I dobrze

Ostatnio dużo dzieje się wokół Kościoła w naszym kraju. I dużo na ten temat opinii – jedni się cieszą, inni nie za bardzo. Źródło zadowolenia zwykle to samo – Kościół dostaje w przysłowiową kość. Analogicznie można ustalić typowe źródło niezadowolenia. Bez problemu można też chyba wskazać grupy osób, których reakcje można by z grubsza w ten sposób zaszufladkować. Czy jednak faktycznie jest aż tak źle? Ja na przykład cieszę się, że coś się w polskim katolicyzmie dzieje… Teraz subiektywny przegląd dobrych dla Kościoła, choć nierzadko kontrowersyjnych, wydarzeń ostatnich tygodni.

Telewizja Trwam i przyznanie jej miejsca na osławionym „multikleksie”. Przeciwnicy fundacji o. Tadeusza Rydzyka wykazali się w tej sprawie wyjątkową niekompetencją. Zupełny brak argumentów wobec całkiem dobrze zorganizowanej telewizji z zapleczem finansowym, ale przede wszystkim ogromnym poparciem społecznym. Paradoks? Przecież wszystko, co wiąże się z „Ojcem Dyrektorem” budzi dziś w przekonaniu „wielu” śmieszność i jest jednym z częściej wykorzystywanych motywów żartów… Można dyskutować o przekazie telewizji i znanej rozgłośni z Torunia, ale fakty mówią same za siebie. W obronie interesów fundacji Lux Veritatis na platformie cyfrowej podpisało się ponad 2,5 mln Polaków. To niewątpliwy fenomen. I choć było wiele emocji i zarzutów to tym, którzy przysłużyli się sukcesowi Telewizji Trwam należy się głęboki ukłon. Według niektórych Trwam i RM jedynie dzieli katolików w Polsce. Okazało się, że niekoniecznie… Potrafi też jednoczyć.

Ksiądz Lemański i jego wojna z arcybiskupem Hoserem. Wojna, bo były proboszcz Jasienicy zdecydował się wytoczyć działa przeciw swemu oponentowi i rozpocząć otwarty konflikt. Żeby było wiadomo – nie chcę się w tym miejscu opowiadać po żadnej ze stron. Nie o to chyba zresztą w sporze chodzi, bo zapewne ucierpi i ks. Lemański i abp Hoser. Szkoda. Warto jednak zauważyć, że i ta sprawa może przynieść nam (katolikom) pewne korzyści. Niektóre media i większość stronnictw liberalnych zdecydowanie wybrały już swojego faworyta. W „obozie” rdzennie katolickim (wykluczając niektóre nurty liberalizujące, ale pozostające w tej sytuacji w zdecydowanej mniejszości), cokolwiek by to znaczyło, mamy wstrzymanie oddechu. Obserwujemy kolejne posunięcia ks. Lemańskiego, który trochę gubi się w zeznaniach i może zbyt wyważone oświadczenia praskiej Kurii. Zasadniczo jednak czekamy na dalszy obrót wydarzeń – nie ma rozłamu, lecz poparcie dla zgodnych z prawem kościelnym decyzji abp Hosera. A właśnie rozłamu chcieliby zapewne przedstawiciele pewnych portali internetowych, które ogłosiły ks. Lemańskiego „swoim księdzem”. Czy ten ostatni też tego chce – nie wiem, ale raczej wątpię. Wróćmy jednak do tych, którzy odnaleźli „swojego księdza”. Gdy wczoraj czytałem ich wypowiedzi w Internecie, to byłem w głębokim szoku. Dlaczego? Nielogiczność i śmieszność sięga zenitu. Przykład? Znana reżyser filmowa łatwo ferowała wyroki w „Kropce nad i” – Niestety w polskim Kościele katolickim postawy antysemickie są częste (…) Jego [abp Hosera] poziom empatii i szacunku dla człowieka już w paru sprawach okazał się dość niski według powszechnie obowiązujących norm etycznych. Po chwili stwierdziła jednak, że nie chce oceniać, który biskup jest dobry, a który zły. Obiektywizm, jak się patrzy… A zdarzają się wypowiedzi znacznie ciekawsze. Niejeden wtrącił już arcybiskupa do lochu a księdza kreował opiekunem polskiego Kościoła. Doprawdy nie wiem, kto tu wciąż trwa w „średniowieczu”… Teraz ważne jest żeby sprawy nie przespać, ale wyciągnąć z niej wnioski. A te są stosunkowo proste – aktualne problemy moralne ludzi (do których dość często odnosił się ks. Lemański, zdobywając poparcie swym liberalnym podejściem) wymagają nowego podjęcia a nauczanie Kościoła w ich kwestii – wyjaśnienia a może i aktualizacji.

Agnieszka Radwańska i jej rozbierana sesja. Tutaj sytuacja nieco inna niż we wcześniejszych przykładach. Rozdźwięk mamy zasadniczo we własnym, katolickim gronie. Czy powinna pozować? Czy powinno się jej odebrać tytuł ambasadora akcji „Nie wstydzę się Jezusa”? Zdania są podzielone. Dyskusja nad granicami dzielenia się pięknem płynącym z Bożego stworzenia trwa. I to jest dobre. Tego, co się stało nie zmienimy, warto się jednak przy tej okazji przyjrzeć naszemu podejściu do ludzkiej seksualności. Bo łatwo naszą najlepszą tenisistkę potępiać, lepiej byłoby chyba jednak zapytać, co kierowało tą, która przecież jednoznacznie deklarowała swą wiarę w Jezusa.

I na koniec Franciszek. Nasz papież. We wszystkich wymienionych przeze mnie wydarzeniach ostatnich tygodni, widzę szansę dla polskiego Kościoła. Szansę na świeżość. A tej nie może być tam, gdzie nie dzieje się nic. Franciszek tej świeżości przynosi niezwykle dużo. I to nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Czy szykuje się nam kolejna „wiosna Kościoła”? Ciężko stwierdzić, ale zawsze warto się o nią modlić.

Jedność – w pojedynkę nie da rady…

Trwa Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Czy o jedności można dziś tylko mówić, dyskutować i dywagować? Kościół katolicki głośno nawołuje do ekumenizmu, ale czy jest w stanie zrobić krok naprzód i słowa zacząć przemieniać w czyny? Jak ma się do tego – powiedzmy krótko – sceptyczna postawa innych Kościołów chrześcijańskich? O jedności słyszymy dużo. Każdy Kościół sobie. A tu w pojedynkę nie da rady!

Im dłużej przyglądam się różnym działaniom ekumenicznym, tym większa wydaje mi się przepaść między dwoma skrajnymi postawami w dialogu. Jedna – daje prosty sygnał, że na ekumenizmie jej nie zależy i raczej nie będzie się w to „bawić”, druga – ekumenizm jest OK, ale po naszemu, czyli dialog kończy się wtedy, gdy ktoś się z nami nie zgadza. Na tym raczej ciężko budować…

Jedność wymaga obecności drugiego człowieka. Samemu jedności się nie zbuduje! Takie myślenie byłoby skrajnie egoistyczne. Już w raju Adam i Ewa zostali zwiedzeni iluzją pełnej autonomii. Chcieli być wolni od wszystkiego i wszystkich, niezależni – okazało się, że zostali sami, obcy sobie, światu i obcy wobec Boga. I tak bardzo niezależni, potrafili jedynie zrzucać na siebie nawzajem winę. Nie rozmawiali ze sobą, aż Bóg „zmusił” ich do tego, wyrzucając ich z raju…

A wśród chrześcijan – czyja jest wina? Katolików, luteran, prawosławnych? Kto jest tym złym? Kto zjadł owoc z drzewa rozpadu i kogo nim skusił? Dokąd prowadzi ta dyskusja? Czy Bóg i nas będzie musiał wygnać z raju, w którym o ekumenizmie w ogóle możemy mówić, w świat pełny cierpienia ateizmu i bólu laicyzacji?

Nie chodzi o to, żeby teraz szukać kompromisu, który na pewno będzie krzywdzący dla nas lub dla nich. Przestańmy mówić „my” i „wy”, ale traktujmy się jak bracia! Nie ma już Żyda ani Greka, niewolnika ani człowieka wolnego; nie ma już prawosławnego ani luteranina, katolika ani adwentysty – wszyscy bowiem jesteśmy napełnieni tym samym Chrystusem, który woła w NAS do Ojca „Aby byli jedno”. Możemy się razem modlić do naszego Boga, który wysłuchuje tych, którzy zgodnie o coś proszą…

Na Boże Narodzenie

Ciekawe ile osób zastanawia się nad teologicznym sensem świąt. Ciekawe ile osób myśli tylko o tym, żeby spotkać się w tym czasie z rodziną i znajomymi. Ciekawe ile osób chce w tym czasie odpocząć i dobrze zjeść… I można by tak długo. Czy zamierzam krytykować którąkolwiek z tego typu postaw? Nie! Boże Narodzenie ma to do siebie, że Bóg przychodzi wtedy do każdego. Można mówić, że Boga nie ma lub że Bóg już dawno umarł. Można mówić, że przeżywamy właśnie Święto Drzewka. Można mówić, że urodził się prawdziwy Bóg Zbawiciel. Ale to wszystko jest mało istotne. Dla małego Jezusa też nie było miejsca w gospodzie, co nie znaczy, że z tego powodu Maryja i Józef mieli zrezygnować z Jego narodzin…

Nie chcę narzekać na tych, którzy w święta nie idą do kościoła na pasterkę i w zasadzie w ogóle nie wiedzą, że mają one wymiar jakkolwiek religijny. Dzisiejsze społeczeństwo, dzisiejszy świat wiele rzeczy na długiej drodze historii zagubił. Nic tu nie da krzyczenie i straszenie piekłem. Zresztą ci ludzie czasami żyją bliżej Nowonarodzonego niż wielu „pobożnych” katolików! W końcu rodzi się On w tym (i w tych!), co słabe, pomijane i zagubione. Czyste serce jest ważniejsze niż tysiące zewnętrznych praktyk. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą…

Chce dlatego nawiązać jedynie do słów Benedykta XVI z pasterki w Rzymie. Mówił on, że dziś często o Bogu zapominamy. Tyle, że zapominając o Nim tracimy też zwykle kontakt z innymi ludźmi. Bardziej interesujemy się samymi sobą niż tymi, na których – teoretycznie – tak bardzo nam zależy. Tak tak – każdy będzie się zapierał, że w święta ma czas tylko dla rodziny i bliskich. I jeżeli faktycznie tak jest, to dobrze, ale czasami lepiej sobie coś wcześniej uprzytomnić, nawet jeżeli ma to być przykre i bolesne, niż dalej ranić swoją obojętnością ludzi, których prawdziwie kochamy.

Tego wam życzę. Być prawdziwym przed sobą. Nawet jeżeli do Boga wam daleko, to taka postawa i tak bardzo was do Niego zbliża. Zbliża też do drugiego człowieka. Do małego Jezusa przyszli i ubodzy pasterze i trzej mądrzy magowie ze Wschodu. Dlaczego? Bo był. I to naprawdę był! W ciele urodził się raz, ale w nas może się rodzić każdego dnia…

Z pielgrzymki

Kilka dni temu szczęśliwie wróciłem z pielgrzymki na Jasną Górę. W czasie drogi prowadziłem codzienny zapis swoich odczuć na stronie internetowej. Tutaj zrobię zatem mały przedruk. Wkrótce postaram się zaś podsumować ten czas.

Dzień I

Czwartkowy wieczór. Ostatnie sprawdzanie bagażu a przed snem pragnienie, by zasnąć jak najprędzej, bo rano trzeba wstać i ruszyć w drogę. Ale spać się nie chce – tyle emocji, mniej lub bardziej skrywanych, zarówno u tych, którzy idą po raz pierwszy jak i u tych, którzy na akademickiej pielgrzymce zjedli zęby. Przed nami czas łaski. Każdy będzie jej doświadczał na inny sposób. Jedni idąc w strugach deszczu i palącym słońcu, ale też w ciągu zwykłego – niezwykłego szarego dnia. Inni może więcej w tym czasie będą jeździć samochodem, ale tylko dlatego, że każdego z pielgrzymów mają gdzieś głęboko w sercu, jako człowieka, któremu chcą towarzyszyć przygotowując posiłki, noclegi… Niezależnie od tego jak – wszyscy chcą razem wejść na Jasną Górę, by patrząc w oczy Tej, która rozradowała się idąc z Jezusem pod sercem do domu Elżbiety, powiedzieć Bogu o tym wszystkim co w ich życiu radosne i smutne, łatwe i trudne, o tym czego już doświadczyli i czego boją się w zbliżającym się czasie.

Ja nie idę sam, pewnie tak jak większość z Was zabieram ze sobą kogoś bliskiego, kto w pielgrzymce uczestniczyć nie może. To co jest w pielgrzymowaniu piękne, to fakt, że plecak może ważyć nawet 30 kilogramów, ale taka osoba, która gdzieś myślami i modlitwą towarzyszy w drodze, bierze na siebie znaczną cześć tego ciężaru. A każdy Twój krok jest z kolei dla tamtej osoby przypomnieniem, jak bardzo Ci na niej zależy i jak bardzo jest Ci bliska. Chyba dlatego właśnie pielgrzymka tak bardzo zbliża do Boga. W końcu przecież w Nim, każda pielgrzymia intencja szuka spełnienia. On jest Źródłem, które wybija na pustyni, ale też odrobiną cienia w skąpanej w słońcu drodze pielgrzyma.

Towarzyszy nam Boża łaska. Będziemy się w tym utwierdzać przez najbliższe dziesięć dni. W drogę!

***

O godzinie 7.15 z Placu Zamkowego wyruszyła grupa wojskowa, tym samym rozpoczynając XXXI Warszawską Akademicką Pielgrzymkę Metropolitalną. Wcześniej zgromadzeni licznie pielgrzymi uczestniczyli we Mszy Świętej, której przewodniczył Kazimierz Kardynał Nycz wraz z księżmi przewodnikami poszczególnych grup, na czele z Bratem Przewodnikiem – ks. Jackiem Siekierskim.

W homilii Ksiądz Kardynał zwrócił uwagę na Matkę Bożą jako ciągłego pielgrzyma – najpierw chodziła z Jezusem do Świątyni Jerozolimskiej, potem towarzyszyła Mu, gdy nauczał, by w końcu dojść z Nim na szczyt Golgoty. Tym swoim pielgrzymowaniem jest dla nas Maryja wzorem a zarazem zachętą do podjęcia trudu drogi za Mistrzem. Metropolita Warszawski przypomniał postaci trzech wielkich Polaków, którzy podobnie jak Maryja, są dla nas dzisiaj orędownikami w podejmowaniu trudu pielgrzymowania – św. Maksymiliana Marii Kolbego, bł. Jana Pawła II i sługi Bożego Stefana Kardynała Wyszyńskiego.

Na koniec Eucharystii Ksiądz Kardynał pobłogosławił wszystkim pielgrzymom i wraz z Biskupem Polowym Wojska Polskiego Józefem Guzdkiem przeszedł z nimi pierwszy odcinek trasy.

***

Jak co roku dzisiaj trzeba było wstać wraz ze słońcem, by – choć zaspanym – zdążyć na Mszę świętą w kościele św. Anny. O tak wczesnej porze na Eucharystii zazwyczaj trudno się skupić, jednak coś jest w atmosferze pielgrzymkowych mszy, że zasnąć się nie da. Oczekiwanie na wymarsz? Na pierwsze kroki w pielgrzymce lub na wyjście w trasę po raz kolejny? Na pewno nie ma jednej odpowiedzi. Każdy idzie na pielgrzymkę nieco inaczej. Można by wręcz powiedzieć, że każdy inaczej stawia kroki. Jak się zatem dzieję, że w końcu wszyscy dochodzą w to samo miejsce?! Nie zdradzę tej tajemnicy – trzeba to przeżyć samemu…

Ja po nieprzespanej nocy zastanawiałem się, jak zafunkcjonuje wiele rzeczy, które na pielgrzymce są w tym roku swoistym novum. Bo przecież pielgrzymka z roku na rok zmienia się. Zmienia się zaplecze, sprawy techniczne, ale jednak przede wszystkim zmieniają się ludzie. Nie tylko dlatego, że pojawiają się po raz pierwszy. Nierzadko po roku od ostatniego spotkania, każdy wydaje się nieco inny, dojrzalszy, jakoś bardziej bliski. Pielgrzymowanie zbliża. Kolejne kilometry przebywane w obecności tych samych osób, czynią z nich bowiem osoby wyjątkowe. Współpielgrzymów wspomina się przez cały rok… do kolejnej pielgrzymki.

Droga dzisiaj nie była specjalnie trudna. Choć było bardzo gorąco, nie było to jeszcze kłopotliwe – narzekać na palące słońce będziemy pewnie za kilka dni. Chyba, że spadnie deszcz – wtedy wszyscy będą prosić Boga o powrót upałów. I tak na zmianę.

To co jakoś szczególnie utkwiło mi dziś w pamięci to niezwykła gościnność ludzi, których spotykamy na trasie. Nie spotkałem się dziś z coraz bardziej napastliwa obojętnością, która nierzadko bardziej boli od agresji. Każdy, którego kolorowy kordon flag, znaczków i poubieranych w koszulki w grupowych kolorach ludzi mijał, zwracał na niego uwagę a na twarzy pojawiał się mniej lub bardziej wyraźny, ale chyba zawsze serdeczny uśmiech. najbardziej doświadczyliśmy tego w Lesznie, gdzie za każdym rogiem stała grupa ludzi – starszych, młodych, dzieci, by zmęczonych pielgrzymów powitać czymś do picia czy przegryzienia. Jak ważne jest owo machanie ręką na powitanie i pożegnanie zarazem – nikomu nie trzeba chyba tłumaczyć. Każdego z tych ludzi zabieram ze sobą na Jasną Górę. Jeszcze dziewięć dni.

Boże daj łaskę iść dalej.

Dzień II

Za chwilę apel, ale zasadniczo drugi dzień już za nami. Pojawiło się pierwsze zmęczenie, choć droga do przejścia nie była długa. Jak zawsze 6 sierpnia, Msza święta została odprawiona późnym rankiem w Niepokalanowie. Choć nic tego nie zapowiadało, trzeba tam było wyciągnąć parasolki. Krótki deszczyk nie był jednak chyba żadnemu z pielgrzymów straszny, tym bardziej, że po chwili wyjrzało słońce a zaraz po Mszy na wszystkich czekał przygotowany przez franciszkanów bigos.

Gdy później szedłem z jedną z grup usłyszałem słowa, które jakoś mnie poruszyły, zainteresowały… W każdym razie myślę o tym do tej pory. Ktoś określił pielgrzymkę mianem procesji eucharystycznej. Większość pątników niesie bowiem ze sobą Jezusa, którego chwilę wcześniej przyjęli w czasie Eucharystii. Często o tym zapominam, ale faktycznie On jest jakoś obecny w czasie całego tego trudu, zmęczenia, które choć pewnie jest na co dzień obecne w życiu każdego z nas, to jednak w czasie pielgrzymki, może łatwiej jest dostrzec i sobie uświadomić. Tak długa droga musi bowiem zmusić do konfrontacji ze samym sobą. Jedyne bowiem o czym długotrwały wysiłek nie pozwala zapomnieć to własne życie, własne problemy. Po kilku dniach drogi nikt już nie narzeka na jedzenie czy warunki noclegowe, ale coraz częściej słychać pytania, prośby o radę w związku z tym, co samemu się przeżywa.

Przedpołudniowy deszcz nikogo nie przeraził, jednak wczesnym popołudniem pogoda przypomniała wszystkim o sobie. Gdy byliśmy w okolicach Guzowa niebo zrobiło się czarne i po chwili zaczął padać rzęsisty deszcz. Dla pielgrzymów to nie jest dobra informacja. Nie tylko trzeba wysuszyć ubranie, ale też ciężej znaleźć miejsce, na którym można by rozbić namiot na nocleg.

W każdym razie pierwsza burza za nami. Miejmy nadzieję, że ostatnia.

Dzień III

Kiedy rano dochodziliśmy do bramy franciszkańskiego klasztoru w Miedniewicach usłyszałem czysty dźwięk dzwonów z przykościelnej wieży. Unoszące się jeszcze niezbyt wysoko słońce, gdzieniegdzie mgła i nieodłącznie wyczuwalna gdzieś w oddali melodia Godzinek – tak wygląda poranek w czasie pielgrzymki. Dzisiejszy jest jednak szczególny, w końcu niedziela. Bo choć w drodze łatwo zgubić poczucie czasu, to jednak ten dzień dla każdego pielgrzyma jest na tyle ważny, że stanowi punkt odniesienia dla kolejnych.

Jak co roku w czasie Mszy w Miedniewicach towarzyszył pielgrzymce akademickiej bp Józef Zawitkowski. W nagrodzonej długimi brawami homilii przypomniał sylwetki trzech patronów tegorocznej wędrówki – św. Maksymiliana Kolbego, Stefana kardynała Wyszyńskiego i bł. Jana Pawła II. Jak zaznaczył, każdy z nich idzie na Jasną Górę wraz z nami. Każdemu z pielgrzymów Ksiądz Biskup życzył niezachwianej wiary, która nie boi się, szczególnie w dzisiejszych trudnych czasach, powiedzieć za Prymasem Tysiąclecia „Non possumus! – Nie możemy!”.

Bp Zawitkowski, który, jak sam stwierdził, przybywa zawsze do Miedniewic z „dziecięcym wzruszeniem”, sprawił, że owo wzruszenie udzieliło się w jakiś sposób każdemu z pielgrzymów. Pokrzepieni Słowem Bożym i eucharystycznym Chlebem – idziemy dalej.

Dzień IV

Dzisiejsza noc nie była łatwa. Temperatura sporo spadła a do tego deszcz. Na szczęście rano wyjrzało słońce i pomogło wysuszyć mokre ubrania. Msza mogła odbyć się pod gołym niebem. Dzisiaj Eucharystii przewodniczył Józef Kardynał Glemp. Dla każdego wędrowca obecność pasterza zawsze jest budująca, sprawia, że idzie się łatwiej. To chyba tak jak z owcami, które z większą łatwością i szybkością będą iść za pasterzem niż bez niego. Wtedy bowiem pojawia się jakiś lęk, o którym wspomina dzisiejsze pierwsze czytanie – mówił Ksiądz Kardynał w wygłoszonej do zgromadzonych homilii. Jako wzory pasterzy podał Prymas Senior trzech wielkich księży Archidiecezji warszawskiej – św. abp Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, bł. Jerzego Popiełuszkę i Stefana Kardynała Wyszyńskiego.

Ważnym punktem dzisiejszego poranka było poświęcenie tablicy upamiętniającej zmarłego przed rokiem ks. prałata Zygmunta Malackiego – wieloletniego Brata Przewodnika naszej pielgrzymki. Dlaczego W Starej Rawie? To tutaj przed rokiem dowiedzieliśmy się o jego śmierci. Pamiętam ten wieczór, ciepły, sierpniowy, gdy dotarła do nas smutna wiadomość. Było kilka minut przed 22. Trudno było uwierzyć. Do dzisiaj jest go jakoś brak… ale zarazem jest bardzo blisko. Na pewno pielgrzymuje z nami dalej!

W czasie pielgrzymki mocno odczuwam modlitwę innych osób. Jest ona bardzo ważna i niewątpliwie potrzebna, by rano wstać, ruszyć w drogę a wieczorem móc spokojnie położyć się spać. Dziś będę mógł spać spokojnie.

***

Nie zawsze wszystko jest tak jak byśmy sobie to wymarzyli. Te słowa są pewnie wyjątkowo aktualne tej deszczowej nocy, kiedy ten tekst powstaje. Po dobrej pogodzie podczas całego dnia, wieczorem nad Starą Rawą zebrały się gęste chmury, z których spadł rzęsisty deszcz. Szczęście mieli Ci, którzy dostali przydział noclegowy w stodole i nie musieli rozkładać namiotów. Lepiej sprawdziłyby się bowiem pewnie tratwy.

Choć pewnie każdy z pielgrzymów liczył, że prześpi się w dobrych, czyli przede wszystkim suchych warunkach, choć przewidywał, że nie będzie komarów i będzie mógł dłużej pogadać ze znajomymi na świeżym powietrzu, to każde z tych przewidywań dzisiaj go zapewne zawiodło. Żyjemy w czasach, w których do świata, drugiego człowieka większość odnosi się w sposób żądaniowy. Usługa za usługę, by nie powiedzieć – przysługa za przysługę. Co więcej do siebie samych coraz częściej nie potrafimy się ustosunkować inaczej, jak właśnie w ten sposób. Żądamy od siebie samych coraz więcej i w ten sposób, budując własne samozadowolenie, niszczymy relacje z innymi. Każdy człowiek jest łaską Boga. Jeżeli potrafimy z tej łasi skorzystać, odkrywamy coraz mocniej Boże działanie w nas samych. A wtedy zaczynamy żyć. Tak prawdziwie.

Jutro kolejny etap, kolejny ważny dzień drogi. Choć warunki nie sprzyjają, każdy z nas pamięta, że nie idzie sam. A to chyba najważniejsze.

Dzień V

Po kilku dniach, kiedy z nieba ciągle siąpił deszcz, dzisiaj niemal bezchmurne niebo sprawiło, że w czasie postoju w Czerniewicach pielgrzymi po prostu się bawili. Już na Mszy świętej, którą dzisiaj odprawił przewodnik Grupy Srebrnej – ks. Andrzej Kuflikowski czułem, że panujące od kilku dni w obozach przygnębienie minęło a Eucharystia była prawdziwym dziękczynieniem za to, co Bóg daje.

Po Mszy ksiądz Krzysztof Osiński – proboszcz parafii św. Małgorzaty oraz wójt – Edward Pietrzyk przyjęli wszystkich na smaczny i obfity posiłek przed budynkiem szkoły. W takich warunkach czuje się, że pielgrzymka to jedno wielkie święto. Święto tych, którzy idą na Jasną Górę i tych, którzy ich na tej drodze spotykają. Pielgrzymka to nie tylko asceza. Jeżeli bowiem wyrzeczenie jest podjęte w sposób świadomy i wolny, to trwanie w nim przynosi wiele radości. Człowiek cieszy się tym co dostaje, bo w drodze mu tego brakuje. Cieszy się drugim człowiekiem, bo to on towarzyszy mu w pokonywaniu kolejnych kilometrów. Cieszy się Bogiem, bo On daje siłę by tę drogę pokonywać.

Dzień VI

Po Niepokalanowie i Miedniewicach, pielgrzymka znowu zawitała w progi franciszkanów. Dzisiejszy dzień koncentruje się bowiem wokół wizyty w Sanktuarium św. Anny w Smardzewicach, gdzie po raz kolejny z otwartymi rękoma przyjęli nas bracia z tego zakonu.

Jako, że wkroczyliśmy już na teren diecezji radomskiej, Mszy świętej, która niestety nie obyła się bez deszczu, przewodniczył biskup ordynariusz diecezji radomskiej – Henryk Tomasik. W homilii mówił o duchu i mocy młodej, bo niezwykle aktywnej i żywotnej, wspólnoty pielgrzymkowej. Coś w tym faktycznie jest, bo mimo fizycznego zmęczenia, z pielgrzymki zawsze wraca się naładowanym Bożą łaską.

Nad Smardzewicami jest teraz wciąż pochmurno, ale chyba po półmetku pielgrzymki coraz mniej istotna staje się pogoda, to co się je i gdzie się śpi, a każdy z nas jakoś mocniej patrzy w dal – na południe i wyczekuje spotkania z Matką z Jasnej Góry.

Dzień VII

Jest już dość późno w nocy, ale chcę się jeszcze podzielić wrażeniami z dzisiejszego dnia. Droga trudna, bo długa – dziś do przejścia był najdłuższy odcinek w czasie całej pielgrzymki. Na szczęście dopisywała pogoda – niezbyt gorąco, nie za zimno – w sam raz.

Rano uczestniczyłem we Mszy świętej w Sulejowie, której, jak co roku, przewodniczył bp Adam Lepa. W homilii mówił, że człowiek nie może się w życiu kierować „moralnością sklepikarza”, nie może obliczać możliwego do uzyskania zysku z każdej życiowej sytuacji. Szczególnie objawia się to w miłości, która nie może być daniem siebie, tylko po to, żeby uzyskać jeszcze więcej.

I chyba tak czasami jest nam łatwiej – odwrócić wzrok, udać, że się nie słyszy, tylko po to by nie stracić. Rzadko kto podchodzi do życia z nastawieniem nie na siebie, lecz ze wzrokiem utkwionym przede wszystkim we drugim człowieku. Większość z nas boi się, że ktoś nas okradnie, gdy tylko przestaniemy zwracać uwagę wyłącznie na siebie. Tymczasem prawda jest taka, że żeby coś w życiu uzyskać, coś rzeczywiście wartościowego, trzeba zmienić logikę egocentryzmu i zacząć zauważać innych. Jak mówił bł. Jan Paweł II – „(…) przez drugich i dla drugich” – tak realizuje się człowiek i tylko to może uczynić go szczęśliwym. Spotkałem wczoraj pewną stuletnią kobietę. Babcia Weronka – bo tak wszyscy tu na nią mówią – tryska życiem, bo całe życie jest dla innych. To samo zaszczepiła swoim dzieciom – w gospodarstwie jej syna czułem się jak w domu. Nie trzeba mieć dużo, by dużo dawać.

Dzisiaj dotarliśmy już do Przerąba, wcześniej zatrzymując się na Pociesznej Górce. To oznacza, że coraz bliżej Jasna Góra. W zasadzie pozostało dwa dni i wejście na najważniejszy częstochowski szczyt. Powoli pojawia się uczucie, że coś się kończy. Może stąd nieco więcej motywacji, by postawić kolejny krok?

Noc zimna a księżyc delikatnie zamglony. W żadnym z namiotów nie pali się już światło. Trzeba rano wstać, jeszcze przed słońcem, by ruszać dalej. Co się będzie działo? Nie warto się zastanawiać. Bóg nas ciągle zaskakuje…

Dzień VIII

Ósmy dzień XXXI WAPM to już historia. Przed nami już tylko jutrzejsze zmaganie ze zmęczeniem i krótki, niejako koronujący całą pielgrzymkę etap niedzielny – wejście na szczyt Jasnej Góry. Ciężko jest komentować to co dzieje się tu u nas, bo myśl mimowolnie zmierza do Częstochowy i to wokół niej koncentruje się większość zamierzeń i planów na najbliższe dni. Choć dzieje się – i na bieżąco – całkiem sporo.

Dziś braliśmy udział w Mszy prymicyjnej neoprezbiterów, którzy wędrują wraz z pielgrzymką. W tym roku jest ich niestety tylko pięciu, ale i tak dobrze, że pomimo nowych obowiązków, zdecydowali się iść z nami. Później ciężka droga, bo w nogach już ponad 200 kilometrów a słońce znowu zaczęło o sobie przypominać. Po drodze niespodzianka – okazało się, że trzeba było zatrzymać pielgrzymkę, bo droga była zajęta z uwagi na przebudowę jednego z dwóch okolicznych mostów. Przymusowy postój w polu kukurydzy zapamiętam na długo. Później droga w kierunku sanktuarium w Gidlach – obowiązkowego punktu pielgrzymki, który przypomina, że Jasna Góra blisko.

Często zdarza się, że coś planujemy a w ostatnim momencie, ktoś te plany zmienia. Ciężko się w takiej sytuacji nie denerwować – oczekując czegoś, otrzymujemy coś zgoła innego. Nie lubimy być zaskakiwani, zarazem licząc, że może w końcu i w naszym życiu wydarzy się cud, że stanie się coś po ludzku niemożliwego. To wewnętrzne rozdwojenie powoduje, że niejednokrotnie nie potrafimy zająć jednego stanowiska, tylko metodą półprawd dążymy do czegoś, co wydaje się być dobre, ale niekoniecznie takie jest.

Wieczorem zaczęło kropić. Już myślałem, że kolejny nocleg będzie przebiegał pod znakiem suszenia ubrań i ekwipunku. Na szczęście burza przeszła bokiem. Nam na pamiątkę zostawiła zaś piękną tęczę.

Dzień IX

Jaskrów. I w zasadzie nie potrzeba więcej słów, bo oznacza to, że od Jasnej Góry dzieli nas już tylko kilka kilometrów. Odcinek, który mamy do przebycia jutro, będzie niejako podsumowaniem dziewięciu dni drogi i przypomnieniem tego z czym do Matki idziemy, co przez tych prawie trzysta kilometrów ze sobą nieśliśmy a co wreszcie będziemy mogli z siebie zrzucić, jak ciężki, niewygodny plecak.

Dzisiejszy odcinek to teren pagórkowaty. Czasem trzeba było się namęczyć, żeby na jakąś górkę się wdrapać. Jednak zazwyczaj później można było lekko z tej górki zejść. I taka pewnie była cała ta pielgrzymka. Raz szło się łatwiej, bo i sił było więcej i pogoda była lepsza, może było do kogo się odezwać, wtedy zawsze trochę łatwiej. Innym razem było ciężko, bo nikt nie podał kubka wody, a własnej nie starczyło, nikt nie zapytał czy nie bolą nogi, a może po prostu zabrakło osoby, która po kolejnym ciężkim dniu podeszłaby i tak bez powodu poklepała po ramieniu.

Taka była nie tylko cała pielgrzymka, ale takie jest chyba całe nasze życie. Nie zawsze kolorowe, nie zawsze wygodne. Jeżeli jednak nasze życie stanie się takim prawdziwym pielgrzymowaniem, jeżeli będzie miało cel – jeden, konkretny, nie zamazany – to będzie lżej. Nas wspomagała w drodze Matka z Jasnej Góry. Gdy jutro będziemy iść Aleją Najświętszej Maryi Panny w Częstochowie nikt nie powie, że się zawiódł.

Już niedługo apel w Jaskrowie. Wszystkie grupy już teraz dobrze się bawią. Może trochę wbrew gospodarzom, ale tak będzie całą noc. Ale nie tylko dlatego ta noc będzie wyjątkowo krótka – na ostatni etap ruszamy jutro tuż po trzeciej rano.

Dzień X

Dotarliśmy! Po 10 dniach zmagań z własnymi słabościami – zarówno tymi fizycznymi, jak i duchowymi – około 8.15, pierwsze grupy weszły do kaplicy Cudownego Obrazu na Jasnej Górze. Na ostatnich metrach pątnikom towarzyszył metropolita warszawski – Kazimierz kardynał Nycz.

Drogę zaczęliśmy wyjątkowo wcześnie, tym bardziej, że w ostatnią pielgrzymkową noc zasnąć było dość ciężko. Pobudka była już o 3.50, potem dwa postoje i ostatnia prosta, czyli Aleja Najświętszej Maryi Panny w Częstochowie. W Sanktuarium, jak zwykle tłumy ludzi. Zapewne trudno to Wam sobie wyobrazić, ale na parkingu stały tysiące samochodów a po jasnogórskich dróżkach kręciły się dziesiątki tysięcy pielgrzymów.

Jednak, gdy stanąłem już przed Matką Bożą, ten tłum nagle zniknął. Sam na sam. Te oczy… Można naprawdę zapomnieć o wszystkich problemach, bo Ona wszystko rozumie, wszystko wie i we wszystkim pomoże. Bez słów.

O 13. uroczysta Msza święta na wałach, której przewodniczył bp Dziuba z Łowicza a homilię wygłosił przedstawiciel Warszawy – bp Piotr Jarecki. Mówił o wielkiej wartości pielgrzymowania, o trudzie, ale i niewyobrażalnej łasce, która się z nim wiąże. Jej pełnię możemy zobaczyć, patrząc na Maryję, która w pełni zaufawszy Bogu, dostąpiła też szczególnego Bożego wybrania.

Na razie tyle. Za dużo emocji, by wszystko od razu podsumować – teraz czas na choć krótki, odpoczynek po pielgrzymowaniu.

Reaktywacja

Ostatnio słyszałem wiele opinii o ewangelizacji dzisiaj. W jakiś sposób jest to dyskusja niezwykle ważna dla mnie jako dla kandydata do kapłaństwa, który już za kilka lat będzie musiał stanąć na ambonie w kościele czy przed młodzieżą w szkole. Faktem jest, że świat nadmuchany przez  opozycyjnie nastawionych wobec Boga czy w ogóle wiary ludzi potrzebuje fali nowego podejścia do Ewangelii i kolejnego pochylenia się nad przesłaniem jej „Głównego Bohatera”.
Kiedy jednak usłyszałem, że świat można wyjaśnić przy pomocy jednego z bardziej popularnych w ostatnich latach filmu, zacząłem się zastanawiać ile jest w tym prawdy i czy to faktycznie jest możliwe. Skoro ktoś tak uważa, zresztą zapewne nie tylko on jeden, powinno być w tym coś prawdziwego. Tyle tylko, że gdy chcemy oprzeć życie człowieka, nawet tego młodego, na fundamencie zbudowanym jedynie z mediów, dobrej komunikacji i wielkich słów to nie może się udać! „(…) ten, kto słucha, a nie wypełnia, podobny jest do człowieka, który zbudował dom na ziemi bez fundamentu. [Gdy] potok uderzył w niego, od razu runął, a upadek jego był wielki.” (Łk 6, 49)

Można budować bez Ewangelii nawet wtedy, gdy On stoi na środku tej budowy. Wtedy pełni On jedynie rolę głuchoniemego patrona, dobrego ducha – maskotki projektu. Nie oznacza to jeszcze wcale, że ta pacynka ma cokolwiek do powiedzenia w jego ramach- wprost przeciwnie. Ma pomóc zdobyć popularność i słuchaczy. A jeżeli to jest cel ewangelizacji dzisiaj, to chyba wcale to ewangelizacją nie jest…

Już sama nazwa „ewangelizacja” wskazuje, że chodzi tu o głoszenie Dobrej Nowiny. Skoro ktoś nie bierze tego pod uwagę, zakrywając się  trudnością w dotarciu przy jej pomocy chociażby do ludzi młodych to po prostu popełnia błąd. Albo nie docenia Ewangelii albo jej nie rozumie. I to jest chyba największa tragedia. Nie znać Dobrej Nowiny, to znaczy ciągle trwać w świecie w którym obowiązuje tylko śmierć i nie ma żadnych perspektyw. Gdzie ich zatem wówczas szukać? W nawracaniu ludzi na wiarę w siebie? W nawracaniu ludzi na niewiarę?!

Można stworzyć świat, w którym nie będzie problemów. Można zbudować świat bez Boga. Można stworzyć taki twór i powiedzieć, że nie jest to prawdziwa rzeczywistość, że aby się z niej wyrwać trzeba zgodzić się na jeszcze większą iluzję. Samemu trwać w iluzji i wciągać w nią innych… Tak  to może się udać, bo przecież „Cóż to jest prawda?” (J 18, 38) W świecie gdzie wszystko jest subiektywnie względne i w teorii wszystko zależy od człowieka, prawdy nie ma. Jest „tylko” PRAWDA, ale tej nie rozumiemy…

Szukając przyjemności

Przyjemność, niczym nie skrępowana, niczym nieograniczana, zaczyna rządzić dzisiejszym światem. Główną motywacją jakiegokolwiek działania jest przecież zysk lub właśnie przyjemność. Czy to coś złego? Wydawałoby się, że nie, bo przecież człowiek nie jest powołany do tego by cierpieć, ciągle żałować, narzekać. Czy jednak przyjemność nie jest w jakimś sensie zwodzącym narkotykiem bez którego chwilami nie potrafimy już żyć? Z definicji jest jedynie stanem chwilowym. I  to jest największa pułapka, bowiem zazwyczaj przedstawia się przyjemność jako coś stałego. Jest to jednak  iluzja, sprytny chwyt marketingowy.

A dlaczego o tym piszę? Chciałem się chwilę zastanowić nad powołaniem właśnie w kontekście przyjemności. Czy seminarium nie jest jedynie próbą ucieczki od problemów codzienności? Jeżeli przyjrzeć się bliżej łatwo jest przecież zauważyć, że czas w nim spędzony nie wymaga od człowieka wiele wysiłku w sensie fizycznym. Nocleg, wyżywienie, dyplom magistra… Czego chcieć więcej?! Niczym wysokiej klasy hotel seminarium zapewnia wszelkie niezbędne warunki zewnętrzne do rozwoju wewnętrznego. Jeżeli jednak  ktoś przychodzi do seminarium nie chcąc się formować, złudnie sądząc, że uformuje go życie, pozostaje jedynie ta warstwa zewnętrzna- „hotel”.

Pytanie o to czy droga formacji do kapłaństwa jest jedynie jakąś formą ucieczki pojawia się wśród przygotowujących się dosyć często. Zazwyczaj wtedy, gdy ktoś zastanawia się nad wystąpieniem- jest to przecież całkiem dobra wymówka. „Życie dało mi w kość, potrzebowałem odpoczynku, tu go znalazłem, ale to nie moja droga”. Tak, konstrukcja myślowa przygotowana idealnie… Idealnie, gdyby nie owa przyjemność. Po przyjemnym czasie  spędzonym w seminarium, gdy zaczyna się pojawiać coraz więcej trudności, wymagany jest jakiś postęp w formacji, przyjemność zgodnie z definicją pryska. Człowiek wiedziony instynktami szuka zatem jej nowego źródła.

Okazuje się, że łatwe życie jest nie do osiągnięcia. Można mówić, że to brednie, ale tylko wtedy, gdy postrzega się życie właśnie jako pasmo przyjemności. To jednak co różni człowieka od innych zwierząt, co świadczy o tym, że jest osobą, to zdolność do wyrzeczenia, do poświęceń. Każde powołanie, nie tylko do kapłaństwa, jest w jakimś sensie poświęceniem. Jeżeli bowiem chcemy je zrealizować będziemy musieli zrezygnować z przyjemności, czyli rezygnować z siebie, z własnych ambicji. Jeżeli nie traktujemy powołania jako jakiejś formy poświęcenia, trzeba sobie uświadomić, że to wcale może powołaniem nie być.

Mój dzień

Wiele osób zastanawia się jak wygląda życie przeciętnego kleryka seminarium duchownego. Zanim nie wstąpiłem, sam zresztą też nad tym myślałem. Wizje przepełnione ascetyzmem są jak się okazuje znacznie przesadzone. W normalny dzień pobudka – we własnym zakresie – jest o godzinie szóstej. Ja wstaje nieco wcześniej o około dwadzieścia minut. Ten czas mogę przeznaczyć na poranny prysznic i porządne rozbudzenie przed medytacją. Ta rozpoczyna się o szóstej trzydzieści. A co to w ogóle jest? Lektura Ewangelii przeznaczonej na dany dzień i przemyślenie jej. I choć o skupienie o tej porze trudno, to trzeba o to Słowo zawalczyć. Nikt z przełożonych nie stoi nade mną i nie sprawdza czy czytam czy już zasnąłem. Z medytacją jest nieodłącznie związana msza święta o godzinie siódmej. Wejście w tekst Ewangelii przed jej odczytaniem w czasie Eucharystii, niemal całkowicie zmienia sens jej rozumienia.

Po mszy wszyscy klerycy gromadzą się w refektarzu na wspólnym śniadaniu. Niestety nie trwa ono zbyt długo, bo już dziesięć po ósmej zaczynają się wykłady. Odbywają się one w systemie szkolnym – to znaczy wykłady trwają po czterdzieści pięć minut i są oddzielone pięciominutowymi przerwami. Wyjątkiem jest dwadzieścia pięć minut odpoczynku przed godziną jedenastą, czyli zazwyczaj spotkania z kolegami na kawie, a w moim przypadku herbacie – kawy nie piję. W ciągu dnia mamy pięć lub sześć wykładów. Po nich modlitwa brewiarzowa i obiad. Po posiłku bądź czas wolny bądź oficjum, czyli praca na rzecz wspólnoty seminaryjnej. Prace są przeróżne: od mycia podłogi po koszenie trawy w seminaryjnych ogrodach. O godzinie piętnastej trzydzieści zaczyna się studium, czyli czas przeznaczony na naukę. Niestety nie zawsze wykorzystywany zgodnie z przeznaczeniem…

Przed kolacją zbieramy się jeszcze na wspólne Nieszpory, czyli wieczorną modlitwę Kościoła psalmami. Po kolacji chwila rekreacji i znowu studium, które trwa do „Apelu jasnogórskiego”, którym zawsze rozpoczyna się wieczorna adoracja Najświętszego Sakramentu. Godzina od dwudziestej pierwszej do dwudziestej drugiej jest zaplanowana jako czas na osobisty kontakt z Bogiem. Nie musi być spędzona w kaplicy, równie dobrze można wyjść na zewnątrz i kontemplować Boga w przyrodzie czy zostać w pokoju i pomodlić się na różańcu.

Po adoracji już tylko chwila na toaletę i o dwudziestej drugiej trzydzieści gasimy światła. Dzień nie jest zatem tak bardzo napięty. Zasadniczo wszystko opiera się na odpowiednim rozplanowaniu dnia, ale tak jest chyba zawsze. Jedyna różnica jest taka, że w seminarium rytm dnia jest w jakiś sposób narzucony. Na początku jest to w jakiś sposób ograniczające i człowiek się buntuje, ale szybko można się przystosować. Okazuje się nawet, że jest to spore ułatwienie, bo dzięki życiu w pewnym rytmie, uświadamiam sobie lepiej każdą chwilę dnia i nie przelatuje mi on między palcami.

Zostawić wszystko…

Zostawić wszystko… Tak się zazwyczaj określa pójście do seminarium, zresztą sam często popadam w tego typu myślenie. Odciąć się od kolegów, koleżanek, rodziny, bliskich. Zostawić pasje, zainteresowania. Czy to prawda? W jakimś sensie zapewne tak, bo seminarium uczy rezygnować z siebie. Nigdy jednak nie nakazuje rezygnować z drugiego człowieka. Wręcz niewyobrażalne wydaje mi się po roku formacji seminaryjnej by zerwać kontakty z rodziną i przyjaciółmi. Istotne jest jednak, aby pamiętać, że to w takim a nie innym środowisku powołanie dojrzewało. To ci konkretni ludzie zdecydowali o takim a nie innym charakterze człowieka.Z własnej perspektywy mogę z całą pewnością stwierdzić, że gdyby nie rodzina o głęboko chrześcijańskich korzeniach, gdyby nie katolickie wychowanie i w większości wierzący koledzy w szkole, możliwe że nigdy nie przekroczyłbym furty seminaryjnej. Powołanie łatwo jest bowiem zagłuszyć. Ten Ktoś, Kto wzywa, na pewno się jednak przypomni. Zazwyczaj w najmniej spodziewanym momencie…

Kiedy życie wydaje się już poukładane a przyszłość zaplanowana, Ktoś woła. Można próbować nie słuchać tego głosu, można tłumaczyć, że to tylko chora katolicka wyobraźnia podpowiada takie głupstwo. Tyle tylko, że to wołanie będzie towarzyszyć człowiekowi przez całe życie. Nie oznacza to oczywiście, że gdy ktoś raz poczuje powołanie, to już na pewno zostanie księdzem czy zakonnikiem. Okres sześciu lat życia w seminarium ma pozwolić to powołanie rozeznać. Ma dać kandydatowi do kapłaństwa szansę wyraźnego usłyszenia wołania, na tyle wyraźnego, że nie będzie on już czuł wątpliwości, że to jego droga, jego powołanie. A kiedy człowiek słyszy najlepiej? Oczywiście wtedy, gdy wokół panuje cisza, gdy człowiek może wniknąć w swe najgłębsze i najskrytsze pokłady i wsłuchać się w rytm serca…

Podejmowanie prób słuchania, gdy tak naprawdę całe wnętrze człowieka gra, jest jednak bezskuteczne. Czasami, gdy w domu formacyjnym obowiązuje tak zwane silentium sacrum- święte milczenie, kiedy to usta zamykają się wraz z odśpiewaniem „Apelu jasnogórskiego”, a otwierają dopiero z wezwaniem „Panie otwórz wargi moje” z porannych modlitw brewiarzowych następnego dnia, całe moje wnętrze hałasuje, nie daje spokoju, woła, krzyczy. Zastanawiam się wtedy jak odpowiedzieć na czyjeś pytania, jak spożytkować pieniądze, jak zaplanować czas, kiedy spotkam się z rodziną… A Ktoś? Znika gdzieś pomiędzy „Ojcze nasz” a „Zdrowaś Maryjo”, rozpływa się w „Chwała Ojcu”. I choć usta wielbią jego Imię, to dusza jest gdzieś całkowicie indziej.

Zatem „zostawić wszystko” polega nie na tym, żeby jako zmuszony przez przełożonych oddać telefon komórkowy, oddać swój czas na pracę na rzecz wspólnoty seminaryjnej, ale by dobrowolnie dać. Przez nikogo nie przymuszony, wolny pozwolić temu Komuś mówić we mnie…

Po co?

Gdy zaczynam pisać od razu, mimowolnie, nasuwa się pytanie: „Po co?”. Po co pisać o sobie, tym bardziej o nieco zawiłej rzeczywistości jaką jest powołanie, gdy współczesnych ludzi od Boga bardziej interesują pieniądze, rozrywka czyli tak zwana „pełnia szczęścia”. I choć może to być mało zrozumiałe dla przeciętnego czytelnika, który zazwyczaj mało ma wspólnego z Kościołem czy wiarą w ogóle, to właśnie przez rozeznanie swojego życiowego powołania chcę to szczęście osiągnąć.

Największym błędem bowiem jaki popełniają dziś ludzie jest chyba właśnie ucieczka przed powołaniem. I nie chodzi mi tu bynajmniej o powołanie kapłańskie czy zakonne, ale o powołanie jako takie, czyli jako misję człowieka, którą Ktoś mu zlecił tu na ziemi do wypełnienia. Nie chcę używać słowa „Bóg”, gdyż nie chcę zostać posądzony o jedynie chrześcijański czy katolicki punkt widzenia na to zagadnienie. Wprawdzie zapewne przed nim nie ucieknę, ale będę się starał nie narzucać swojej wiary, wiary w Trójjedynego Boga, czytelnikom. Chcę bowiem przeprowadzić refleksję nad powołaniem nie od strony pobożnego kleryka seminarium duchownego, lecz zwykłego – niezwykłego człowieka, który ma cel…

Na dobry początek

Ciekawe jest, że mimo wielkiej niechęci jaką darzę uzewnętrznianie się w Internecie, zdecydowałem się jednak na założenie notatnika czy jak kto woli- bloga. Próbując dogonić życie, nadążyć za niewymownym postępem przełomu wieków, udało mi się zatrzymać na chwilę i dostrzec, że nie wszystko co wokół się dzieje jest zupełnie pozbawione sensu. Jest sens… Sens głęboko ukryty, dla wielu niedostrzegalny lub mało ważny. Ale jest…

Uświadomiłem sobie, że życie polega nie tylko na rzucaniu się w wir obowiązków, pracy, zwykle nieciekawych zajęć. Patrząc z okna pokoju, dostrzegam, że Ktoś to „wszystko mądrze uczynił” (Ps 104, 24).