Na nowo

Kościół. Nieszpory. Na ołtarzu wystawiony Najświętszy Sakrament. Cisza nieśmiele przerywana przez wybuchy petard. Ludzie z zaciekawieniem obserwujący nietypową liturgię. W prezbiterium księża. Ja i On…

Jak powiedzieć „dziękuję”? Jak przyznać, że znowu sam nie dałbym rady? Jak przeprosić? Jak powiedzieć, że znowu nie byłem wobec Niego fair? … Tyle pytań i tak mało odpowiedzi. Czy słowa wystarczą? Ja będąc przed Nim nie mogłem się przebić. Chyba za dużo myślałem, a za mało byłem, wtedy, klęcząc przed monstrancją. Czasami wydaje mi się, że to moje bycie przed Nim jest bardzo puste. Inaczej… bardzo samotne. Samotne, bo chyba bez Niego. Obecność niestety nie jest gwarantem uczestnictwa.

Klęcząc przed Najświętszym Sakramentem zawsze stawiam sobie zasadnicze pytanie: Czy wierzę, że to jest On? Czy naprawdę w to wierzę? Czy chcę w to wierzyć? Czy jestem wreszcie gotów nie tylko wierzyć, ale uwierzyć?… Czy odpowiadałem na te pytania w ciągu ostatniego roku? Nie jeden raz… zawsze inaczej. Jest Tajemnicą. Jest Zagadką. Jest. Gdy ludzie tańczą, śpiewają, bawią się, ja zastanawiam się dlaczego tak hucznie żegnamy miniony rok, dlaczego z tak wielką niecierpliwością czekamy na nowy. Czy naprawdę chcemy coś w swoim życiu zmienić, czy tylko próbujemy ukryć to co nie wyszło? Czy „być” można tylko w snuciu planów, w tym czego jeszcze nie ma? Czy dziś ktokolwiek chce jeszcze być, czy woli mieć, posiadać, czuć, bawić się, używać? Gdzie podziało się Jest?

Zmieniłeś moje życie. Pokazałeś mi życie, jakiego nie znałem, jakiego nawet nie mogłem się spodziewać. Dałeś mi życie na nowo i nowe oddajesz mi każdego dnia. Pokazałeś, że „ja” nie znaczy jeszcze „być” i że tego „być” nie ma bez „ty”. Na nowo dałeś mi ludzi, z którymi żyłem przez wiele lat, nie rozumiejąc, że oni też szukają Ciebie. Posłałeś też innych bym z nimi wzrastał, bym wzrastał przez nich. Pozwoliłeś by ich powołanie było nowym powołaniem dla mnie i żebym ja dla nich był nowym powołaniem. Nie usunąłeś wątpliwości, ale nazwałeś je tajemnicą. Nie dałeś wiary, ale nauczyłeś nadziei.

Pokazałeś nowego Ciebie. Więcej – pokazujesz Go codziennie. Jesteś Miłością, lecz w zupełnie nowym znaczeniu. Bo jesteś falą, która uderza, ale nie niszczy. Bo jesteś powietrzem, którego na próżno szukać. Bo świecisz, ale nie oślepiasz. Bo Jesteś Miłością pożądającą, a niczego nie oczekujesz. Jesteś, bo kochasz.

Pokazałeś mi nowego mnie. Nowego bez względu na rok, wiek, czas. Nowego Twoją nowością. Nowego Tobą…

Formacja

Od ponad roku jestem w seminarium. Jeżeli wytrwam i będę gotowy, za cztery miesiące założą mi sutannę. Później jeszcze co najmniej cztery lata ciężkiej pracy nad sobą w seminarium i znacznie trudniejszej po opuszczeniu go. Mówią, że człowiek pracuje nad sobą całe życie…

W seminarium pracuje nade mną jeszcze grupa innych ludzi. Można by zatem rzec, że mam szczęście, bo nie jestem zostawiony sam sobie, lecz są osoby którym zależy na moim człowieczeństwie. Czy człowieka może jednak uczłowieczać drugi człowiek? Czy druga osoba może ingerować w ten proces, tak bardzo intymny, tak ściśle związany ze mną?

Trud formacji leży przede wszystkim w moich rękach. Uświadomić to sobie to chyba najtrudniejsze w ciągu pobytu w seminarium zadanie. Człowiek jest bowiem istotą, która, choć nie chce tego przyznać, szuka zniewolenia, jednocześnie pragnąc zachować pozór zewnętrznej autonomiczności. Nie chodzi tu bynajmniej o zniewolenie woli wolnej, lecz o kajdany założone na świadomość siebie. Żyjąc w zamkniętym środowisku taka rezygnacja ze swej wolności staje się czymś pociągającym, co może rozwiązać wszystkie problemy, co pozwoli zapomnieć o swoich brakach i wadach. Już nie ja ponoszę za siebie odpowiedzialność lecz ten, kto nałożył na mnie ograniczenia, kto zakuł mnie w kajdany. Moda na „umywanie rąk” przetrwała ponad 2000 lat.

Jaka jest zatem rola formatorów seminaryjnych? Czy mają występować jako ci, którzy pozwalają na wszystko, czy jako strażnicy „praw i moralności”, których ulubionym czasownikiem jest „powinien”? Nie można powiedzieć, że odpowiedź leży pośrodku, nie ma bowiem nic gorszego jak niekonsekwencja. Wydaje się, że tak postawione pytanie wychodzi przede wszystkim z błędnego założenia. Formator nie powinien być „obok” lecz nade wszystko być „dla”. Nie może pełnić roli nadzorcy, który od czasu do czasu zamienia się w snajpera czy szpiega. Wówczas nie tylko nie pomoże formowanym, ale istnieje ryzyko, że i sam sobie zaszkodzi. Być „dla” oznacza być opiekunem wzrostu osoby w drugim człowieku.

Formatora można moim zdaniem porównać do garncarza. Z gliny – materiału niezwykle modalnego – wyrabia on piękną ceramikę. Gdy obraca garncarskim kołem kształt powstającego przedmiotu zależy od delikatności jego rąk. Jeżeli będzie nimi szamotał, trząsł to glina szybko znajdzie się na podłodze. Jeżeli będzie zbyt ostrożny, kawałek gliny nie zmieni swej formy i nie powstanie nic. Efekt pracy garncarza łatwo można sprawdzić. Najpierw próba ognia – jeżeli ścianki naczynia są zbyt delikatne lub odpowiednio zbyt grube to w czasie wypalania w piecu rozkruszą się. Jeżeli naczynie przetrwa tę próbę czeka je spotkanie z człowiekiem, który dany przedmiot kupi. Może mu się spodobać lub nie, może mu służyć wiele lat lub kilka dni. Czy nie widać tu podobieństwa do młodego księdza na pierwszej po święceniach parafii?

Na koniec chciałem się wreszcie zastanowić czemu formacja ma służyć. Jedni mówią, że uświęceniu, inni, że ma być drogą do doskonałości. Czy jest to jednak osiągalne? Czy seminarium jest fabryką, która z grzesznika uczyni człowieka świętego? Czy da się w ten sposób zmazać osobę w człowieku? Nie chciałbym trafić w seminarium na opiekunów, którzy żądaliby ode mnie świadectwa świętości czy doskonałości. W rzeczy samej oba te pojęcia sprowadzają się bowiem prędzej czy później do tego samego- do spełniania czysto ludzkich oczekiwań. Seminarium, jak wskazuje sama nazwa wywodząca się od łacińskiego seminas – ziarno, winno być moim zdaniem miejscem zaszczepienia w człowieku tego Kogoś komu chce on poświęcić życie. Bez takiego fundamentu można być w seminarium ateistą, a opuszczając je stać się zagorzałym antykatolikiem. Zasiać tego Kogoś to starać się pokazać Go chociaż w części takim jakim jest. Pokazać, co On zmienił w moim życiu jako kapłana. Czy klerykowi potrzeba bardziej dyscypliny czy Boga?

Jeżeli kogoś próbuje się kontrolować, podglądać on zawsze będzie się tylko bał, nawet podświadomie. To nie służy atmosferze ciszy i skupienia. Nie sposób wówczas zadać sobie pytanie „Co ja tutaj robię?”, „Czego od tego miejsca oczekuję?”. Za to wciąż są wyrzuty i wątpliwości „Tego nie zrobiłem”, „O tamtym zapomniałem”. Tak i faktycznie o Tamtym się wtedy zapomina!

Co zatem można zrobić? Krytykować? Oskarżać? Wyśmiewać? Tak można robić to wszystko, tylko czemu to ma służyć? Czy w ten sposób się formuję?

Pozostaje prosić tego Kogoś by ten ktoś, którego posłał by odmienić moje życie, miał w sobie owe Ziarno bez którego nic nie wyrośnie. Prosić dla niego o wrażliwą dłoń, która nie zniszczy a ulepi ze mnie „nowego człowieka”…

Seminarium?

Zaczęły się wakacje. Mogłem w końcu opuścić mury seminarium i na dłużej przyjechać do domu. Pierwszy rok formacji przeszedł do historii. Tak jak przez ostatnie dwadzieścia lat poczułem, że wreszcie mogę odpocząć, porządnie się wyspać, odłożyć naukę na bok na najbliższe kilka miesięcy. Coś się chyba jednak w moim życiu przez ten rok zmieniło. Czy można sobie zrobić przerwę od seminarium?

Złośliwiec powie, że nie, bo w czasie wakacji na kleryków czekają praktyki, dyżury, pomoc rodzinnej parafii. Pozostaje jedynie miesiąc ferii. Poza tym jakie to wakacje?! Rano Jutrznia, trzeba też znaleźć czas na Mszę świętą, medytację Słowa Bożego. W ciągu dnia kolejna godzina brewiarzowa, co najmniej trzydzieści minut lektury duchowej, różaniec. Zanim się człowiek obejrzy nadchodzi wieczór i Nieszpory. Przydałoby się jeszcze zorganizować choć kilka minut adoracji Najświętszego Sakramentu. Pozwala to lepiej docenić ten seminaryjny przywilej codziennej adoracji o dwudziestej pierwszej. Będąc w domu nie zawsze udaje mi się znaleźć sprzyjające miejsce, odpowiedni czas na stanięcie oko w oko z Nim. Przed snem jeszcze Kompleta- modlitwa na zakończenie dnia- wraz z rachunkiem sumienia. Jak widać dzień można wypełnić modlitwą i bez dodatkowych praktyk. A gdzie czas na odpoczynek?

Czy znajdę lepszy odpoczynek niż ten, z tym Kimś? Seminarium nauczyło mnie jakiejś dziwnej więzi z Nim, która powoduje, że gdy chociażby nie mogę uczestniczyć we Mszy świętej, czuję się nieswojo. Rutyna, przyzwyczajenie? Chyba coś więcej… Spotkania z tym Kimś dają dziwną siłę, bez której coraz częściej nie mogę normalnie żyć. Pierwszy rok formacji, tak naprawdę jeszcze się nie skończył. Teraz właściwie przyszedł okres podsumowania tego czasu. Czy On jest blisko tylko w kaplicy, kościele? Czy jest tylko głuchym słuchaczem, który zawsze przytakuje, gdy czuję się źle, gdy coś mi nie wyszło i nie ma mnie kto wysłuchać?

Chcę Cię odnajdywać każdego dnia w moim wypoczynku, w mojej pracy, w moim śnie. Chcę dzielić się z Tobą życiem, które mi dałeś. Codziennie chcę Ci dziękować za ten dar. Bądź moim seminarium…

O to chodzi

Wczorajszy dzień przyniósł okazję do wielu przemyśleń. Zburzył zbiory stereotypów, plotek na temat księży i ich życia. Poznałem bowiem duchownego nie zamkniętego w czterech ścianach plebanii, ale zamkniętego, by tak rzec, wśród ludzi a jednocześnie emanującego niespotykaną pobożnością. Dotąd zasadniczo myślałem, że ksiądz jako osoba duchowna, żyje też w takim świecie- świecie diametralnie innym niż szara, świecka rzeczywistość. Oczywiście zdarzają się przypadki, że księża wychodzą do ludzi, ale z mojej perspektywy zawsze wyglądało to sztucznie i chwilami komicznie. Wczoraj dowiedziałem się, że te dwa, pozornie tylko różne światy, można połączyć, tak by nawet ów cień pozoru, okazał się tylko świetlanym złudzeniem.

Można wyjść z kościoła i spotkać tego Kogoś. Nie jest on przecież zamknięty w budynku, tabernakulum nie jest pozłacanym sejfem, choć zapewne czasami chciałbym żeby tak było. Żeby wyjść z kaplicy, przekroczyć bramę seminarium w czasie co czwartkowych wyjść i zapomnieć o Nim. Żeby w „moim” życiu nikt mnie nie kontrolował, żeby nikt nie patrzył co robię, gdy chcę być sam. A On po prostu Jest. Jest i w monumentalnej liturgii pontyfikalnej i w uczciwie wykonywanej pracy. Paradoks? Nie to nie paradoks. Raczej wynik myślenia, które nie chce dopuścić Go do mojego „teraz”, chcącego żeby był tylko w wyznaczonych miejscach, o wyznaczonej i ściśle określonej porze. Dziękuję, że na szczęście Ty przenikasz moje myśli…

Czym zafascynował mnie wczoraj ten ksiądz? Zwykłą prostotą w podejściu do człowieka i szukania go nie tylko w wyszukanych liturgicznych rytach. A mogłem jednak uczestniczyć w Nieszporach, w których wspólna modlitwa Kościoła faktycznie unosiła się do Niego a nie do mojego ucha. Czy zbiegiem okoliczności był rozświetlany przez słoneczne refleksy dym kadzidła i przypadkowo spadające spod sufitu pióra? Pewnie tak, ale całkowicie realna była prałacka sutanna, nieschowana w szafie i niepoddawana codziennej adoracji pompującej pychę, ale rzucona na krzesło, wśród ogólnego bałaganu- wśród codziennego życia tego księdza. To chyba o to chodzi w kapłaństwie…

To nieprawda
że zamknięta jest Łaska
w tabernakulum zakryta
z pobożnego obrazka.

Wędrowny Duchu
dla prostego ludu
wyjęty z bezruchu
dla codzienności brudu.

Choć w dymie kadzideł
Oblicze lśniące skrywasz
wyrwawszy się z sideł
wśród nas przebywasz.

Po co?

Gdy zaczynam pisać od razu, mimowolnie, nasuwa się pytanie: „Po co?”. Po co pisać o sobie, tym bardziej o nieco zawiłej rzeczywistości jaką jest powołanie, gdy współczesnych ludzi od Boga bardziej interesują pieniądze, rozrywka czyli tak zwana „pełnia szczęścia”. I choć może to być mało zrozumiałe dla przeciętnego czytelnika, który zazwyczaj mało ma wspólnego z Kościołem czy wiarą w ogóle, to właśnie przez rozeznanie swojego życiowego powołania chcę to szczęście osiągnąć.

Największym błędem bowiem jaki popełniają dziś ludzie jest chyba właśnie ucieczka przed powołaniem. I nie chodzi mi tu bynajmniej o powołanie kapłańskie czy zakonne, ale o powołanie jako takie, czyli jako misję człowieka, którą Ktoś mu zlecił tu na ziemi do wypełnienia. Nie chcę używać słowa „Bóg”, gdyż nie chcę zostać posądzony o jedynie chrześcijański czy katolicki punkt widzenia na to zagadnienie. Wprawdzie zapewne przed nim nie ucieknę, ale będę się starał nie narzucać swojej wiary, wiary w Trójjedynego Boga, czytelnikom. Chcę bowiem przeprowadzić refleksję nad powołaniem nie od strony pobożnego kleryka seminarium duchownego, lecz zwykłego – niezwykłego człowieka, który ma cel…

Na dobry początek

Ciekawe jest, że mimo wielkiej niechęci jaką darzę uzewnętrznianie się w Internecie, zdecydowałem się jednak na założenie notatnika czy jak kto woli- bloga. Próbując dogonić życie, nadążyć za niewymownym postępem przełomu wieków, udało mi się zatrzymać na chwilę i dostrzec, że nie wszystko co wokół się dzieje jest zupełnie pozbawione sensu. Jest sens… Sens głęboko ukryty, dla wielu niedostrzegalny lub mało ważny. Ale jest…

Uświadomiłem sobie, że życie polega nie tylko na rzucaniu się w wir obowiązków, pracy, zwykle nieciekawych zajęć. Patrząc z okna pokoju, dostrzegam, że Ktoś to „wszystko mądrze uczynił” (Ps 104, 24).