Potrzeba niewiele

Udało mi się usiąść na chwilę przy komputerze, by zebrać ostatnie wydarzenia i jakoś je podsumować. Ciężko mi to przychodzi, bo naprawdę przeżyć jest bardzo dużo a ja mam jeszcze tylko kilka godzin, które mogę spędzić z rodziną przed powrotem do stolicy. Wczoraj przed północą wróciłem z praktyk na jednej z warszawskich parafii.

Można powiedzieć, że to parafia wśród ludzi, bo kościół stoi niemal na środku ogromnego osiedla. Przez ponad dwadzieścia dni mogłem się przyglądać życiu kilkudziesięciu tysięcy zwyczajnych ludzi. Nie mieszkałem na plebanii – codziennie dojeżdżałem z seminarium – i dzięki temu „towarzyszyłem” im w drodze do pracy i potem wieczorem, gdy zmęczeni wracali do domów. Tu i ówdzie mogłem spotkać grupy panów, którzy z uśmiechem na twarzy popijali tani alkohol lub dzieci i młodzież, które mimo później pory nie mogły znaleźć drogi do domów. I tutaj właśnie toczyło się moje życie. Wśród zwykłych problemów zwykłych ludzi. Pewnie z powodu mego wieku, zwracałem uwagę głównie na moich rówieśników. Pierwsze, co nasuwa mi się na myśl, gdy o nich myślę, to słowo „poszukiwanie”. I z rozmów i z obserwacji wynika, że większość z nich próbuje jakoś odnaleźć swoje miejsce we współczesnym, „wielkim” świecie. Szukają rzeczy naprawdę najprostszych, które teoretycznie tak łatwo byłoby im zapewnić, a jednak nie ma komu… Zainteresowanie rodziców, poczucie bezpieczeństwa, akceptacja kolegów ze szkoły… To frazesy. A im jest po prostu potrzebny ktoś z kim mogli by pogadać o wszystkim. Dosłownie o wszystkim. O tym dlaczego rodzice się kłócą, dlaczego rodzony brat ich nie rozumie, dlaczego wyglądają gorzej niż by chcieli, dlaczego… Każda twarz, którą widziałem podczas prawie piętnastu godzin, które spędziłem podczas samych przejazdów metrem i tramwajem, była takim jednym wielkim „dlaczego”.

I sama parafia. Ludzi młodych mało – w większości do kościoła przychodzą osoby starsze. Przez długi czas myślałem, że ta ich obecność nie ma większego znaczenia. Bo co to za parafia, gdzie średnia wieku szybuje ponad pięćdziesiątkę? Ale przecież i ci przychodzą, bo czegoś szukają. A my nigdy nie możemy nikogo tak po prostu skreślić. I to nie tylko my – księża, ale po prostu my – ludzie. Każdy zasługuje na miłość… Zwykle nie potrzeba wiele – wystarczy szczery, prawdziwy uśmiech i dobre słowo. To naprawdę niewiele.

Ja taką życzliwość odnalazłem we wspólnocie księży na plebanii. Nie będę wiele pisał na ten temat, bo i po co? Mam nadzieję, że dałem im zrozumieć, jak bardzo jestem im wdzięczny za atmosferę, która pozwalała mi się poczuć jak w domu, a nie jak w pracy. Nie potrzeba do tego własnego pokoju z łazienką. Obecność drugiego człowieka jest znacznie bardziej cenna.

Pisać pewnie mógłbym jeszcze długo, ale już późno a jutro rano znowu ruszam do Warszawy. Może przejeżdżając Wisłę uda mi się zobaczyć coś z tych skarbów, które tam ostatnio odnajdują archeolodzy? Ale to jutro. A teraz jeszcze brewiarz i spać.

A mojej parafii jeszcze raz mówię – dziękuję!

Ważne – ważniejsze…

Zaczyna się powoli sesja. Zapewne w najbliższym czasie i mnie i pewnie wielu z Was czeka ogrom wyzwań intelektualnych a w związku z tym – chroniczny brak czasu. Jak co roku, ten okres przypomina mi, jak słabym jestem człowiekiem. Nie chodzi tylko o egzaminy… To jest sfera obiektywnej (przynajmniej w założeniu) oceny – zależy od szeregu czynników, które mniej lub bardziej od nas zależą. Słabość okazuje się zaś w relacjach.

Jeżeli nie mam na coś czasu, znaczy to tyle, że w gruncie rzeczy nie chciałem go mieć. W ten sposób – przez „lokatę” czasu – najłatwiej się zabezpieczyć, najłatwiej zamknąć się na ludzi obok, na Kogoś więcej… Słabość w tym względzie polega na tym, że zamiast dóbr duchowych, które wynikają z budowania czegoś z kimś lub Kimś, zdarza się mi wybierać siebie, własną pracę, własne obowiązki.

Egocentryzm niszczy w nas siłę, gdyż pozbawia odniesienia do innych. A to drugi człowiek jest tym, który może mi pomóc gdy jestem słaby lub dać satysfakcję, gdy ja będę mógł pomóc jemu. Zabawa polega na tym, że zazwyczaj trzeba zaryzykować. Coś dać, nie licząc na nic. Tyle, że jeżeli do tego dorosnąć – zawsze zyskam!  Jeżeli bowiem ktoś źle na mnie spojrzy, to przecież – na nic więcej nie liczyłem. Jeżeli ktoś podziękuję – to będzie dla mnie coś dobrego…

Chodzi jednak o coś więcej niż chłodną kalkulację zysków i strat.

Z pielgrzymki

Kilka dni temu szczęśliwie wróciłem z pielgrzymki na Jasną Górę. W czasie drogi prowadziłem codzienny zapis swoich odczuć na stronie internetowej. Tutaj zrobię zatem mały przedruk. Wkrótce postaram się zaś podsumować ten czas.

Dzień I

Czwartkowy wieczór. Ostatnie sprawdzanie bagażu a przed snem pragnienie, by zasnąć jak najprędzej, bo rano trzeba wstać i ruszyć w drogę. Ale spać się nie chce – tyle emocji, mniej lub bardziej skrywanych, zarówno u tych, którzy idą po raz pierwszy jak i u tych, którzy na akademickiej pielgrzymce zjedli zęby. Przed nami czas łaski. Każdy będzie jej doświadczał na inny sposób. Jedni idąc w strugach deszczu i palącym słońcu, ale też w ciągu zwykłego – niezwykłego szarego dnia. Inni może więcej w tym czasie będą jeździć samochodem, ale tylko dlatego, że każdego z pielgrzymów mają gdzieś głęboko w sercu, jako człowieka, któremu chcą towarzyszyć przygotowując posiłki, noclegi… Niezależnie od tego jak – wszyscy chcą razem wejść na Jasną Górę, by patrząc w oczy Tej, która rozradowała się idąc z Jezusem pod sercem do domu Elżbiety, powiedzieć Bogu o tym wszystkim co w ich życiu radosne i smutne, łatwe i trudne, o tym czego już doświadczyli i czego boją się w zbliżającym się czasie.

Ja nie idę sam, pewnie tak jak większość z Was zabieram ze sobą kogoś bliskiego, kto w pielgrzymce uczestniczyć nie może. To co jest w pielgrzymowaniu piękne, to fakt, że plecak może ważyć nawet 30 kilogramów, ale taka osoba, która gdzieś myślami i modlitwą towarzyszy w drodze, bierze na siebie znaczną cześć tego ciężaru. A każdy Twój krok jest z kolei dla tamtej osoby przypomnieniem, jak bardzo Ci na niej zależy i jak bardzo jest Ci bliska. Chyba dlatego właśnie pielgrzymka tak bardzo zbliża do Boga. W końcu przecież w Nim, każda pielgrzymia intencja szuka spełnienia. On jest Źródłem, które wybija na pustyni, ale też odrobiną cienia w skąpanej w słońcu drodze pielgrzyma.

Towarzyszy nam Boża łaska. Będziemy się w tym utwierdzać przez najbliższe dziesięć dni. W drogę!

***

O godzinie 7.15 z Placu Zamkowego wyruszyła grupa wojskowa, tym samym rozpoczynając XXXI Warszawską Akademicką Pielgrzymkę Metropolitalną. Wcześniej zgromadzeni licznie pielgrzymi uczestniczyli we Mszy Świętej, której przewodniczył Kazimierz Kardynał Nycz wraz z księżmi przewodnikami poszczególnych grup, na czele z Bratem Przewodnikiem – ks. Jackiem Siekierskim.

W homilii Ksiądz Kardynał zwrócił uwagę na Matkę Bożą jako ciągłego pielgrzyma – najpierw chodziła z Jezusem do Świątyni Jerozolimskiej, potem towarzyszyła Mu, gdy nauczał, by w końcu dojść z Nim na szczyt Golgoty. Tym swoim pielgrzymowaniem jest dla nas Maryja wzorem a zarazem zachętą do podjęcia trudu drogi za Mistrzem. Metropolita Warszawski przypomniał postaci trzech wielkich Polaków, którzy podobnie jak Maryja, są dla nas dzisiaj orędownikami w podejmowaniu trudu pielgrzymowania – św. Maksymiliana Marii Kolbego, bł. Jana Pawła II i sługi Bożego Stefana Kardynała Wyszyńskiego.

Na koniec Eucharystii Ksiądz Kardynał pobłogosławił wszystkim pielgrzymom i wraz z Biskupem Polowym Wojska Polskiego Józefem Guzdkiem przeszedł z nimi pierwszy odcinek trasy.

***

Jak co roku dzisiaj trzeba było wstać wraz ze słońcem, by – choć zaspanym – zdążyć na Mszę świętą w kościele św. Anny. O tak wczesnej porze na Eucharystii zazwyczaj trudno się skupić, jednak coś jest w atmosferze pielgrzymkowych mszy, że zasnąć się nie da. Oczekiwanie na wymarsz? Na pierwsze kroki w pielgrzymce lub na wyjście w trasę po raz kolejny? Na pewno nie ma jednej odpowiedzi. Każdy idzie na pielgrzymkę nieco inaczej. Można by wręcz powiedzieć, że każdy inaczej stawia kroki. Jak się zatem dzieję, że w końcu wszyscy dochodzą w to samo miejsce?! Nie zdradzę tej tajemnicy – trzeba to przeżyć samemu…

Ja po nieprzespanej nocy zastanawiałem się, jak zafunkcjonuje wiele rzeczy, które na pielgrzymce są w tym roku swoistym novum. Bo przecież pielgrzymka z roku na rok zmienia się. Zmienia się zaplecze, sprawy techniczne, ale jednak przede wszystkim zmieniają się ludzie. Nie tylko dlatego, że pojawiają się po raz pierwszy. Nierzadko po roku od ostatniego spotkania, każdy wydaje się nieco inny, dojrzalszy, jakoś bardziej bliski. Pielgrzymowanie zbliża. Kolejne kilometry przebywane w obecności tych samych osób, czynią z nich bowiem osoby wyjątkowe. Współpielgrzymów wspomina się przez cały rok… do kolejnej pielgrzymki.

Droga dzisiaj nie była specjalnie trudna. Choć było bardzo gorąco, nie było to jeszcze kłopotliwe – narzekać na palące słońce będziemy pewnie za kilka dni. Chyba, że spadnie deszcz – wtedy wszyscy będą prosić Boga o powrót upałów. I tak na zmianę.

To co jakoś szczególnie utkwiło mi dziś w pamięci to niezwykła gościnność ludzi, których spotykamy na trasie. Nie spotkałem się dziś z coraz bardziej napastliwa obojętnością, która nierzadko bardziej boli od agresji. Każdy, którego kolorowy kordon flag, znaczków i poubieranych w koszulki w grupowych kolorach ludzi mijał, zwracał na niego uwagę a na twarzy pojawiał się mniej lub bardziej wyraźny, ale chyba zawsze serdeczny uśmiech. najbardziej doświadczyliśmy tego w Lesznie, gdzie za każdym rogiem stała grupa ludzi – starszych, młodych, dzieci, by zmęczonych pielgrzymów powitać czymś do picia czy przegryzienia. Jak ważne jest owo machanie ręką na powitanie i pożegnanie zarazem – nikomu nie trzeba chyba tłumaczyć. Każdego z tych ludzi zabieram ze sobą na Jasną Górę. Jeszcze dziewięć dni.

Boże daj łaskę iść dalej.

Dzień II

Za chwilę apel, ale zasadniczo drugi dzień już za nami. Pojawiło się pierwsze zmęczenie, choć droga do przejścia nie była długa. Jak zawsze 6 sierpnia, Msza święta została odprawiona późnym rankiem w Niepokalanowie. Choć nic tego nie zapowiadało, trzeba tam było wyciągnąć parasolki. Krótki deszczyk nie był jednak chyba żadnemu z pielgrzymów straszny, tym bardziej, że po chwili wyjrzało słońce a zaraz po Mszy na wszystkich czekał przygotowany przez franciszkanów bigos.

Gdy później szedłem z jedną z grup usłyszałem słowa, które jakoś mnie poruszyły, zainteresowały… W każdym razie myślę o tym do tej pory. Ktoś określił pielgrzymkę mianem procesji eucharystycznej. Większość pątników niesie bowiem ze sobą Jezusa, którego chwilę wcześniej przyjęli w czasie Eucharystii. Często o tym zapominam, ale faktycznie On jest jakoś obecny w czasie całego tego trudu, zmęczenia, które choć pewnie jest na co dzień obecne w życiu każdego z nas, to jednak w czasie pielgrzymki, może łatwiej jest dostrzec i sobie uświadomić. Tak długa droga musi bowiem zmusić do konfrontacji ze samym sobą. Jedyne bowiem o czym długotrwały wysiłek nie pozwala zapomnieć to własne życie, własne problemy. Po kilku dniach drogi nikt już nie narzeka na jedzenie czy warunki noclegowe, ale coraz częściej słychać pytania, prośby o radę w związku z tym, co samemu się przeżywa.

Przedpołudniowy deszcz nikogo nie przeraził, jednak wczesnym popołudniem pogoda przypomniała wszystkim o sobie. Gdy byliśmy w okolicach Guzowa niebo zrobiło się czarne i po chwili zaczął padać rzęsisty deszcz. Dla pielgrzymów to nie jest dobra informacja. Nie tylko trzeba wysuszyć ubranie, ale też ciężej znaleźć miejsce, na którym można by rozbić namiot na nocleg.

W każdym razie pierwsza burza za nami. Miejmy nadzieję, że ostatnia.

Dzień III

Kiedy rano dochodziliśmy do bramy franciszkańskiego klasztoru w Miedniewicach usłyszałem czysty dźwięk dzwonów z przykościelnej wieży. Unoszące się jeszcze niezbyt wysoko słońce, gdzieniegdzie mgła i nieodłącznie wyczuwalna gdzieś w oddali melodia Godzinek – tak wygląda poranek w czasie pielgrzymki. Dzisiejszy jest jednak szczególny, w końcu niedziela. Bo choć w drodze łatwo zgubić poczucie czasu, to jednak ten dzień dla każdego pielgrzyma jest na tyle ważny, że stanowi punkt odniesienia dla kolejnych.

Jak co roku w czasie Mszy w Miedniewicach towarzyszył pielgrzymce akademickiej bp Józef Zawitkowski. W nagrodzonej długimi brawami homilii przypomniał sylwetki trzech patronów tegorocznej wędrówki – św. Maksymiliana Kolbego, Stefana kardynała Wyszyńskiego i bł. Jana Pawła II. Jak zaznaczył, każdy z nich idzie na Jasną Górę wraz z nami. Każdemu z pielgrzymów Ksiądz Biskup życzył niezachwianej wiary, która nie boi się, szczególnie w dzisiejszych trudnych czasach, powiedzieć za Prymasem Tysiąclecia „Non possumus! – Nie możemy!”.

Bp Zawitkowski, który, jak sam stwierdził, przybywa zawsze do Miedniewic z „dziecięcym wzruszeniem”, sprawił, że owo wzruszenie udzieliło się w jakiś sposób każdemu z pielgrzymów. Pokrzepieni Słowem Bożym i eucharystycznym Chlebem – idziemy dalej.

Dzień IV

Dzisiejsza noc nie była łatwa. Temperatura sporo spadła a do tego deszcz. Na szczęście rano wyjrzało słońce i pomogło wysuszyć mokre ubrania. Msza mogła odbyć się pod gołym niebem. Dzisiaj Eucharystii przewodniczył Józef Kardynał Glemp. Dla każdego wędrowca obecność pasterza zawsze jest budująca, sprawia, że idzie się łatwiej. To chyba tak jak z owcami, które z większą łatwością i szybkością będą iść za pasterzem niż bez niego. Wtedy bowiem pojawia się jakiś lęk, o którym wspomina dzisiejsze pierwsze czytanie – mówił Ksiądz Kardynał w wygłoszonej do zgromadzonych homilii. Jako wzory pasterzy podał Prymas Senior trzech wielkich księży Archidiecezji warszawskiej – św. abp Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, bł. Jerzego Popiełuszkę i Stefana Kardynała Wyszyńskiego.

Ważnym punktem dzisiejszego poranka było poświęcenie tablicy upamiętniającej zmarłego przed rokiem ks. prałata Zygmunta Malackiego – wieloletniego Brata Przewodnika naszej pielgrzymki. Dlaczego W Starej Rawie? To tutaj przed rokiem dowiedzieliśmy się o jego śmierci. Pamiętam ten wieczór, ciepły, sierpniowy, gdy dotarła do nas smutna wiadomość. Było kilka minut przed 22. Trudno było uwierzyć. Do dzisiaj jest go jakoś brak… ale zarazem jest bardzo blisko. Na pewno pielgrzymuje z nami dalej!

W czasie pielgrzymki mocno odczuwam modlitwę innych osób. Jest ona bardzo ważna i niewątpliwie potrzebna, by rano wstać, ruszyć w drogę a wieczorem móc spokojnie położyć się spać. Dziś będę mógł spać spokojnie.

***

Nie zawsze wszystko jest tak jak byśmy sobie to wymarzyli. Te słowa są pewnie wyjątkowo aktualne tej deszczowej nocy, kiedy ten tekst powstaje. Po dobrej pogodzie podczas całego dnia, wieczorem nad Starą Rawą zebrały się gęste chmury, z których spadł rzęsisty deszcz. Szczęście mieli Ci, którzy dostali przydział noclegowy w stodole i nie musieli rozkładać namiotów. Lepiej sprawdziłyby się bowiem pewnie tratwy.

Choć pewnie każdy z pielgrzymów liczył, że prześpi się w dobrych, czyli przede wszystkim suchych warunkach, choć przewidywał, że nie będzie komarów i będzie mógł dłużej pogadać ze znajomymi na świeżym powietrzu, to każde z tych przewidywań dzisiaj go zapewne zawiodło. Żyjemy w czasach, w których do świata, drugiego człowieka większość odnosi się w sposób żądaniowy. Usługa za usługę, by nie powiedzieć – przysługa za przysługę. Co więcej do siebie samych coraz częściej nie potrafimy się ustosunkować inaczej, jak właśnie w ten sposób. Żądamy od siebie samych coraz więcej i w ten sposób, budując własne samozadowolenie, niszczymy relacje z innymi. Każdy człowiek jest łaską Boga. Jeżeli potrafimy z tej łasi skorzystać, odkrywamy coraz mocniej Boże działanie w nas samych. A wtedy zaczynamy żyć. Tak prawdziwie.

Jutro kolejny etap, kolejny ważny dzień drogi. Choć warunki nie sprzyjają, każdy z nas pamięta, że nie idzie sam. A to chyba najważniejsze.

Dzień V

Po kilku dniach, kiedy z nieba ciągle siąpił deszcz, dzisiaj niemal bezchmurne niebo sprawiło, że w czasie postoju w Czerniewicach pielgrzymi po prostu się bawili. Już na Mszy świętej, którą dzisiaj odprawił przewodnik Grupy Srebrnej – ks. Andrzej Kuflikowski czułem, że panujące od kilku dni w obozach przygnębienie minęło a Eucharystia była prawdziwym dziękczynieniem za to, co Bóg daje.

Po Mszy ksiądz Krzysztof Osiński – proboszcz parafii św. Małgorzaty oraz wójt – Edward Pietrzyk przyjęli wszystkich na smaczny i obfity posiłek przed budynkiem szkoły. W takich warunkach czuje się, że pielgrzymka to jedno wielkie święto. Święto tych, którzy idą na Jasną Górę i tych, którzy ich na tej drodze spotykają. Pielgrzymka to nie tylko asceza. Jeżeli bowiem wyrzeczenie jest podjęte w sposób świadomy i wolny, to trwanie w nim przynosi wiele radości. Człowiek cieszy się tym co dostaje, bo w drodze mu tego brakuje. Cieszy się drugim człowiekiem, bo to on towarzyszy mu w pokonywaniu kolejnych kilometrów. Cieszy się Bogiem, bo On daje siłę by tę drogę pokonywać.

Dzień VI

Po Niepokalanowie i Miedniewicach, pielgrzymka znowu zawitała w progi franciszkanów. Dzisiejszy dzień koncentruje się bowiem wokół wizyty w Sanktuarium św. Anny w Smardzewicach, gdzie po raz kolejny z otwartymi rękoma przyjęli nas bracia z tego zakonu.

Jako, że wkroczyliśmy już na teren diecezji radomskiej, Mszy świętej, która niestety nie obyła się bez deszczu, przewodniczył biskup ordynariusz diecezji radomskiej – Henryk Tomasik. W homilii mówił o duchu i mocy młodej, bo niezwykle aktywnej i żywotnej, wspólnoty pielgrzymkowej. Coś w tym faktycznie jest, bo mimo fizycznego zmęczenia, z pielgrzymki zawsze wraca się naładowanym Bożą łaską.

Nad Smardzewicami jest teraz wciąż pochmurno, ale chyba po półmetku pielgrzymki coraz mniej istotna staje się pogoda, to co się je i gdzie się śpi, a każdy z nas jakoś mocniej patrzy w dal – na południe i wyczekuje spotkania z Matką z Jasnej Góry.

Dzień VII

Jest już dość późno w nocy, ale chcę się jeszcze podzielić wrażeniami z dzisiejszego dnia. Droga trudna, bo długa – dziś do przejścia był najdłuższy odcinek w czasie całej pielgrzymki. Na szczęście dopisywała pogoda – niezbyt gorąco, nie za zimno – w sam raz.

Rano uczestniczyłem we Mszy świętej w Sulejowie, której, jak co roku, przewodniczył bp Adam Lepa. W homilii mówił, że człowiek nie może się w życiu kierować „moralnością sklepikarza”, nie może obliczać możliwego do uzyskania zysku z każdej życiowej sytuacji. Szczególnie objawia się to w miłości, która nie może być daniem siebie, tylko po to, żeby uzyskać jeszcze więcej.

I chyba tak czasami jest nam łatwiej – odwrócić wzrok, udać, że się nie słyszy, tylko po to by nie stracić. Rzadko kto podchodzi do życia z nastawieniem nie na siebie, lecz ze wzrokiem utkwionym przede wszystkim we drugim człowieku. Większość z nas boi się, że ktoś nas okradnie, gdy tylko przestaniemy zwracać uwagę wyłącznie na siebie. Tymczasem prawda jest taka, że żeby coś w życiu uzyskać, coś rzeczywiście wartościowego, trzeba zmienić logikę egocentryzmu i zacząć zauważać innych. Jak mówił bł. Jan Paweł II – „(…) przez drugich i dla drugich” – tak realizuje się człowiek i tylko to może uczynić go szczęśliwym. Spotkałem wczoraj pewną stuletnią kobietę. Babcia Weronka – bo tak wszyscy tu na nią mówią – tryska życiem, bo całe życie jest dla innych. To samo zaszczepiła swoim dzieciom – w gospodarstwie jej syna czułem się jak w domu. Nie trzeba mieć dużo, by dużo dawać.

Dzisiaj dotarliśmy już do Przerąba, wcześniej zatrzymując się na Pociesznej Górce. To oznacza, że coraz bliżej Jasna Góra. W zasadzie pozostało dwa dni i wejście na najważniejszy częstochowski szczyt. Powoli pojawia się uczucie, że coś się kończy. Może stąd nieco więcej motywacji, by postawić kolejny krok?

Noc zimna a księżyc delikatnie zamglony. W żadnym z namiotów nie pali się już światło. Trzeba rano wstać, jeszcze przed słońcem, by ruszać dalej. Co się będzie działo? Nie warto się zastanawiać. Bóg nas ciągle zaskakuje…

Dzień VIII

Ósmy dzień XXXI WAPM to już historia. Przed nami już tylko jutrzejsze zmaganie ze zmęczeniem i krótki, niejako koronujący całą pielgrzymkę etap niedzielny – wejście na szczyt Jasnej Góry. Ciężko jest komentować to co dzieje się tu u nas, bo myśl mimowolnie zmierza do Częstochowy i to wokół niej koncentruje się większość zamierzeń i planów na najbliższe dni. Choć dzieje się – i na bieżąco – całkiem sporo.

Dziś braliśmy udział w Mszy prymicyjnej neoprezbiterów, którzy wędrują wraz z pielgrzymką. W tym roku jest ich niestety tylko pięciu, ale i tak dobrze, że pomimo nowych obowiązków, zdecydowali się iść z nami. Później ciężka droga, bo w nogach już ponad 200 kilometrów a słońce znowu zaczęło o sobie przypominać. Po drodze niespodzianka – okazało się, że trzeba było zatrzymać pielgrzymkę, bo droga była zajęta z uwagi na przebudowę jednego z dwóch okolicznych mostów. Przymusowy postój w polu kukurydzy zapamiętam na długo. Później droga w kierunku sanktuarium w Gidlach – obowiązkowego punktu pielgrzymki, który przypomina, że Jasna Góra blisko.

Często zdarza się, że coś planujemy a w ostatnim momencie, ktoś te plany zmienia. Ciężko się w takiej sytuacji nie denerwować – oczekując czegoś, otrzymujemy coś zgoła innego. Nie lubimy być zaskakiwani, zarazem licząc, że może w końcu i w naszym życiu wydarzy się cud, że stanie się coś po ludzku niemożliwego. To wewnętrzne rozdwojenie powoduje, że niejednokrotnie nie potrafimy zająć jednego stanowiska, tylko metodą półprawd dążymy do czegoś, co wydaje się być dobre, ale niekoniecznie takie jest.

Wieczorem zaczęło kropić. Już myślałem, że kolejny nocleg będzie przebiegał pod znakiem suszenia ubrań i ekwipunku. Na szczęście burza przeszła bokiem. Nam na pamiątkę zostawiła zaś piękną tęczę.

Dzień IX

Jaskrów. I w zasadzie nie potrzeba więcej słów, bo oznacza to, że od Jasnej Góry dzieli nas już tylko kilka kilometrów. Odcinek, który mamy do przebycia jutro, będzie niejako podsumowaniem dziewięciu dni drogi i przypomnieniem tego z czym do Matki idziemy, co przez tych prawie trzysta kilometrów ze sobą nieśliśmy a co wreszcie będziemy mogli z siebie zrzucić, jak ciężki, niewygodny plecak.

Dzisiejszy odcinek to teren pagórkowaty. Czasem trzeba było się namęczyć, żeby na jakąś górkę się wdrapać. Jednak zazwyczaj później można było lekko z tej górki zejść. I taka pewnie była cała ta pielgrzymka. Raz szło się łatwiej, bo i sił było więcej i pogoda była lepsza, może było do kogo się odezwać, wtedy zawsze trochę łatwiej. Innym razem było ciężko, bo nikt nie podał kubka wody, a własnej nie starczyło, nikt nie zapytał czy nie bolą nogi, a może po prostu zabrakło osoby, która po kolejnym ciężkim dniu podeszłaby i tak bez powodu poklepała po ramieniu.

Taka była nie tylko cała pielgrzymka, ale takie jest chyba całe nasze życie. Nie zawsze kolorowe, nie zawsze wygodne. Jeżeli jednak nasze życie stanie się takim prawdziwym pielgrzymowaniem, jeżeli będzie miało cel – jeden, konkretny, nie zamazany – to będzie lżej. Nas wspomagała w drodze Matka z Jasnej Góry. Gdy jutro będziemy iść Aleją Najświętszej Maryi Panny w Częstochowie nikt nie powie, że się zawiódł.

Już niedługo apel w Jaskrowie. Wszystkie grupy już teraz dobrze się bawią. Może trochę wbrew gospodarzom, ale tak będzie całą noc. Ale nie tylko dlatego ta noc będzie wyjątkowo krótka – na ostatni etap ruszamy jutro tuż po trzeciej rano.

Dzień X

Dotarliśmy! Po 10 dniach zmagań z własnymi słabościami – zarówno tymi fizycznymi, jak i duchowymi – około 8.15, pierwsze grupy weszły do kaplicy Cudownego Obrazu na Jasnej Górze. Na ostatnich metrach pątnikom towarzyszył metropolita warszawski – Kazimierz kardynał Nycz.

Drogę zaczęliśmy wyjątkowo wcześnie, tym bardziej, że w ostatnią pielgrzymkową noc zasnąć było dość ciężko. Pobudka była już o 3.50, potem dwa postoje i ostatnia prosta, czyli Aleja Najświętszej Maryi Panny w Częstochowie. W Sanktuarium, jak zwykle tłumy ludzi. Zapewne trudno to Wam sobie wyobrazić, ale na parkingu stały tysiące samochodów a po jasnogórskich dróżkach kręciły się dziesiątki tysięcy pielgrzymów.

Jednak, gdy stanąłem już przed Matką Bożą, ten tłum nagle zniknął. Sam na sam. Te oczy… Można naprawdę zapomnieć o wszystkich problemach, bo Ona wszystko rozumie, wszystko wie i we wszystkim pomoże. Bez słów.

O 13. uroczysta Msza święta na wałach, której przewodniczył bp Dziuba z Łowicza a homilię wygłosił przedstawiciel Warszawy – bp Piotr Jarecki. Mówił o wielkiej wartości pielgrzymowania, o trudzie, ale i niewyobrażalnej łasce, która się z nim wiąże. Jej pełnię możemy zobaczyć, patrząc na Maryję, która w pełni zaufawszy Bogu, dostąpiła też szczególnego Bożego wybrania.

Na razie tyle. Za dużo emocji, by wszystko od razu podsumować – teraz czas na choć krótki, odpoczynek po pielgrzymowaniu.

Znowu

Wczoraj wróciłem do seminarium. Ktoś powiedziałby, że zmieniło się tu bardzo wiele rzeczy – od świeżo pomalowanych ścian po poprawki w „regule życia”. Na pewno budzi to jakieś zaciekawienie, jednych cieszy, innych smuci. Niewątpliwie jest tematem rozmów znacznie ciekawszym niż wspomnienia z wakacji czy zwykłe gadanie „o niczym”. Tymczasem we mnie coraz mocniej odzywa się pytanie stricte ego-istyczne. Co się w tym ego zmieniło?

W jaki sposób przygotowałem „ja” na spotkanie ze sobą? Życie to przecież nieustanny proces spotykania siebie w zgoła nieoczekiwanych sytuacjach. Proces, który uczy nas twarzy osoby niewątpliwie fizycznie najbliższej, ale jak bardzo odległej i tajemniczej na poziomie duchowym, metafizycznym. I choć poznanie własnej twarzy zapewne nigdy nie będzie w pełni możliwe, to przecież nie zwalnia to nas z obowiązku walki, z obowiązku otwarcia oczu.

Spotkanie „ja – ja” jest jednak utopią, ponieważ nie możemy go doświadczyć, wykracza to w jakiś sposób poza nasze możliwości poznawcze. W tym momencie potrzebna jest pomoc drugiego człowieka, który pełniłby funkcję arbitra, który rozstrzygałby między mną a mną w sporze, w którym „ja” zawsze chce zwyciężyć i robi wszystko, by łamanie przez nie przepisów gry nie zostało przez nikogo zauważone. Szczególnie przeze mnie…

W najbliższych dniach, w czasie rekolekcji będę miał okazję, by w milczeniu się do tego „ja” zwrócić. Ale to dopiero początek. Później konieczny będzie drugi, którego On postawi na mojej drodze. Wtedy otworzę oczy. Znowu.

Proszę o modlitwę.

Spotkanie

Ostatnie trzy tygodnie były… są wciąż dla mnie czymś niezwykle ważnym. Tak naprawdę pierwszy raz miałem okazję, by spotkać się z ludźmi już nie tylko jako młody chłopak – student, ale jako ktoś, kto ma świadczyć o tym Kimś, którego gdzieś w swoim życiu spotkał.

Najpierw była pielgrzymka na Jasną Górę, potem rekolekcje dla uczestników kursu lektorskiego. Nie ukrywam – bałem się, choć starałem się tego nie okazywać. Człowiek boi się tego co nowe, gdyż nie dysponuje doświadczeniem, nie dysponuje wiedzą na dany temat i jest niejako skazany na siebie. Na siebie w sensie ścisłym tzn. na swoją strefę emotywno-wolitywną, której w żaden sposób nie jest w stanie przewidzieć a już na pewno  nie może jej zaplanować.

Początkowo nie  było w tym wszystkim nic szczególnego. Wiedziałem, że dzieje się coś ważnego, ale chyba nieco inaczej to sobie wyobrażałem. Na pielgrzymce ludzie często wędrują, by pobyć samemu ze sobą, grupa nie jest dla nich tak istotna. Oczywiście jest to tylko jedna strona medalu, bo bardzo wielu ludzi reaguje na pielgrzymkową rzeczywistość wprost odwrotnie. Jednak, gdy się idzie i idzie, musi dojść w końcu i motyw zmęczenia, znużenia. To zaś ma ogromny wpływ na ludzkie przeżycia i niejako nimi manipuluje.

Całkowicie innym doświadczeniem były rekolekcje dla przyszłych lektorów.  Szybko okazało się, że kluczową rolę będą odgrywały nie tyle zajęcia wspólne, co indywidualna praca w mniejszych podzespołach. Próbowałem trafić do ludzi, którzy zostali mi powierzeni, pokazując, że powołanie – bo nikt nie ukrywał, że są to w jakimś sensie rekolekcje powołaniowe – ma bardzo wiele znaczeń. Tak naprawdę powołanie jest kształtowane jakoś nieustannie w każdym z nas, dlatego nawet powiedzenie, że powołań jest tyle, co ludzi, w pełni nie oddaje jego potencjału czy zakresu.

I choć było zmęczenie, nieprzespane noce, to przecież Ci ludzie swoim powołaniem, powołaniem, którego gdzieś tam ciągle w sobie szukają, dali mi ogromną siłę. Młodzi mężczyźni, szczególnie z mojej grupy, stali się dla mnie kimś naprawdę ważnym, właśnie dlatego, że jakoś zostałem wciągnięty w ich historię powołania. A oni w moją…

Spotkanie z drugim człowiekiem pokazuje, jak różna jest nasza rola w szarej codzienności. Trzeba odejść od idyllicznego upodmiotyzowywania człowieka – osoby, aby dostrzec też jego rolę przedmiotową. Jeżeli zgadzamy się z tym, że człowiek jest budowany człowiekiem, to trzeba zgodzić się równocześnie na bycie przedmiotem – także w relacjach międzyosobowych. Po prostu zgodzić się na „bycie dla” obok „bycia z”.

Dziękuję Wam. Nie liczę na to, że choć trochę Wam pomogłem. Wiem, że Wy pomogliście mi.

Nie wiem

Nie wiem. Nostalgia przeplatana z radością. Wynik nadmiernego aktywizmu, czy wprost przeciwnie – zachłyśnięcia się teraźniejszością? A może to tak naprawdę to samo? Bardzo dziwne były te ostanie dni, tygodnie…

Przyjechałem do seminarium zgodnie z ustalonym grafikiem dyżurów. Wiedziałem, że nie będę się nudził. Ale mimo wszystko nie spodziewałem się, jakim człowiekiem po tych dniach będę, jaki wrócę do domu. Życie nas nieustannie kształtuje. Tyle, że gdy coś wywołuje w nas uczucie trudu, bardziej chyba zdajemy sobie z tego sprawę.

Czy stało się coś szczególnego? Na dobrą sprawę nie. I to jest chyba najgorsze, bo pociąga za sobą wiele niedopowiedzeń i wątpliwości. Wiem, że coś się stało, ale jednocześnie nie wiem co.  To chyba najlepszy opis tego czasu. Była ciężka praca, było niemiłosiernie gorąco, były pogrzeby, dodatkowe obowiązki. W skrócie – było ciężko. Ale z drugiej strony były też spotkania z przyjaciółmi, rozmowy nie tylko o wszystkim i o niczym, były praktyki w KAI, duchowa pielgrzymka do Santiago, no i wreszcie było też pierwsze w moim życiu doświadczenie modlitwy we wspólnocie charyzmatycznej…

Tę modlitwę trudno zapomnieć. Jakoś ciągle we mnie pracuje. Wtedy chyba naprawdę nie potrafiłem zaufać. A na pewno miałem wiele wątpliwości.  Zobaczyłem jak można się modlić inaczej. Ja chyba jestem w tej sprawie mimo wszystko tradycjonalistą… Ale… To bardzo mocno pociąga, przynajmniej mnie. Jakoś próbuję sobie z tym poradzić. Nie chcę kierować się emocjami. W zasadzie sam nie wiem…

Było w ostatnim tygodniu jakieś załamanie. Uświadomiłem sobie, jak bardzo człowiek potrzebuje modlitwy. Można wypełnić sobie dzień pracą, wieczór spotkaniami ze znajomymi. Można być na Mszy, można się modlić różańcem, brewiarzem. Ale to nie może być ciągły krzyk. A w ten bardzo łatwo wpaść. Potrzeba ciszy. Potrzeba wsłuchania się w to, co chcę sam sobie powiedzieć i co ten Ktoś chce mi powiedzieć. Krzyk słowa niszczy w człowieku wrażliwość na relację ja – On. I choć może zaspokajać w zupełności relacje typu ja – ty, bo przyciąga, bo zwraca na siebie uwagę, to jednak „ja” w tej relacji nie jest chyba do końca moje…

Proszę o modlitwę.

Miejsce formacji?

Traktowanie seminarium jako miejsca formacji do kapłaństwa może okazać się zgubne. Czyż bowiem nie jest to sprowadzenie go do roli wyższej uczelni z zakwaterowaniem, która po okresie kształcenia ma wydać nowych magistrów teologii ze „specjalnymi uprawnieniami”? Specjalistów od Boga, z lekka jednak niedokształconych, bo i dziedzina szeroka a zagadnienie trudne. Zapał chyba też nie ten… Ale można przecież mówić o Bogu zawsze, jest tak transcendentny… Tylko czy nie należy w seminarium uczyć słuchać? Uczyć otwartości na to co inne, na to co nie moje, na to co ważne a niewysłowione?  Wszystko albo nic?

Seminarium winno być miejscem formacji kapłana – to znaczy konkretnej osoby, biorąc pod uwagę jej osobiste powołanie, które winno ulec w tym miejscu weryfikacji. Nade wszystko jednak utwierdzeniu! Utwierdzeniu nie przez system norm o charakterze pozbawionym moralności a wysyconych prawem, które gdzieś zagubiły głębię celu, ale przez świadectwo wychowawców, wybranych na to, by nie tyle być, co uczestniczyć. Uczestniczyć w życiu tych, którzy choć myślą inaczej, ciągle uczą się, co jest dla nich dobre a co nie. Uczą się, że nie łatwo jest umrzeć za Chrystusa, a jeszcze trudniej powiedzieć prawdę przełożonemu, ojcu duchownemu, koledze. Nie ma ich zdaniem miejsca na idealizm, nie ma miejsca na irrealizm. A postulowany „realizm”… wystarczy wziąć w cudzysłów… Dojrzały ksiądz nigdy nie będzie dojrzały.

Wolność nie może ograniczać drugiego człowieka… To tylko slogan, trzeba coś do niego dodać. Wolność nie może być celem samym w sobie, bo wówczas przeistacza się w nastawienie żądaniowe, które wolności, poza swoją, nie rozumie. Nie ma formacji dla siebie. Nie ma powołania dla siebie. Można się wyłączyć, można iść własną drogą, ze wspólnej korzystając tylko z konieczności, czy gorzej, tylko z utylitarystycznej potrzeby. Tylko gdzie wtedy dojdziemy?

Gdzie nie ma jedności, gdzie nie ma wspólnego odczuwania, starania się być razem z innymi w tym samym… tam nie ma wieczernika. Gdy nie ma Wieczernika, nie ma Zesłania Ducha… bo Ten tchnie zbyt mocno, by jeden mógł się ostać…

Co czuję? Że nie zawsze  On tu jest najważniejszy… Że brakuje autentyzmu… że mi brakuje autentyzmu…

Sutanna

Już po obłóczynach. Bogata, bardzo symboliczna liturgia, a później już chyba mniej symboliczne przyjęcia, spotkania z rodziną, znajomymi. Wszyscy szczęśliwi, czasami aż do łez. A mi założono sutannę i w zasadzie nie wiem czy jest to tylko powód  do radości, czy wręcz przeciwnie – wyzwanie, któremu trzeba stawić czoło, z którym trzeba się zmierzyć.

3 i półmetrowy kawałek mniej lub bardziej czarnej tkaniny. Kilkanaście czarnych, nieco niekształtnych guzików. Biały, jeszcze wciąż uwierający pod szyją pasek. I w tym wszystkim człowiek. Człowiek z planami na przyszłość, z marzeniami, które postanowił zmienić… Które Ktoś postanowił zmienić.

Sutanna zmienia człowieka. Dla jednych stanowi szczelnie hermetyczny pancerz, dzięki któremu czują się bezpieczni, jakby nietykalni. Nikt im już nie może zagrozić, nie liczą się koledzy z seminarium, przełożeni, bo przecież to już ksiądz…? Dla innych sutanna to tylko zbędny dodatek, we współczesnym świecie już całkowicie nieaktualny. Wiadomo, że nie szata zdobi człowieka… Więc po co się przebierać, narażać na śmieszność, wyszydzanie na ulicy, na katechezie w szkole. Liczy się wnętrze.  Ale to są podejścia do sutanny właśnie tylko jak do kawałka materiału. A sutanna to chyba coś więcej?

Sutanna to przecież nie tyle symbol śmierci, czy jak twierdzą inni – nowego życia, nowego człowieka, ale chyba przede wszystkim znak wolności. Wolności na którą jak zwykle trzeba odpowiedzieć, której trzeba zaufać i w końcu pokochać. Inaczej pozostanie tylko symbolem bez wnętrza, czyli bez człowieka.  Wolność sutanny opiera się na wolności człowieka. Jest sutanna, potrzeba człowieka. Wolnego człowieka…

Zrozumieć słabość

Dzisiaj rozpocząłem głoszenie rekolekcji dla młodzieży. Wraz z kolegami z seminarium wyruszyliśmy do parafii, by dać świadectwo swego życia, by przez siebie pokazać Boga. Trudno jednak jest dawać takie świadectwo, gdy człowiek zaczyna być zmęczony życiem. A ostatnio natłok obowiązków sprawił, że gdzieś z moich oczu zniknął błysk aktywizmu i coraz częściej gości w nich mętność zniechęcenia.

W obliczu trudności człowiek zazwyczaj mobilizuje siły – próbuje walczyć lub decyduje się na ucieczkę. Nie można jednak walczyć w nieskończoność lub bez przerwy uciekać. W końcu przychodzi moment, kiedy trzeba się zatrzymać. To trudna decyzja i wbrew pozorom niewyrażająca tchórzostwa. Wprost przeciwnie – domaga się ona w jakiś sposób zaprzeczenia siebie, tego do czego się dążyło, czego się pragnęło. Stanowi ona uświadomienie swej słabości i absolutnej niewystarczalności. Jest dogonieniem własnego lęku i głęboko ukrytych obaw.

Są inni ludzie, często otwarci na pomoc, gotowi się poświęcić dla drugiego. Czy jednak ktoś zastąpi człowieka w decydowaniu o sobie samym? Są też przecież tacy, którzy drugiego próbują zagarnąć, zawłaszczyć jego czas i zdolności. Oni również nie mają jednak mocy decydować o drugim, choć bardzo by tego pragnęli.

Za dwa tygodnie mam przyjąć sutannę. Ale czy nie jest to bieg, na który nie wystarczy mi sił? Czy dotarłszy do celu nie przyjdzie zrezygnować? Gdzie szukać oparcia, gdy nie ma już nawet czasu na modlitwę? Inaczej – gdy się już za siebie modlić nie potrafię.

Dzięki Ci za każdą chwilę. Daj mi siłę…

Na nowo

Kościół. Nieszpory. Na ołtarzu wystawiony Najświętszy Sakrament. Cisza nieśmiele przerywana przez wybuchy petard. Ludzie z zaciekawieniem obserwujący nietypową liturgię. W prezbiterium księża. Ja i On…

Jak powiedzieć „dziękuję”? Jak przyznać, że znowu sam nie dałbym rady? Jak przeprosić? Jak powiedzieć, że znowu nie byłem wobec Niego fair? … Tyle pytań i tak mało odpowiedzi. Czy słowa wystarczą? Ja będąc przed Nim nie mogłem się przebić. Chyba za dużo myślałem, a za mało byłem, wtedy, klęcząc przed monstrancją. Czasami wydaje mi się, że to moje bycie przed Nim jest bardzo puste. Inaczej… bardzo samotne. Samotne, bo chyba bez Niego. Obecność niestety nie jest gwarantem uczestnictwa.

Klęcząc przed Najświętszym Sakramentem zawsze stawiam sobie zasadnicze pytanie: Czy wierzę, że to jest On? Czy naprawdę w to wierzę? Czy chcę w to wierzyć? Czy jestem wreszcie gotów nie tylko wierzyć, ale uwierzyć?… Czy odpowiadałem na te pytania w ciągu ostatniego roku? Nie jeden raz… zawsze inaczej. Jest Tajemnicą. Jest Zagadką. Jest. Gdy ludzie tańczą, śpiewają, bawią się, ja zastanawiam się dlaczego tak hucznie żegnamy miniony rok, dlaczego z tak wielką niecierpliwością czekamy na nowy. Czy naprawdę chcemy coś w swoim życiu zmienić, czy tylko próbujemy ukryć to co nie wyszło? Czy „być” można tylko w snuciu planów, w tym czego jeszcze nie ma? Czy dziś ktokolwiek chce jeszcze być, czy woli mieć, posiadać, czuć, bawić się, używać? Gdzie podziało się Jest?

Zmieniłeś moje życie. Pokazałeś mi życie, jakiego nie znałem, jakiego nawet nie mogłem się spodziewać. Dałeś mi życie na nowo i nowe oddajesz mi każdego dnia. Pokazałeś, że „ja” nie znaczy jeszcze „być” i że tego „być” nie ma bez „ty”. Na nowo dałeś mi ludzi, z którymi żyłem przez wiele lat, nie rozumiejąc, że oni też szukają Ciebie. Posłałeś też innych bym z nimi wzrastał, bym wzrastał przez nich. Pozwoliłeś by ich powołanie było nowym powołaniem dla mnie i żebym ja dla nich był nowym powołaniem. Nie usunąłeś wątpliwości, ale nazwałeś je tajemnicą. Nie dałeś wiary, ale nauczyłeś nadziei.

Pokazałeś nowego Ciebie. Więcej – pokazujesz Go codziennie. Jesteś Miłością, lecz w zupełnie nowym znaczeniu. Bo jesteś falą, która uderza, ale nie niszczy. Bo jesteś powietrzem, którego na próżno szukać. Bo świecisz, ale nie oślepiasz. Bo Jesteś Miłością pożądającą, a niczego nie oczekujesz. Jesteś, bo kochasz.

Pokazałeś mi nowego mnie. Nowego bez względu na rok, wiek, czas. Nowego Twoją nowością. Nowego Tobą…