Nie jesteś najważniejszy! Nie łudź się!

Kilka słów zainspirowanych przez jednego znajomego księdza. Prosta zasada, żeby w życiu być szczęśliwym: nie łudź się, nie jesteś najważniejszy! Podobno szczególnie odnosi się do facetów. Kobieta zwykle potrafi okazać nieco więcej empatii i zainteresowania drugą osobą niż twardy i pewny siebie mężczyzna (nie ma w tym nic złego – tak po prostu jest!). Zresztą narcyzm to problem głównie wśród facetów i to co najmniej od czasów greckiej mitologii…

Przyczyną wielu życiowych trudności i związanego z nimi cierpienia, jest często zbytnia ufność we własną wielkość. Przecież tylko ja mogę to zrobić, beze mnie sobie nie poradzą, nie mogę ich zawieść – na pewno na mnie liczą… Można tak długo – litania do własnej wielkości chyba nie ma końca. Sługa Boża Madeleine Delbrêl miała powiedzieć:

W każdym z nas jest wielki człowiek. Święty Paweł nazywa go starym człowiekiem…

Te słowa mocno mnie uderzyły. Być prawdziwie radosnym i wolnym można dopiero wówczas, gdy ten stary człowiek umrze, a z nim nasza wielkość. Nie chodzi tu o to, by popadać w jakiś kompleks niższości czy nie wierzyć we własne możliwości. To druga skrajność a tych warto unikać. Prawda jest gdzieś po środku. Uznać, że zależę od drugiego, że nie jestem w stanie się sam zbawić, to znaczy stanąć bardzo blisko Chrystusa.

Jeżeli faktycznie uwierzysz, że drugi człowiek jest ci potrzebny, odetchniesz z ulgą. Zobaczysz wtedy, ile rzeczy staje się prostszych. Gdy już nie wszystko będzie zależało od ciebie, może dostrzeżesz, że ktoś obok ciebie też coś potrafi i może warto to wykorzystać? Może nawet będzie w czymś od ciebie lepszy? Facet lubi konkurować i – co więcej – lubi zwyciężać. Zdrowa konkurencja to jednak taka, w której zakłada się, że walczymy uczciwie i druga strona też może wygrać.

Gdy przytrafia się porażka, człowiek uważający się za kogoś najważniejszego na świecie, ma naprawdę ciężki orzech do zgryzienia. Przecież teraz wszyscy będą mówić o jego słabości, każdy będzie go wytykał palcami a już na pewno obgadywał za plecami. Można popaść we frustrację! Prawda tymczasem zwykle będzie taka, że o ile w ogóle ktoś zauważy twoją „porażkę”, to co najwyżej będzie to kilka bliskich osób, które zwykle nie będą ci chciały wbić sztyletu w plecy, ale przyjdą z pomocą. Ale czy twoja duma pozwoli ci tę pomoc przyjąć?

Na koniec piosenka. Oasis – „The Importance Being Idle”. O tym, dlaczego czasami warto spojrzeć nieco szerzej. Teledysk taki sobie – wsłuchajcie się w słowa… Pod klipem załączam fragmenty polskiego tłumaczenia.

Sprzedałem swoją duszę po raz drugi
Bo ten facet mi nie płaci
Błagałem mojego „pana” o więcej czasu
Powiedział „Synu, rachunki czekają”.

Mój najlepszy przyjaciel zadzwonił do mnie w nocy
Powiedział: „Zwariowałeś?”
Moja dziewczyna kazała mi zająć się swoim życiem
Powiedziała: „Chłopaku, ale ty jesteś leniwy”

Ale mnie to nie obchodzi
Tak długo jak mam łóżko pod świecącymi gwiazdami
Dam sobie rade, jeśli tylko dacie mi chwilę
Człowiek ma ograniczenia
Nie mogę żyć w pełni, jeśli nie ma w tym mojego serca

(…)

Latem straciłem moją wiarę
Bo nie chciało przestać padać
Niebo cały dzień było czarne jak nocą
Ale ja nie narzekam

Błagałem mojego lekarza o jeszcze jedną serię
Powiedział: „Synu, brak mi słów”.
Nie mam nawet miejsca do zabijania czasu.
Niech zgadnę, jestem po prostu leniwy.

(…)

Co ma „lajk” w Internecie do tego, kim naprawdę jestem?

Jako, że platforma blogowa DEONa ma służyć także do dyskusji pozwolę ją sobie zainicjować polemiką z artykułem „…księga twarzy”  opublikowanym wczoraj przez Łukasza Przelazłego. Nie uważam, żeby rozdźwięk między codziennością realną i wirtualną był tak duży. Czy Facebook może nam dziś w czymś pomóc? Tak, i – wbrew schematom – nie chodzi tylko o ewangelizację.

Choć ciągle zdarzają się przypadki uzależnień od Internetu i pewnie będzie ich coraz więcej, wydaje się, że nasze podejście do niego jest już nieco dojrzalsze niż kilka lat temu. To, że problemów jest więcej, nieodłącznie wiąże się z faktem wzrostu liczby użytkowników. A tego, że dostęp do przysłowiowego WWW ma coraz więcej Polaków nie trzeba chyba udowadniać. Faktem jest, że szczególnie media społecznościowe rodzą pokusę tworzenia wirtualnych kontaktów bez pokrycia w rzeczywistości. Jednak większość dorosłych ludzi już jej  dziś nie ulega (wyjątek – serwisy randkowe, ale tu wirtualność na „własną odpowiedzialność”). Świadomość zagrożenia wzrosła, dzięki skutecznemu nagłośnieniu tematu. Zresztą, głównie za pośrednictwem Internetu właśnie. Może analogia jest trochę szokująca, ale… Z Internetem, jak z alkoholem. Dużo osób korzysta, większość rozsądnie – z umiarem, ciągle jest jednak grupa, która popada w nałóg, z którego wyjść bardzo trudno.

Facebook jako zagrożenie i jako szansa. Temat, jak na szkolną rozprawkę. Jeżeli miałbym, jak w rozprawce, opowiedzieć się po którejś stronie, zdecydowanie broniłbym tezy, że FB jest olbrzymią szansą dla człowieka. Są zagrożenia – wiadomo. Szczególnie dla ludzi młodych, którym trudno jest czasem oddzielić świat realny i wirtualny. Ale tym bardziej powinni się tego uczyć! Lajk postawiony przy jakimś wpisie przez nastolatka też coś o nim mówi. Nie wierzę, że gimnazjaliści lajkują, co popadnie. Rada dla młodych? Zobacz, co lajkujesz. Co to o tobie mówi? Czy faktycznie taki jesteś? A może chciałbyś taki być? W wirtualu faktycznie łatwiej… Tutaj powstaje jednak pole do pracy nad sobą. Nie samemu. Rodzice – pierwsza instancja, „prawdziwi” znajomi z portalów społecznościowych – druga. Widzisz, że  kolega robi w necie coś głupiego? Jeżeli tylko to wyśmiejesz – albo inaczej – zalajkujesz, to może się okazać, że jesteś jeszcze głupszy od niego. I w tym sensie FB faktycznie może człowiekowi pomóc…

Ktoś powie – ludzie są podatni na trendy, idą za tym, co modne, co jest na topie. Zgoda. Tyle tylko, że tak było zawsze! To, że pojawiły się dziś nowe określenia na zjawisko, które jest znane od stuleci, nie czyni z niego nowego zjawiska. Inne są metody, inne szanse i problemy, ale ludzki tok myślenia wciąż podobny. I kondycja ta sama. Mamy wolną wolę i trzeba uczyć się z niej korzystać. Robienie z Internetu siedliska zła nic w tym nie pomoże!

Na Facebooku można ewangelizować, ale i dowiedzieć się czegoś o sobie. Zwykle zwracamy jednak uwagę na to, co aktualnie porabiają „znajomi”. Tymczasem FB pyta „Piotr, co u Ciebie słychać?”. Spróbuj odpowiedzieć. Ale nie na tablicy, żeby inni widzieli (ewangeliczna analogia?!), ale w sercu, żebyś sam się czegoś o sobie dowiedział…

 

FaceBóg | Zostań Banitą
FaceBóg | Zostań Banitą

Świat ludzi dorosłych

Należałoby zapewne najpierw podać jakąś definicję dorosłości. W świecie ludzi dorosłych najważniejsze jest wszak profesjonalne podejście. Termin goni definicja, nie ma już rozmów a raczej dyskusja, kolegów zastępują partnerzy dumnie zwani niekiedy przyjaciółmi, z którymi można wypić piwo i pogadać o „tych złych” z pracy… Kim jest zatem dorosły? Według polskiego prawa człowiek staje się pełnoletni w wieku lat 18 i zwykle ten wiek dla nastolatków jest wyznacznikiem ich dorosłości.

Co ciekawe nie kojarzą jej jednak jedynie z przekroczeniem magicznego wieku. Doskonale wiedzą, że by być nazwanym dorosłym trzeba wykazać się pewną roztropnością i odpowiedzialnością. W tej intuicji kryje się wiele prawdy – zapewne gdyby przeprowadzić sondę na ulicy, większość osób za naczelny wyznacznik dorosłości uznałaby właśnie odpowiedzialność. Choć słowo to często zdarza się być nadużywane, to jednak zasadniczo znamy jego znaczenie. Być odpowiedzialnym czyli być w stanie odpowiedzieć – być w stanie porzucić własne oczekiwania, by pomóc je realizować innym, być w stanie odpowiedzieć na prośbę drugiego, który oczekuje pomocy i wsparcia. Który czeka na odpowiedź…

Odpowiedzialny winien zatem być otwartym na drugiego człowieka, ale czy to wystarczy? Tak sformułowane pytanie sugeruje odpowiedź negatywną. Bo rzeczywiście, by być dla innych wpierw trzeba być też dla siebie (nie można dać czegoś czego się nie ma, czego się nie rozumie) – a ten etap życia często nam ucieka. Nie dojrzeliśmy do bycia dzieckiem a już chcielibyśmy być starcami z długoletnim doświadczeniem i życiową mądrością. A to wszystko przyjdzie z czasem. I zapewne wówczas zatęsknimy za dzieciństwem. Ale nie w tym rzecz – wiek w zasadzie nie odgrywa tu żadnej roli, jeżeli już, to jedynie czysto zewnętrzną.

Być dorosłym to ostatecznie zgodzić się na siebie-dziecko. Zaakceptować własne ograniczenia i niesamowystarczalność. To prowadzi do innej odpowiedzialności – ja jestem odpowiedzialny, ale i pozwalam być innym odpowiedzialnym za siebie.  Pojawia się wspólnota, która odpowiada sobie, która jest nastawiona na dialog a nie dyktat jednej ze stron.

Być dorosłym to znaczy nigdy nie wyrzec się siebie potrzebującego.

Sen Ikara

Żyjemy w świecie, który celowo prowadzi do relatywizacji niemal wszystkich gałęzi życia. Stan pewnej niewiadomej, choć faktycznie może być pociągający, w rzeczy samej ma jednak za cel uśpienie czy wręcz narkotyzację społeczeństwa. Gdy nie wiadomo co będzie jutro, gdy nie możemy być pewni kim w zasadzie jest osoba nam najbliższa, żyjemy chwilą albo jakby nie żyjemy wcale…

By osłabić owego przeciwnika jakim jest życie, najprościej jest go wyśmiać. To co człowiekowi zawsze przychodzi najłatwiej to pozbawić drugiego jego godności. Można ją bowiem porównać do mydlanej bańki, którą tak łatwo przebić. Upodlenie osoby oczywiście nie pozbawia jej godności na poziomie ontycznym –  nie można jej bowiem zniszczyć ostatecznie. W ten sposób Bóg zabezpieczył nas przed grzechem pierworodnym  i naszą głupotą.

Oczywiście ta czarna wizja nie jest regułą ogólną w tym sensie, że zdarzają się od niej pozytywne wyjątki. Są one swego rodzaju Ikarami, które wbrew palącemu słońcu chcą wznieść się wyżej – ponad to co ogranicza i pozbawia wolności. Oby każdy miał swojego Dedala, który będzie nad nim płakał, gdy spadnie…

Lękiem tkasz życie,
które i tak oddycha ciężko
zmęczone łzami odrzuconych
i tych, którym skradziono nadzieję.

Gdy noc nadchodzi dumna,
na próżno szukać gwiazd zdradzonych –
– zbyt wysoko świecą i zbyt krótko.
A życie ze strachu krzyczy…

Tańczą cienie zatopione
w drżących myślach, by
najskrytsze wybrać i porwać
w krainę snu co od dawna nie leczy.

Wyżej od pogardy,
poniżej radości
życie Ikarowe bez promieni słońca,
szuka zrozumienia i skrzydeł.

A może znajdzie i odleci?
Wyśmieje lęk i płacz,
o których zapomniał zimny kamień
by odpocząć z innymi na drodze…

O pustyni na Facebooku

Ostatnio, w związku z organizowaną przez seminarium Adoracją Krzyża, napisałem pewien tekst, do którego tutaj – już w nieco mniej oficjalnej atmosferze – chciałbym się odnieść:

Dzisiaj, aby skontaktować się z drugim człowiekiem wystarczy kilka chwil. Rozwój technologii sprawił, że świat z globalnej wioski przeobraził się w wielkie podwórko, a ludzkie życie coraz częściej traktuje się jak reality show. Zacieranie różnic między tym, co rzeczywiste i tym, co wirtualne, poszło tak daleko, że u wielu ludzi prowadzi do chorób, które można już chyba nazwać mianem cywilizacyjnych.

Kiedyś warunkiem poznania się było spotkanie. Trzeba było odważyć się spojrzeć w oczy drugiemu człowiekowi, usłyszeć jego głos, odpowiedzieć na niego… Dziś miejscem spotkania jest Internet. Oczy próbuje się oszukać przy pomocy grafiki komputerowej, a głos można skutecznie zastąpić syntezatorem mowy. Tyle, że czegoś w tym udawaniu brakuje.

Jan Chrzciciel gromadził tłumy nie na czatach i przed telewizorami, ale w jak najbardziej realnej rzeczywistości. Czym przyciągał? Przykładem życia, które nie przystawało do ówczesnych standardów. Wyrzekł się posiadania czegokolwiek. Wystarczało mu kilka kawałków zwierzęcej skóry do okrycia ciała oraz szarańcza i miód do jedzenia. Nie godził się na żadne kompromisy – prawda była dla niego ważniejsza niż własne życie. Gdyby zamiast wzywać do zmiany postępowania zamknął usta, zapewne otrzymałby intratną posadę na dworze króla Heroda. Ale Jan Chrzciciel był świadomy tego, że nie głosi siebie i swoich poglądów, ale zapowiada kogoś Mocniejszego. Pozostał Mu wierny.

Ktoś powie: Dzisiaj życie na wzór Jana Chrzciciela jest niemożliwe. Z pewnością ciężko byłoby się ubrać w skórę i mieszkać na pustyni. Czasy się zmieniają. Zmienia się także sposób przekazu. Nie zmienia się jednak jego treść. Dobra Nowina jest wciąż dobra! Wciąż wymaga radykalnego przyjęcia i wprowadzania w życie. Kto wie, czy Jan Chrzciciel nie miałby dzisiaj swego profilu na Facebooku? Kto wie, wszak Internet staje się coraz bardziej pustynią bez ludzi.

Zostałem zapytany, dlaczego zarysowana przeze mnie wizja jest, tak mroczna, czy naprawdę jest tak źle? Czy Facebook, a może nawet ogólniej – Internet – jest swego rodzaju pustynią, na której nie ma ludzi? Myśląc nad tym nieco, wydało mi się najlepszym odpowiedzieć na to pytanie innym pytaniem. Po co wchodzę na FB, do Internetu? Czy naprawdę próbuję się z kimś „spotkać”, kogoś lepiej „poznać”? Czy tak naprawdę nie uciekam przed kontaktem face to face? Zobaczyć kogoś na zdjęciu, usłyszeć kogoś przez mikrofon, rozmawiać z kimś przez słowa wybijane na klawiaturze… To wszystko sprawia, że możemy czuć się bezpiecznie. Każda „wpadka” może zostać przerwana przez proste „narq” i wylogowanie się. Wtedy zaś można odetchnąć – nic się przecież nie stało. To tylko rzeczywistość wirtualna…

Tak, i to jest właśnie problem! Korzystając z komunikacji przez media społecznościowe łatwo zacząć relatywizować rzeczywistość. Gdy potrzeba – jest wirtualna, sztuczna, znowuż w innych sytuacjach – prawdziwa, wręcz namacalna. Wirujemy w tych światach i w końcu już sami nie wiemy, co jest prawdziwe a co nie, jaki jestem prawdziwy ja, a jaki nie. Gubimy siebie, zastępując tożsamość avatarem a świadomość wyimaginowanym superego.

Oczywiście nie jest to reguła. Być ewangelizatorem w Internecie to znaczy nie dać się samemu zniewolić. Być prawdziwym, być sobą. Pokazać beduinom z pustyni Internetu, że nie muszę zakrywać twarzy, żeby przez nią przejść.

Słowo

Czy jest jeszcze dziś miejsce na słowo? Czy żyjemy w świecie, w którym słowo jest tyle warte, ile ktoś może za nie zapłacić? Czy jest jeszcze słowo prawdziwe? Czy liczy się już tylko to, co ja mogę powiedzieć? Czy warto jeszcze słuchać słów innych?

Dużo pytań. Zapewne w dyskusję o słowie nie powinienem się mieszać. Czy moje słowo jest coś warte? Czy sam go nie niszczę przez kłamstwo, zazdrość, pychę…? Ale jednak spróbuję. Może tych kilka słów o słowie będzie znaczyło coś więcej niż tylko zbiór pustych znaków…

Słowo zdradzone. Okłamywane. Prześmiewane. Za plecami szeptem kaleczone. Jak ciężko dzisiaj usłyszeć od kogoś dobre słowo – płynące z serca, przez rozum do ust… Aby zdobyć medialną popularność trzeba wszak kogoś opluć, kogoś wyszydzić, zmieszać z błotem. Dobrego słowa nikt nie będzie słuchał, bo przecież nikt go nie rozumie. Nie uczyli o nim w szkole, nie ma o nim wzmianek w radio, telewizji, Internecie. A nawet jeżeli już są, trzeba by chyba od nowa uczyć się języka. Nasz stał się zbyt tępy, zbyt ostry, zbyt wulgarny by zrozumieć delikatność słowa, by zrozumieć harmonię mowy…

Dziś słowo ma być sługą ludzkich pożądliwości a te są coraz bardziej chciwe ludzkich łez. Chciwe igrzysk ludzkich niepokojów i lęków. Byle tylko zaspokoić własne aspiracje, byle tylko zepchnąć kogoś w zapomnianą krainę prawdy. Są jeszcze marzyciele, którzy twierdzą, że wiedzą gdzie ona jest, ale ich prawdę należy włożyć między bajki. Bo przecież prawdziwe jest każde słowo! W końcu wypowiadam je ja, nieomylny-pan-świata. Fałszywym może je uczynić, co najwyżej zamknięte ‚u’ lub błąd w ‚rzabie’…

Słowo ma się mierzyć z drugim. Ma pomóc uczynić go słabym na tyle, by uległ lub zginął. Nie ma gorszej śmierci niż ta przyniesiona przez obmowę, najstarszą córkę zdrady i kłamstwa. Przychodzi bardzo cicho i wypowiadając słowo kocham niszczy to, co wrażliwe i święte.

Będę milczał, by Słowa nie budzić.
Wczoraj miało kolejny ciężki dzień.
Wykorzystali je lubieżnie i wypluli.
Ciągnęli po mieście, by pokazać,
jak dobrze, gdy ma wreszcie zakneblowane usta.

Siedzi teraz wytarte w starym zniszczonym fotelu.
(Pociesza je ten fotel, który pewnie więcej wycierpiał).
I w śnie o młodych latach wspomina
czasy przed czasem, Słowo przed słowem…
Och! Co to były za lata!

Nikt nie liczył słów, bo razem zliczone
były więcej warte niż wszyskie wielkie fabryki.
Tworzyły. W pustce były całe białe i czyste.
Jak śnieg, co leci z nieba, by złączyć się z ziemią
ale nie zdąża, bo wiatr unosi go znów wyżej i wyżej…

Zapracowane Słowo odpoczywa na emeryturze.
Niska jest, bo szybko je zwolnili.
Nie potrafiło kłamać, a szef lubił komplementy.
Milczało więc. A cisza była nieznośna na tym przesłuchaniu.
Skończyło się jak zwykle. Ktoś umył ręce a Słowo przepadło.

Budować na prawdzie

Potrafimy budować piękne koncepcje, z łatwością doradzamy, próbujemy kierować życiem innych. Bez problemu przychodzi nam mówić o czymś, w co sami i tak nie wierzymy. I tak powstaje wielka nadbudowa. Niejednokrotnie znacznie bardziej pociągająca niż prawda. Kusi nas wszak to, co pozornie nieosiągalne, co nie wymaga włożenia odrobiny wysiłku, zaangażowania.

Tylko jaka jest wartość owej nadbudowy? Opartej na kłamstwie, czy może bardziej eufemistycznie – na półprawdzie… Świat półprawd to świat bardzo szary, w którym nic nie jest pewne, w którym na nic i na nikogo nie możemy liczyć. Każdy szuka swej nory – jedynej powierniczki tego, o czym nikt inny nie powinien wiedzieć…

Jesteś moją siłą w zmaganiu,
Światłem wśród strachu nocnego.
Przychodzisz z mocą leczyć me słabości.
Obficie napełniasz to, co we mnie puste.

Przynosisz uśmiech w zwątpieniu,
Spokój tam, gdzie ufność niemożliwa.
I gdy chcę odejść szepczesz zraniony –
Zostań, jeszcze nie czas płakać…

Ratuj mnie, gdy brak już siły,
Podnoś z upadku, bym nie skłonił głowy.
Otwórz me serce, by bardziej kochało.
Otwórz me wargi, by ciszej milczały.

Zapragnąć zmiany

Adwent trwa. Każdy dzień przybliża nas do czegoś niesamowitego, wydarzenia jedynego w swoim rodzaju. Zazwyczaj jednak oczekiwanie kończy się na choince, prezentach, może nawet ktoś zdecyduje się zaśpiewać kolędę. Ciągle jednak brakuje tego, Który ma przyjść…

Żyjemy dziś mentalnością otaczającego świata. Bez zawierania zbędnych kompromisów poddajemy się najnowszym trendom. Szukamy ułatwień, dla których gotowi jesteśmy rezygnować ze swoich praw. Walczymy o wolność, która jest już tylko kaprysem zamkniętego w kojcu dziecka. Szukamy wirtualnych kontaktów, bo te prawdziwe nie są idealne. Krzyczą, złoszczą się a przede wszystkim czegoś potrzebują. W Internecie na prośbę można odpowiedzieć prostym „Wyloguj się…”, na krzyk można zareagować zdjęciem słuchawek, lęku można się pozbyć wyłączając monitor…

To wszystko wydaje się takie proste. A jednak rzeczywistość jest rzeczywista! I to powoduje, że potrzeba nam zapragnąć zmiany. Film w najlepszej jakości nie zastąpi spaceru z kolegą czy koleżanką a wymyślna fabuła internetowych znajomości nie zastąpi prawdziwej przyjaźni.

Chrystusa nie da się zastąpić! Można go nie przyjąć, ale nie da się Go wyłączyć. Będzie niezależnie od statusu na Facebooku czy aktywności na GG. Będzie przychodził każdego dnia, będzie na nas czekał.

Może w końcu zdecydujemy się na wolność.

Mit autentyzmu

Żyjemy dziś mitem autentyzmu. Chcemy być autentyczni, to znaczy chcemy być sobą. Jednak ostatecznie to chcenie przeradza się w mit, który przez to, że staje się celem, jednocześnie staje się czymś całkowicie nieosiągalnym. Autentyzmu w relacjach z drugim człowiekiem nie da się nauczyć, nie da się go tak po prostu osiągnąć. Nie ma tu zastosowania teoria Arystotelesa, że cel jest zarazem zasadą życia, regułą życia. Pojmowanie bowiem autentyzmu, jako stanu doskonałego, może doprowadzić jedynie do negacji prawdziwej rzeczywistości, czyli czegoś nie-autentycznego.

Można autentyzm teoretyzować, ale prowadzić to winno jedynie do dojrzalszego spojrzenia na własne życie, które nie podlega prawom teorii. Życie prawdziwe, to bowiem coś więcej niż tylko zapis w pamiętniku.

Autentyzm wreszcie nie jest indywidualizmem. Człowiek autentyczny, zdaje sobie bowiem sprawę z własnych ograniczeń i konieczności obecności drugiego człowieka tak, by samemu stawać się coraz bardziej prawdziwym. Drugiego człowieka, który odkrywałby zakamuflowane stany lękowe, niespełnione marzenia, które próbujemy realizować mimo wszystko.

Czy jednak autentyzm jest tylko mitem? Pewnie nie… Tylko, kto to może stwierdzić z całą pewnością?

Jako bogowie

Świat zawsze wielkich aspiracji. Świat, który zapomniał, co to dobro, zamieniając jego znaczenie na nowomodne słowo ‚sukces’. Świat ludzi, którzy nie mają już Boga, bożków. Sami są dla siebie bogiem, bo są wolni swą wiedzą niemającą żadnych granic. Ostatnią przeszkodą był drugi człowiek, ale ten stracił znaczenie wtedy, gdy „okazało się”, że samowystarczalnej jednostce nie potrzeba nawet miłości.

Czyż bowiem drugi człowiek nie jest tylko e l e m e n t e m, który na wszelkie możliwe sposoby pozwala nam zaspokoić siebie? Najpierw strach niewiedzy, chwilę potem środki potrzebne do życia, pożądanie aż w końcu człowiek-podmiot staje się wybredną bestią, która szuka doznań wyższych. Szuka samorealizacji, szuka przyjemności, ale przyjemności, która nierzadko opiera się na gniewnym żądaniu „panem et circenses„. Niszczy tym samym drugiego, manifestując swą siłę, którą nazywa wiedzą, którą nazywa doświadczeniem…

Zaczyna zabijać pewnością własnych racji, które są wszak argumentami samego boga! I wiedziony pozorem satysfakcji, udziela rad, które jego mają prowadzić do samozaspokojenia a w których drugi jest elementem wtórnym, statystycznym błędem.

Bóg jest wierny.