Dobre upokorzenia

Czytam właśnie genialną książkę Jeana Vaniera. Kandydata do Nobla, który na co dzień mieszka z ludźmi, którzy nie spełniają wymagań świata. Są upośledzeni. 

Z Vanierem spotkałem sie osobiście cztery lata temu w Trosly-Breuil we Francji. Wtedy nie doceniłem tego człowieka, ale spotkanie otworzyło mi oczy na jego działalność. 

W książce Vanier porusza bardzo aktualny temat. Odchodzenie od Kościoła, odrzucanie Chrystusa. Pisze o tym, jako o pewnym upokorzeniu ludzi z Kościołem związanych. I duchownych i świeckich.

Upokorzenie to stan, od którego chcielibyśmy uciec. Świat wpycha nas w tory bycia doskonałymi. Wystarczy jeden błąd, by pociąg zwany sukcesem się wykoleił. A wtedy przychodzi odrzucenie. Dla Kościoła takim błędem były krucjaty, reformacja, dziś pewnie pedofilia. 

Jako katolicy zdajemy sobie sprawę z tych niedoskonałości. Jednak podczas gdy upokorzenie powinno nas na innych otwierać, chociażby po to, aby poprosić o pomoc, w wielu z nas upokorzenie wywołuje agresję i gniew. 

Nie chcemy rozmawiać, bo nie akceptujemy słabości, które zapewne byłyby przedmiotem takiej rozmowy. Zamiast tego tworzymy oblężoną twierdzę zmurszałych posągów i kolosów na glinianych nogach. I zaczynamy kąsać, wszystkich którzy są inni, wszystkich którzy nas atakują. To nie tego uczy nas Jezus.

Jesteśmy popękanymi glinianymi naczyniami. Na szczęście nie z nas pochodzi to, co mamy nieść światu. 

Chrystus stał się jednym z nas i umarł na krzyżu, by pokazać nam jak znosić upokorzenie. Jak konfrontować się z prawdą o nas.

Grzesznik, czyli każdy z nas, to ktoś upokorzony. Nie potrzebuje twojego oburzenia, pouczania i krzyku. Potrzebuje zrozumienia, wysłuchania, akceptacji, pomocy… 

Sam możesz wymieniać dalej. Bo i nas upokarzają nasze słabości. 

Dzięki nim jesteśmy braćmi. Choć i to może być dla ciebie upokorzeniem, to dzięki nim jesteśmy chrześcijanami. Bo nasz Mistrz nie przyszedł do sprawiedliwych, ale grzeszników.

Co ona robi?!

Od czwartku myślę nad dzisiejszą ewangelią i wciąż jej nie rozumiem. Co ta kobieta czuła, co chciała osiągnąć, dlaczego zrobiła to tak, a nie inaczej?

Patrzymy chyba zwykle na tę ewangelię przez pryzmat miłosierdzia Bożego, przebaczenia i jakiejś formy pokuty, a przecież kobieta z przekazu Łukasza nie miała tej wiedzy, którą my mamy, którą przyszła z Dobrą Nowiną.

Wyobraźcie sobie tę sytuację. Dom faryzeusza. W nim uroczysty posiłek, na który został zaproszony Jezus. Trzeba podkreślić – został zaproszony, nie przyszedł od tak sobie. Do tego domu, fortecy żydowskiej uczciwości, wchodzi także kobieta, o której złym prowadzeniu wie całe miasto. Wchodzi bez zaproszenia. Łamie schemat, łamie przyjęte powszechnie zasady. Przypomnijmy – jest publiczną grzesznicą, według większości egzegetów – cudzołożnicą, a za to w żydowskim prawie kamienowano. Mimo to wchodzi do domu żydowskiego sędziego, wręcz podkłada mu się. Ryzykuje.

Ale to początek „wariactwa”. Wszedłszy do domu, w którym czeka na nią śmierć, nic nie mówi tylko pada do nóg Jezusa. Zaczyna płakać. Łzami myje Mu nogi. Mokre – wyciera swoimi włosami. Później wylewa na nie olejek, który służył do namaszczania głowy. I na koniec najlepsze. Cudzołożnica zaczyna całować stopy Mistrza z Nazaretu. Nie dziwi fakt, że faryzeusz pomyślał sobie: gdyby On był prorokiem, wiedziałby, kto go dotyka i jaka jest ta kobieta… Też bym pewnie sobie o Jezusie pomyślał kilka rzeczy. Osądziłbym Go.

Przyjrzawszy się dobrze całej historii, nie rozumiem jaki był powód takiego zachowania kobiety. Jej zachowanie jest nielogiczne, nieroztropne i w ogóle „nie-„. I tutaj olśnienie. Kiedy człowiek się tak zachowuje? Kiedy jest do gruntu nielogiczny, kiedy robi coś na co na co dzień z pewnością by się nie zdecydował? Kiedy ryzykuje wszystko, łącznie z własnym życiem? Kiedy nic nie jest mu straszne? Jest tylko jedna taka sytuacja. Miłość.

Odpuszczone są liczne grzechu, bo bardzo pokochała. Miłość wyrywa ją śmierci z rąk sprawiedliwego faryzeusza, bo miłość silniejsza jest niż śmierć.

Ciężko stwierdzić jaki charakter miała ta miłość. Wiadomo, że Jezus odpuściwszy jej grzechy, powiedział żeby sobie poszła. Czy to znaczy, że nie odwzajemnił miłości? Po ludzku może tak. Ale przecież On jest tym, który ma wzywać do nawrócenia i obwoływać rok łaski od Pana. Takie jest Jego powołanie. Zadanie wypełnił… i ruszył dalej…

Czasem trudno nam tak po prostu odejść. Coś zostawić. Stracić.

Zobacz

Długo zastanawiałem się jak napisać te słowa… Ostatecznie doszedłem do wniosku, że napiszę je najprościej, jak to możliwe. Ostatni czas był dla mnie po prostu bardzo cenny. Pierwsze spotkanie z dzieciakami w nowym miejscu praktyk, specjalne warsztaty dla młodzieży i ciągłe spotkania z ludźmi, którym realnie na czymś zależy. To bardzo budujące!

Zwyczajowo jesteśmy tymi, którzy lubią ponarzekać – szczególnie, gdy nas dana sprawa nie dotyczy – często coś obśmiać i zasadniczo na tym skończyć. Nie będę tłumaczył czym jest konstruktywna krytyka, bo zapewne i tak mało, kto odniesie to do siebie. Sam zresztą nie jestem lepszy. Rzecz w tym, że jako specjaliści od życia, a już na pewno eksperci od własnego życia, nie potrafimy otworzyć się na doświadczenie drugiego człowieka. Egzystujemy według utartych schematów, które nam samym nie wydają się rutyną, bo są nasze, a to, co nasze z pewnością jest dobre i słuszne. Gdy jednak czasem uda się nam otworzyć oczy nie tylko po to, by patrzeć, ale by zarazem poznawać – jakże cudowne to doświadczenie!

Ostatnio dużo się napatrzyłem i uświadomiłem pewnie po raz kolejny, że bez drugiego człowieka nie jesteśmy w stanie nic zbudować – zarówno na zewnątrz, jak i w sobie. Ta masa doświadczeń, bardzo pozytywnych, budujących w konfrontacji z szarym życiem codziennym na niewiele się zdała. Wróciły schematy. Zastanawiałem się mocno dlaczego tak się dzieje. I co mi pomogło? Spowiedź.

Tak, to bardzo cenny czas. Bez tego fundamentu, którym jest relacja z Chrystusem, każda chwila jest chwilą straconą. Nieważne jak bardzo czułbym się zadowolony z realizacji kolejnego projektu, kolejnej życiowej szansy, bez Niego to nie miałoby żadnego znaczenia. A teraz mogę doświadczać, jak mocno działa w moim życiu. Niby powinienem to odkrywać w każdej spowiedzi, ale nie da się ustalić tu reguły – żadna spowiedź nie jest taka sama nawet, jeżeli powtarzałoby się w kółko te same grzechy. On działa bowiem w sposób, którego najlepszy ludzki plan nie jest w stanie przewidzieć…

Oddać siebie

Czym jest dziś poświęcenie? Czym jest dziś ofiara? Niemal wszystkie zasłyszane przeze mnie na ten temat opinie sprowadzają się do jednego – poświęcenie to zwykła naiwność i pozwalanie innym na zawłaszczanie swego czasu i zdolności. Innymi słowy – marnowanie życia. Człowiek winien żyć dla siebie – oto wyznacznik współczesnej kultury egocentrycznej. Ja się zmęczę, ja nie mam czasu, ja nie mam ochoty – można by tak wymieniać bez końca.

Nie jeden raz byłem już tak zmęczony, że najchętniej poszedłbym spać nie zwracając uwagi na to co dzieje się wokół. A wówczas pukanie do drzwi, telefon i prośba o pomoc. Można powiedzieć „przyjdź później”, można powiedzieć „jestem teraz zmęczony”…  Ostatnio spróbowałem się sam ze sobą – powiedziałem „nie” i  odesłałem kogoś z niczym. Łatwo wytłumaczyłem się, że przecież nie muszę być za wszystkich i za wszystko odpowiedzialny, że też mam prawo do wolności i odpoczynku. I teoretycznie można byłoby przejść od tego zdarzenia do porządku dziennego, bez żadnych wyrzutów sumienia czy, jak kto woli, karcącego wewnętrznego głosu.

Zaraz pojawiła się jednak pewnego rodzaju pustka. Czarna dziura bez początku i końca.  „Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; ” (Mt 25, 42-43). Poczułem, że Ktoś zbliżył się do mnie a ja Mu powiedziałem „nie”.  Zlekceważyłem miłość, bo wydawało mi się, że mam jej pod dostatkiem.

Uświadomiłem sobie, że pomocy drugiemu człowiekowi nie można rozpatrywać w kategoriach „mogę – nie muszę”. Czy można bowiem powiedzieć, że nie muszę kochać? Człowiek, który tak sądzi głęboko się myli i tak naprawdę nie jest wolny. Choć tylko „może” i niczego „nie musi”, to jest niewolnikiem swej obojętności i zadowolenia. Człowiek, który tylko „może” to człowiek zaślepiony sobą, swymi potrzebami i w gruncie rzeczy zacofany. Czyż bowiem to nie miłość doskonali człowieka jako osobę?

Iluzją byłaby też „miłość” wymuszona. Należałoby ją raczej nazwać interesownością. Nie brakuje dzisiaj „przyjaciół” gotowych do „poświęceń”, niestety, ale tylko w obrębie swojego pola zainteresowań i możliwości. A czyż pomoc nie wymagająca od człowieka żadnego wysiłku nie jest jedynie uprzejmością? Miłość wymaga zaangażowania całej osoby- nie tylko jej zdolności, możliwości, ale też jej problemów oraz trosk. Wymaga wejścia w świat drugiego człowieka – już poza „własnym podwórkiem”, poza swoim światem. Miłość to bowiem przekroczenie siebie, czyli dosłownie, zostawienie swego „ja”, wystawienie się na wzgardę, na śmiech. Wówczas to nie to jest przecież najważniejsze!

Dzisiaj niejednokrotnie śmiercionośną bronią jest sam człowiek. Cóż bowiem niesie ze sobą nie mając miłości? Ma „ja”, które potrafi obumierać tylko dla siebie. Daje zatem tylko śmierć egoizmu! Psychologiczne rozważanie kwestii „mogę – nie muszę” w odniesieniu do miłości nie ma sensu, gdyż logiczność wiedzy okazuje się tutaj wysoce niewystarczająca. Oddać siebie nie znaczy zatem okazać się słabszym! Oddać siebie drugiemu człowiekowi w małżeństwie, oddać się temu Komuś w kapłaństwie, oddać siebie na pastwę rzeczywistości egoizmu to raczej wyraz heroizmu. Heroizmu, który boi się sam siebie, bo „Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą” (1 Kor 13, 6). Miłość nie karmiona już miłością siebie a miłością wzajemności nie potrzebuje bowiem nic więcej jak kochać…

Moda tradycyjna

Coraz częściej mam wrażenie, że świat funkcjonuje według zespołu reguł i zasad. Nie można chodzić dziś do kościoła, bo to niemodne. Jednak to dopiero wierzchołek góry lodowej, gdyż samo uczęszczanie do ośrodków kultu da się jeszcze zaakceptować. Gorzej gdy ktoś przyznaje się do swojego wyznania i podaje się za jego gorącego wyznawcę. Ciekawe jest, że zagadnienie dotyczy w większości wyznań chrześcijańskich, gdyż w naszej europejskiej kulturze wyznawanie islamu, czy buddyzmu uznaje się za „ciekawe urozmaicenie” życia w ciągłym biegu.
Wraz z XXI wiekiem przyszła także moda na aborcje- traktowane często jako bardziej sport ekstremalny niż morderstwo, pornografię, której przecież nie można nic zarzucić i wreszcie nadszedł też czas na ostateczne odrzucenie dotychczasowego skrępowania normami moralnymi. „Żyj jak chcesz!”, „Róbta co chceta!” – to jest dzisiaj trendy! Czy nie jest jednak ironią losu to, że owo nieskrępowanie tworzy dzisiaj coraz bardziej schematyczne i modelowe społeczeństwo?

Nie można robić tego czy tamtego, bo to przeżytek, za to koniecznie wypada spróbować to, to i to, bo to jest dzisiaj na czasie. Nie można podlegać żadnym zasadom, bo jesteśmy ludźmi wolnymi a wolność to największe osiągnięcie naszej cywilizacji. Respektowanie jakichkolwiek norm to wyraz słabości i zależności od innych. Tak się dzisiaj uważa deprecjonując rolę wszelkich tradycji. W rzeczywistości jednak tworzy się nowe i co najgorsze wcale nie lepsze od poprzednich. Ogranicza się człowieka pod hasłami wolnego wyboru i osobistej decyzji, która de facto jest decyzją jakiegoś idola.

Dzięki środkom masowego przekazu takie „spętanie” jest znacznie łatwiejsze niż było jeszcze kilka lat temu. Prowadzi to do tworzenia jednolitej masy społecznej, wydawałoby się, mającej jeden rozum i jedną wolną wolę. Można się oszukiwać twierdząc, że to nieprawda, że o swoim życiu decyduję sam. Może i tak jest, zawsze zdarzają się wyjątki, ale wystarczy spojrzeć na swoje życie i już bez światła jupiterów odpowiedzieć sobie na proste pytanie: „Czy ja naprawdę jestem wolny?” lub raczej „Czy moje <Ja> naprawdę jest wolne?”. Ja często odczuwam to zniewolenie, dziękuję jednak, że On pomógł mi to dostrzec. teraz trzeba „pokonać siebie”…

Era człowieka

Dzisiejszy świat żąda od człowieka przezroczystości. Chce, żeby każdy dzielił się swoimi przeżyciami, problemami. Zabrania ukrywania uczuć, wątpliwości. Coraz częściej występuje przeciw intymności. Można mówić, że to nieprawda, zbyt duże zgeneralizowanie, ale wystarczy się zastanowić czy samemu nie chciałem kiedyś wiedzieć co o mnie myślą inni ludzie, przeniknąć wzrokiem przez firanki sąsiada    i dociec co dzieje się za tamtymi zamkniętymi drzwiami. Skąd taka sytuacja?Jest to zapewne z naszej strony próba zmiany rzeczywistości na dla nas korzystniejszą. Nie chcemy przecież, żeby ktoś nas obgadywał, załatwiał sprawy za naszymi plecami. Skoro zatem sami żądamy przezroczystości postępowania to automatycznie narzucamy ją  innym. Czy nie to jest wskaźnikiem wytworzenia się „globalnej wioski”? Mogę się oburzać gdy ktoś zagląda w moje życie , ale tak naprawdę jest to dla mnie wyraz zainteresowania z czyjejś strony. Czuję się zatem dostrzeżony, uznany. Nawet Ci, którzy ogradzają się wysokimi płotami, uciekają przed lampami fleszy organizują wszak konferencje prasowe a na swoich posesjach montują  monitoring. Przecież tak dobrze mieć nad wszystkim kontrolę, wszystko widzieć i być widzianym.

Jednak jakby na ironię, gdy chodzi o sprawy, powiedzmy, „duchowe” już takiej przejrzystości nie ma. Niewielu ludzi śmiało mówi o swojej wierze, o swoim kontakcie z tym Kimś, jakkolwiek byłby On nazywany. Powiedzieć „wierzę” stało się dziś niemodne, to obciach. Niejednokrotnie sam miałem trudności z tym by przyznać się, że jestem klerykiem, by powiedzieć, że wierzę w Niego tak bardzo, że tak bardzo Go kocham, że gdy zawołał poszedłem za Nim…

Wydaje się, że nasza cywilizacja po raz kolejny weszła w okres kultu ciała i fizyczności. Czy jest w tym coś złego? Chyba nie, ale pod jednym warunkiem – jeżeli człowiek uzna, że źródłem jego piękna nie jest on sam, tylko Ktoś kto tym wszystkim kieruje, kto pozwala człowiekowi zalśnić pełnią blasku, kto decyduje o tym, że w ogóle człowiekiem jest. Tak, brzmi to banalnie. Zapewne gdyby te słowa przeczytało szersze grono osób, zostałbym wyśmiany – przecież dziś miarą człowieka jest sam człowiek! Można go mierzyć tylko według tego jak wygląda, jak potrafi się zaprezentować, ile zarabia. Człowiek już nie potrafi czuć niczego poza słodyczą sukcesu i goryczą porażki! Co jest zatem bardziej banalne? Czy nie to, że w gruncie rzeczy zatraca zdolność do uczuć wyższych, że nierzadko wystarcza mu tylko zaspokojenie fizyczne? Czemu człowiek wstydzi się pójść do kościoła, wystąpić przeciw tchórzostwie antykoncepcji,  a nie zawstydza się patrząc na ludzi sprzedających swoje ciało, na przesiąknięte tanią pornografią reklamy? Globalna wioska, w której wszyscy się znają, albo mogą się poznać nie potrzebuje już jakiegoś Boga, którego przecież nikt nigdy nie widział? Nie da się Go poznać, naukowo wyjaśnić a ponoć On wie o mnie wszystko. To nie zgadza się z dzisiejszymi trendami, a jeżeli coś nie jest modne to nie istnieje! Jest tylko zabytkiem przeszłości, muzealnym eksponatem!

Jak zatem podziękować Mu, że dał mi poczuć coś więcej? Za to, że przy Nim nie widzę już w sobie tylko kolejnego etapu ewolucji? Za to, że uczy mnie Kochać przez duże ‘k’?

Może BĘDĘ a nie tylko będę?! …