Obietnica

Marzenia. Życiowe cele. Szczęście.

Twoje potomstwo będzie liczne jak gwiazdy na niebie i piasek na plaży. To słowa Boga do bezdzietnego Abrahama. Wywiodę mój lud z Egiptu. Zapewniał Pan Mojżesza, który patrzył na niewolę swoich braci i sióstr na służbie u faraona. Umocnię panowanie twego syna na wieki. Tak szeptał do ucha umierającego króla Dawida, który całe życie doświadczał niestabilności.

Bóg lubi marzyć z człowiekiem. Jego marzenia mają jednak pewną właściwość. Stają się ciałem.

Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą, cóż więc otrzymamy? Możemy to pytanie Piotra z dzisiejszej Ewangelii powtórzyć.

Pytasz? Posłuchaj odpowiedzi. Posłuchaj Jego marzeń, planów. Przestań kalkulować i liczyć, co ci się należy. Patrz dalej, zacznij z Bogiem marzyć.

Żyj obietnicą. Będziesz szczęśliwy.

Z zaskoczenia

Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Trudne są te słowa z dzisiejszej Ewangelii. Żyjemy w świecie, w którym tanio się kupuje i drożej sprzedaje. Tak, aby był zysk.

Im bardziej na coś liczymy, tym bardziej ulegamy zwątpieniu, wtedy gdy nie wyjdzie. Pojawia się żal, narzekanie i wyrzuty.

Dobrze byłoby gdybyśmy przyswoili sobie lekcję tych, którym w życiu jakoś nie wyszło. 

Lekcję Mojżesza, który doprowadził Naród Wybrany do Ziemi Obiecanej, ale sam do niej nie wszedł. 

Lekcję Dawida, który chciał wybudować Świątynię Najwyższemu, a mógł jedynie zebrać materiały, które wykorzystał jego syn. 

Lekcję Jezusa, który miał być Królem Izraela, a skończył na krzyżu.

O ile prostsze stałoby się nasze życie, gdybyśmy przestali żyć w strachu przed jutrem, bez zabezpieczeń i dalekosiężnych planów.

Gdybyśmy przestali żyć w myśl słów: „a myśmy się spodziewali…”, Bóg mógłby zacząć nas zaskakiwać. 

Co ja bym zrobił

Chciałem napisać coś przygnębiającego. Coś o tym, że jesteśmy świadkami schyłku cywilizacji, że świat się kończy, że człowiek sam niszczy siebie. Słowem – nadchodzi „apokalipsa”…

Bo takie emocje towarzyszą mi, gdy słyszę o tym, co wydarzyło się w Stanach, gdy dowiaduje się że chłopak i chłopak to też rodzina, gdy mówią, że jest coś takiego jak prawo do dziecka (niczym domowego zwierzątka), gdy twierdzi się, że jest wolność słowa, ale pewnych spraw poruszać nie wolno. Wkurzam się, gdy oglądam serwis informacyjny i wiem, że mną manipulują. Na prawo i lewo.

Jeszcze bardziej irytująca jest pewność, że mój głos i tak nic nie zmieni. Jestem chrześcijaninem. Jestem księdzem. Powinienem milczeć.

Mieszkam na placu Zbawiciela, na Zbawixie. I choć wielu sytuacji, osób tu nie rozumiem, to darzę je wielkim szacunkiem. Wierzę, że Bóg dla każdego przygotował coś dobrego. Wierzę, że każdy może być świętym.

Co ja bym zrobił bez Boga? Pewnie napisałbym coś przygnębiającego. A tak cieszę się, że mogę żyć tu i teraz.

Ewangelia o rezygnacji

Mamy tendencję, by łatwo rezygnować z podjętych planów, zwłaszcza wtedy gdy spotyka nas porażka, czy odrzucenie. Niejednokrotnie zdarza się chociażby, że nie widząc efektów modlitwy, zupełnie od niej odstępujemy. Przestajemy wierzyć w cuda, w to, że nasze trudne nieraz życie może ulec zmianie na lepsze. Realne wydaje się nam jedynie to, co niejako „wyrwiemy” światu przez trud i ciężką pracę. Coraz częściej liczymy tylko na siebie.

Dzisiejsze pierwsze czytanie mówi o ludziach, którzy utracili nadzieję na Bożą opiekę i błogosławieństwo. Zdaje się im, że życie z dala od Boga pozbawiło ich Jego łaski. Najwyższy przypomina tymczasem, że On nie odpycha nikogo, kto szczerze Go szuka. Kiedy wydaje się nam, że nasze życie straciło sens i zostaliśmy opuszczeni przez wszystkich, możemy ulec zaskoczeniu. Bóg nie rezygnuje bowiem z walki o nas nawet wtedy, gdy my wywieszamy białą flagę.

Ewangelia jest historią kobiety, nad którą zawisła groźba utraty tego, co miała najcenniejsze – ukochanej córki. Była ona Kananejką. Przedstawiciele tego narodu byli wrogo nastawieni do Izraelitów, których traktowali jako najeźdźców. Pomimo to, w imię walki o to, co dla niej ważne, kobieta decyduje się złamać panujące konwenanse. Prosi o pomoc Jezusa, który był Żydem. Ten wystawia jej wytrwałość na próbę. Ostatecznie nie może jednak pozostać nieczuły na gorącą wiarę kobiety. Dokonuje cudu uzdrowienia. Gdybyśmy tylko potrafili być równie ufni i cierpliwi na modlitwie!

W minionym tygodniu obchodziliśmy kolejną rocznicę „Cudu nad Wisłą”. W 1920 roku los naszej ojczyzny i całej Europy zawisł na włosku. Wydawało się, że nawała bolszewików łatwo przedrze się przez Warszawę i ruszy dalej na Zachód. Tak się jednak nie stało. Mimo kilkudziesięcioletniej tradycji, dziś unika się określania tego wydarzenia mianem cudu. Choć historycy mają prawo do własnych ocen, to sytuacja ta pokazuje pewną prawdę o współczesnym świecie…

Człowiek XXI wieku, to przecież człowiek postępu i rozumu, a nie cudów. Niemal wszystko potrafimy dziś wyjaśnić. Jednak tajemnica cierpienia ciągle pozostaje dla nas zagadką. Wobec trudności, które czasem spadają na nas niczym grom z jasnego nieba, nauka jest zwykle bezradna. Owa bezsilność może być źródłem zniechęcenia. Gdyby kobieta z dzisiejszej Ewangelii wycofała się po pierwszym „Nie!” Jezusa, życie jej i jej córki nigdy nie uległoby zmianie. Miała jednak w sobie silną nadzieję, która nie pozwoliła się jej poddać. Przykład Kananejki uczy nas, by uwierzyć, że i w naszym życiu Bóg może dokonać cudu. Nawet wtedy, gdy wydaje się nam, że zbyt daleko od Niego odeszliśmy.

Jezus modli się za ciebie

Słowo Boże dzisiejszej niedzieli wzywa nas do walki. Jest zachętą, by na wzór proroka Eliasza i uczniów Jezusa, zmierzyć się z samym sobą – ze swymi lękami i niepokojami. W historii każdego z nas przychodzi okres, kiedy trzeba samotnie wyjść w góry lub wypłynąć w rejs po wzburzonym morzu życia. W czytaniach, które daje nam dzisiaj Kościół, z takiej samotności rodzi się spotkanie człowieka z Bogiem. Bowiem choć Najwyższego można odnaleźć nawet w hałasie wielkiego miasta, to jednak szczególnie upodobał sobie ciszę i „szmer łagodnego powiewu”.

Próbujemy czasem przed Bogiem uciekać i niczym Eliasz chowamy się wówczas w ciemnych grotach naszych przyzwyczajeń i stereotypów. Bóg jednak szuka nas i przemawia do naszych serc, budząc je z letargu i wzywając do podjęcia walki. To, co wartościowe wymaga trudu i zaangażowania. Jednym z najgroźniejszych mitów współczesnej kultury, jest przeświadczenie, że niemal wszystko można osiągnąć na pstryknięcie palców, bez zainwestowania sił i energii. I choć faktycznie wiele rzeczy jest dziś dostępnych na wyciągnięcie ręki, to jednak szczęście, które przynoszą jest na ogół nietrwałe.

Eliasz spotyka Boga w delikatnym powiewie wiatru, nie zaś w wichurze czy trzęsieniu ziemi. Bóg nie ukrywa się w tym, co głośne, spektakularne i niezwykłe, ale w tym co niepozorne, tam gdzie Go zwykle nie szukamy. Kontakt z Bogiem nie musi obfitować w nietypowe zjawiska, a nasze spotkanie z Wszechmocnym może być pełne prostoty. Szukając Go w zwyczajnej, codziennej modlitwie, z pewnością uda się nam się usłyszeć Jego głos.

W Ewangelii uczniowie walczą ze swymi słabościami na rozszalałym morzu. Wydaje się im, że pozostali bez pomocy Mistrza. Tymczasem Jezus wyszedł na górę, aby się modlić. Z pewnością tą modlitwą ogarniał także ich, prosząc Ojca by przetrwali próbę, żeby odkryli prawdę o swym życiu. Prawdę o ograniczeniach, które nie pozwalają im zobaczyć Boga nawet wtedy, gdy jest tuż obok. Jak często strach uniemożliwia nam właściwe rozeznanie trudnej sytuacji? Jedynym wyjściem wydaje się nam wówczas krzyk i głuche wołanie o pomoc. Nie pomaga to jednak w żaden sposób uciszyć serca targanego falami obaw. Jezus kieruje wówczas do nas te same słowa, które niegdyś uspokoiły uczniów: „Nie bójcie się. Jestem przy was!”.

Czując obecność Mistrza, Piotr ryzykuje i pragnie zrobić coś, co przekracza ludzkie możliwości – chce dojść do Niego po wodzie. Próba okazuje się nieudana, jednak Jezus cały czas czuwa nad bezpieczeństwem apostoła i ratuje go, gdy ten zaczyna tonąć. Także my możemy być pewni, że gdy coś w życiu ryzykujemy, by zbliżyć się w ten sposób do Boga, On na pewno nie zostawi nas samych.

Tekst opublikowany został pierwotnie w Tygodniku „Idziemy”.

Życie na niby

Czasem czujemy, że życie przecieka nam przez palce. I niekoniecznie chodzi o moment, gdy wszystko, co dotychczas mieliśmy – bądź przynajmniej wydawało się nam, że mamy – odchodzi, znika. Czasem jest tak, że mamy wszystko a jakbyśmy nic nie mieli. Już chwyciliśmy Boga za piętę, ale po chwili namysłu okazuje się, że ów Bóg to chyba jednak jakiś taki na niby. Czytaj dalej Życie na niby

Odważ się!

Na swoim Twitterze miałem dziś krótką, acz rzeczową wymianę zdań na temat odwagi z jednym znajomym. Odwaga to hasło, które pociąga i inspiruje. Kto z nas nie chciałby być odważnym? Kto z nas nie chciałby być postrzegany, jako ktoś kto postępuje zawsze według swojej opinii, kto nie podąża za modą i trendami? Kto z nas wreszcie nie chciałby z łatwością mierzyć się z szeregiem codziennych problemów w pracy, domu, uczelni czy szkole? Postawa człowieka odważnego jest źródłem prawdziwego szczęścia w życiu.

Wymiana zdań z ks. Pawłem dotyczyła głównie pojęcia odwagi i pewnego zakreślenia szeregu postaw, które się w nim mieszczą. Czy odwagą można nazwać ślepe dążenie do realizacji własnych celów, czy zaspokojenia pragnień i osiągnięcia chwilowych stanów przyjemności? Moim zdaniem nie. Odwaga nie jest jazdą na oślep, by się innym pokazać i coś im udowodnić. Jest daleka od brawury i tchórzostwa jednocześnie. Czym zatem jest? Na pewno trzeba wyjść poza pewne powszechnie przyjęte ramy. Wyjść z wiru obowiązujących trendów i przyjętych zachowań. Nie bać się złego odbioru i zbyt niskiej liczby „lajków” na FB. I pamiętać – ekstrawagancja to też nie odwaga.

Odważny jesteś przede wszystkim dla siebie, w tym sensie, że nie podejmujesz ryzyka tylko dlatego, bo inni tego od ciebie oczekują. Czy publiczny (podkreślam to słowo, bo inaczej jest z wyznaniem złożonym ludziom bliskim) „coming out” geja jest przejawem odwagi? Nie, jest manifestacją słabości i wołaniem o pomoc. Dlaczego? Bo taka osoba ciągle nie może przestać myśleć o tym, „co ludzie powiedzą”…

Zbiegiem okoliczności (chyba to jednak nie był przypadek!) Pan dał dzisiaj Ewangelię, która pozwala zrozumieć, co znaczy prawdziwa odwaga. Kobieta od dwunastu lat cierpi na krwotok. To połowa mojego dotychczasowego życia. Strasznie długo. Zdążyła się pewnie przyzwyczaić. Ale nie pogodziła się z chorobą. Nie przestała walczyć. Chodziła od lekarza do lekarza. Ponad cztery tysiące dni spędzonych na szukaniu i cierpieniu. Nie poddała się. Dowiedziała się o Jezusie. Czy widziała w Nim od razu Boga czy po prostu cudotwórcę? Raczej to drugie. Ilu już cudotwórców spotkała wcześniej? Dziesiątki, setki? Ale przyszła raz jeszcze. Odwaga bez wiary jest pusta. Ona wierzyła. Wciąż wierzyła po tylu latach. Zdołała musnąć palcami po Jego płaszczu. Została uzdrowiona.

Nadzieja połączona z wiarą, do tego nietypowa odwaga – to wybuchowa mieszanka. Jeżeli nie przestaniesz w życiu marzyć i odważysz się te marzenia zrealizować, Bóg będzie bardzo blisko, aby pomóc ci wstać, gdy znowu nie wyjdzie.

W drodze

Tym wszystkim, którzy wspierali mnie w czasie drogi do i po Turcji należy się kilka słów informacji. Przede wszystkim udało się bezpiecznie wrócić i nikomu z naszej załogi nie stało się nic złego. A sama wyprawa czy może raczej pielgrzymka, tak jak się spodziewałem, była niezwykłym przeżyciem. Po drodze wiele wcześniejszych założeń uległo zmianie, co dość dobitnie przypomniało mi, jak mało znaczy nasze ludzkie planowanie wobec Jego planów dla nas. Nie udało się dotrzeć do Kapadocji, za to dokładniej zwiedziliśmy zachodnie wybrzeże Turcji oraz stolicę Bułgarii. Ostatecznie można powiedzieć, że pielgrzymowaliśmy trasą Siedmiu Kościołów Apokalipsy oraz pierwszych soborów powszechnych. Byliśmy w wielu miejscach związanych ze św. Pawłem, ale też szeroko pojętą kulturą antyczną – w Efezie, Troi czy Hierapolis. W czasie drogi spisywałem dziennik, który postaram się wkrótce opublikować. Potrzebuję znaleźć jedynie trochę czasu na przepisanie kilkunastu pomiętych nieco kartek, zapisanych dość niewyraźnym stylem pisma.

Po powrocie z Turcji było kilka dni wolnego a potem kolejne ważne doświadczenie – rekolekcje z rodzinami nad morzem. Szkoda, że trwały tylko siedem dni. Ja byłem odpowiedzialny za dzieci w wieku szkolnym. W czasie, gdy opiekunowie, wśród nich i ja, zajmowaliśmy się dziećmi, rodzice mogli w spokoju wysłuchać konferencji rekolekcyjnych. Na dwa dni przed wyjazdem miałem jeszcze 40-stopniową gorączkę. Na szczęście udało się ją opanować, choć myślałem już o zrezygnowaniu z wyjazdu.

I pielgrzymka do Turcji i rekolekcje nad morzem to dla mnie naprawdę błogosławiony czas. Jesteśmy tu na ziemi w ciągłej drodze. Nigdy nie wiadomo, co czeka nas kolejnego dnia, więcej – nigdy nie wiemy, co czeka nas zza najbliższym rogiem budynku. Jednocześnie jest we mnie coraz większe przekonanie, że jest Ktoś, kto wie, co przed nami… To przekonanie nie jest jednak jakimś symptomem poczucia zniewolenia, wprost przeciwnie – im bardziej to sobie uświadamiam, tym bardziej czuję się wolny!

Słowo

Czy jest jeszcze dziś miejsce na słowo? Czy żyjemy w świecie, w którym słowo jest tyle warte, ile ktoś może za nie zapłacić? Czy jest jeszcze słowo prawdziwe? Czy liczy się już tylko to, co ja mogę powiedzieć? Czy warto jeszcze słuchać słów innych?

Dużo pytań. Zapewne w dyskusję o słowie nie powinienem się mieszać. Czy moje słowo jest coś warte? Czy sam go nie niszczę przez kłamstwo, zazdrość, pychę…? Ale jednak spróbuję. Może tych kilka słów o słowie będzie znaczyło coś więcej niż tylko zbiór pustych znaków…

Słowo zdradzone. Okłamywane. Prześmiewane. Za plecami szeptem kaleczone. Jak ciężko dzisiaj usłyszeć od kogoś dobre słowo – płynące z serca, przez rozum do ust… Aby zdobyć medialną popularność trzeba wszak kogoś opluć, kogoś wyszydzić, zmieszać z błotem. Dobrego słowa nikt nie będzie słuchał, bo przecież nikt go nie rozumie. Nie uczyli o nim w szkole, nie ma o nim wzmianek w radio, telewizji, Internecie. A nawet jeżeli już są, trzeba by chyba od nowa uczyć się języka. Nasz stał się zbyt tępy, zbyt ostry, zbyt wulgarny by zrozumieć delikatność słowa, by zrozumieć harmonię mowy…

Dziś słowo ma być sługą ludzkich pożądliwości a te są coraz bardziej chciwe ludzkich łez. Chciwe igrzysk ludzkich niepokojów i lęków. Byle tylko zaspokoić własne aspiracje, byle tylko zepchnąć kogoś w zapomnianą krainę prawdy. Są jeszcze marzyciele, którzy twierdzą, że wiedzą gdzie ona jest, ale ich prawdę należy włożyć między bajki. Bo przecież prawdziwe jest każde słowo! W końcu wypowiadam je ja, nieomylny-pan-świata. Fałszywym może je uczynić, co najwyżej zamknięte ‚u’ lub błąd w ‚rzabie’…

Słowo ma się mierzyć z drugim. Ma pomóc uczynić go słabym na tyle, by uległ lub zginął. Nie ma gorszej śmierci niż ta przyniesiona przez obmowę, najstarszą córkę zdrady i kłamstwa. Przychodzi bardzo cicho i wypowiadając słowo kocham niszczy to, co wrażliwe i święte.

Będę milczał, by Słowa nie budzić.
Wczoraj miało kolejny ciężki dzień.
Wykorzystali je lubieżnie i wypluli.
Ciągnęli po mieście, by pokazać,
jak dobrze, gdy ma wreszcie zakneblowane usta.

Siedzi teraz wytarte w starym zniszczonym fotelu.
(Pociesza je ten fotel, który pewnie więcej wycierpiał).
I w śnie o młodych latach wspomina
czasy przed czasem, Słowo przed słowem…
Och! Co to były za lata!

Nikt nie liczył słów, bo razem zliczone
były więcej warte niż wszyskie wielkie fabryki.
Tworzyły. W pustce były całe białe i czyste.
Jak śnieg, co leci z nieba, by złączyć się z ziemią
ale nie zdąża, bo wiatr unosi go znów wyżej i wyżej…

Zapracowane Słowo odpoczywa na emeryturze.
Niska jest, bo szybko je zwolnili.
Nie potrafiło kłamać, a szef lubił komplementy.
Milczało więc. A cisza była nieznośna na tym przesłuchaniu.
Skończyło się jak zwykle. Ktoś umył ręce a Słowo przepadło.

O pielgrzymowaniu

Za mną pielgrzymka na Jasną Górę a przede mną, za kilka dni, wyjazd na pielgrzymkę po Europie, po klasztorach, sanktuariach. Czyli od pielgrzymki do pielgrzymki. Można skwitować to banałem – nasze życie to ciągłe pielgrzymowanie. Jednak w gruncie rzeczy prawdą jest, że każdy z nas do czegoś zmierza, więc choć może nie zawsze to życie jest pielgrzymką w sensie stricte religijnym (choć można by o tym dyskutować), to z pewnością każdy z nas jest pielgrzymem.

Pielgrzym charakteryzuje się tym, że jakiś cel napędza go do dalszej drogi. Zarówno cel jak i drogę możemy tu rozumieć bardzo szeroko. Każdy z nas cel wyznacza według swoich możliwości, wie ile jest w stanie przejść. Jeżeli celu nie osiąga – droga okazała się najwyraźniej trudniejsza niż przewidywał. A drogi przewidzieć nie da się nigdy. Można szykować plany, nawet bardzo szczegółowe – nie ma w tym nic złego, wprost przeciwnie – bez dobrego zaplanowania, bez znajomości drogi nigdzie nie dojdziemy – to jednak ślepa ufność w to co się zamierzyło, zazwyczaj kończy się tragicznie.

Ruszać w drogę to znaczy liczyć się z przeciwnościami, ze złą pogodą, z brakiem zrozumienia, z głodem – takie jest też nasze życie. Niczego i nikogo w drodze nie można być pewnym. Tyle, że to ujęcie pesymistyczne. Chyba lepiej powiedzieć – droga to sztuka ciągłego zaskakiwania, nie wiadomo co dobrego czeka za kolejnym zakrętem… Droga to w końcu wolność. O każdym kroku trzeba zdecydować samemu. Ucieczka w zależność, to tak jakby przez całe życie udawać, że zwichnąłeś sobie nogę.

Proszę o modlitwę za naszą szóstkę, która rusza w drogę w znane-nieznane.