno jednak jest dawać takie świadectwo, gdy człowiek zaczyna być zmęczony życiem. A ostatnio natłok obowiązków sprawił, że gdzieś z moich oczu zniknął błysk aktywizmu i coraz częściej gości w nich mętność zniechęcenia.

W obliczu trudności człowiek zazwyczaj mobilizuje siły – próbuje walczyć lub decyduje się na ucieczkę. Nie można jednak walczyć w nieskończoność lub bez przerwy uciekać. W końcu przychodzi moment, kiedy trzeba się zatrzymać. To trudna decyzja i wbrew pozorom niewyrażająca tchórzostwa. Wprost przeciwnie – domaga się ona w jakiś sposób zaprzeczenia siebie, tego do czego się dążyło, czego się pragnęło. Stanowi ona uświadomienie swej słabości i absolutnej niewystarczalności. Jest dogonieniem własnego lęku i głęboko ukrytych obaw.

Są inni ludzie, często otwarci na pomoc, gotowi się poświęcić dla drugiego. Czy jednak ktoś zastąpi człowieka w decydowaniu o sobie samym? Są też przecież tacy, którzy drugiego próbują zagarnąć, zawłaszczyć jego czas i zdolności. Oni również nie mają jednak mocy decydować o drugim, choć bardzo by tego pragnęli.

Za dwa tygodnie mam przyjąć sutannę. Ale czy nie jest to bieg, na który nie wystarczy mi sił? Czy dotarłszy do celu nie przyjdzie zrezygnować? Gdzie szukać oparcia, gdy nie ma już nawet czasu na modlitwę? Inaczej – gdy się już za siebie modlić nie potrafię.

Dzięki Ci za każdą chwilę. Daj mi siłę…

Przemieniony?

Tydzień po najważniejszych rekolekcjach w moim życiu. Czemu najważniejszych? Bo pierwszych? Bo przeżytych? Czas przed rekolekcjami był bardzo wyczerpujący – dzień przed ich rozpoczęciem nie marzyłem o niczym innym jak chwili milczenia, którego tak mało było w ostatnim okresie. Przecież ciągle trzeba było coś załatwić, coś zrobić, komuś pomóc… Oczywiście wszystko „na wczoraj”.  Przed rekolekcjami często powtarzałem słowa Psalmu 51 „Stwórz Boże we mnie serce czyste i odnów we mnie moc ducha (…) Przywróć mi radość Twojego zbawienia i wzmocnij mnie duchem ofiarnym”. Tak bardzo było mi potrzebne to umocnienie i odświeżenie wiary.

Gdy nadszedł czas rekolekcji, który miał być całkowitym wyciszeniem, odcięciem się od tysięcy aktywności, szybko okazało się, że będzie to niemożliwe. Nagle tyle osób czegoś potrzebowało? Powiedzieć „nie”? Powiedzieć „po rekolekcjach”? W czasie jednej z konferencji zrozumiałem, że nie można „napinać” się na przemianę, że nie można dążyć do niej po trupach. Recolectio znaczy dać wejść Mu w doświadczenie mojego życia, poddać każdy swój czyn Jego woli… Zaufać – to wystarczy. I to da radość, to da uczucie spełnienia. Inaczej pozostaje już tylko smutek, gdyż znów nie wyszło, gdyż znów się nie udało. Recolectio znaczy wejść na nowo z otwartym sercem, gotowym oddać swój czas, swoje uczucia i emocje. Oddać bez żadnych „ale”…

Wówczas paradoksalnie można doznać uczucia uwolnienia od codzienności, bo uwalnia się całą sferę podświadomości. I tego doświadczyłem w rekolekcje, zasmakowałem wolności. A to daje siłę i to przywraca radość. Uczucie jakby po dłuższym wstrzymaniu oddechu, znów nabrać świeżego powietrza i nabierać go ciągle…

Błogosławić nie potrafię
i dziękować też nie umiem
wokół Ciebie zaplątany
w cieniu swej wystarczalności.

Brzask nie zdziwił dziś ciemności
jak i wschodu zapach rosy
Ciebie jednak nikt nie poznał
rozum znów nie odgadł wiary.

Wola się zmieniła w Krzyż
rajski ogród w cierni krzyk
sam zostałem z jękiem ptaków
On nie słuchał – poszedł dalej.

Jaka twarz?

Sukces. Bez niego nie da się dziś już chyba żyć, bo jaki sens ma życie pełne porażek? Ciągły wyścig trwa a nagrodą zazdrość. Zawsze znajdzie się przecież ktoś lepszy i wyścig, który miał się dawno skończyć, rusza na nowo.

Boga nie ma. Bo po co Bóg, który upokarza, który pokazuje jak bardzo jestem słaby, który ciągle mi coś wyrzuca.  Ewangelia? To coraz częściej dobra nowina o pieniądzu. Religia jako taka musi się przecież dostosować do współczesnego człowieka. Tylko wtedy można coś na niej zarobić i zyskać. Ten kto nie proponuje religii jako krainy niczym nieskrępowanej wolności, bez norm i zasad, ten przegrał i stracił. Życie ma być łatwe, inaczej nikt nie będzie chciał o nim słuchać.

Wybieramy przeciętność, bo nie warto się wychylać. I choć niemal każdy będzie chciał temu zaprzeczyć, to prawdą jest, że rezygnujemy z własnej twarzy, bo będą krzywo patrzeć, bo będą pokazywać palcem. Nie ma doskonałości, a nawet jeśli jest, dla nas jest nieosiągalna. Więc po co tracić czas, po co się męczyć, skoro ostatecznie i tak wszyscy wylądujemy na brudnym cmentarzu.

To jest dzisiejsza wizja jedności. Jednolita a nie liberalna. Ograniczająca a nie wyzwalająca. A przecież jedność, która ogranicza to niewola. Chcemy by wszyscy myśleli jak my myślimy, a jednocześnie boimy się myśleć po swojemu. Szukamy zjednoczenia, bo boimy się samotności. Drugi człowiek nie ma tu najmniejszego znaczenia.

Ktoś powie, że to wszystko nieprawda, że Bóg go kocha i to mu wystarcza. Tylko… czy ten ktoś naprawdę w to wierzy? Czy Bóg nie jest dla niego tylko zasłoną, za którą można się ukryć, gdy nic wychodzi, gdy nie ma sukcesu? Łatwo przecież Boga wykorzystać, nie będzie się bronił. Bóg lubi cierpieć za nas. Niech więc cierpi, niech płacze…

Usłysz. Zaufaj. Pokochaj. Uwierz. Uwierz, by jeszcze lepiej usłyszeć, by jeszcze mocniej zaufać, by jeszcze śmielej pokochać…