Potrzeba niewiele

Udało mi się usiąść na chwilę przy komputerze, by zebrać ostatnie wydarzenia i jakoś je podsumować. Ciężko mi to przychodzi, bo naprawdę przeżyć jest bardzo dużo a ja mam jeszcze tylko kilka godzin, które mogę spędzić z rodziną przed powrotem do stolicy. Wczoraj przed północą wróciłem z praktyk na jednej z warszawskich parafii.

Można powiedzieć, że to parafia wśród ludzi, bo kościół stoi niemal na środku ogromnego osiedla. Przez ponad dwadzieścia dni mogłem się przyglądać życiu kilkudziesięciu tysięcy zwyczajnych ludzi. Nie mieszkałem na plebanii – codziennie dojeżdżałem z seminarium – i dzięki temu „towarzyszyłem” im w drodze do pracy i potem wieczorem, gdy zmęczeni wracali do domów. Tu i ówdzie mogłem spotkać grupy panów, którzy z uśmiechem na twarzy popijali tani alkohol lub dzieci i młodzież, które mimo później pory nie mogły znaleźć drogi do domów. I tutaj właśnie toczyło się moje życie. Wśród zwykłych problemów zwykłych ludzi. Pewnie z powodu mego wieku, zwracałem uwagę głównie na moich rówieśników. Pierwsze, co nasuwa mi się na myśl, gdy o nich myślę, to słowo „poszukiwanie”. I z rozmów i z obserwacji wynika, że większość z nich próbuje jakoś odnaleźć swoje miejsce we współczesnym, „wielkim” świecie. Szukają rzeczy naprawdę najprostszych, które teoretycznie tak łatwo byłoby im zapewnić, a jednak nie ma komu… Zainteresowanie rodziców, poczucie bezpieczeństwa, akceptacja kolegów ze szkoły… To frazesy. A im jest po prostu potrzebny ktoś z kim mogli by pogadać o wszystkim. Dosłownie o wszystkim. O tym dlaczego rodzice się kłócą, dlaczego rodzony brat ich nie rozumie, dlaczego wyglądają gorzej niż by chcieli, dlaczego… Każda twarz, którą widziałem podczas prawie piętnastu godzin, które spędziłem podczas samych przejazdów metrem i tramwajem, była takim jednym wielkim „dlaczego”.

I sama parafia. Ludzi młodych mało – w większości do kościoła przychodzą osoby starsze. Przez długi czas myślałem, że ta ich obecność nie ma większego znaczenia. Bo co to za parafia, gdzie średnia wieku szybuje ponad pięćdziesiątkę? Ale przecież i ci przychodzą, bo czegoś szukają. A my nigdy nie możemy nikogo tak po prostu skreślić. I to nie tylko my – księża, ale po prostu my – ludzie. Każdy zasługuje na miłość… Zwykle nie potrzeba wiele – wystarczy szczery, prawdziwy uśmiech i dobre słowo. To naprawdę niewiele.

Ja taką życzliwość odnalazłem we wspólnocie księży na plebanii. Nie będę wiele pisał na ten temat, bo i po co? Mam nadzieję, że dałem im zrozumieć, jak bardzo jestem im wdzięczny za atmosferę, która pozwalała mi się poczuć jak w domu, a nie jak w pracy. Nie potrzeba do tego własnego pokoju z łazienką. Obecność drugiego człowieka jest znacznie bardziej cenna.

Pisać pewnie mógłbym jeszcze długo, ale już późno a jutro rano znowu ruszam do Warszawy. Może przejeżdżając Wisłę uda mi się zobaczyć coś z tych skarbów, które tam ostatnio odnajdują archeolodzy? Ale to jutro. A teraz jeszcze brewiarz i spać.

A mojej parafii jeszcze raz mówię – dziękuję!

Zobacz

Długo zastanawiałem się jak napisać te słowa… Ostatecznie doszedłem do wniosku, że napiszę je najprościej, jak to możliwe. Ostatni czas był dla mnie po prostu bardzo cenny. Pierwsze spotkanie z dzieciakami w nowym miejscu praktyk, specjalne warsztaty dla młodzieży i ciągłe spotkania z ludźmi, którym realnie na czymś zależy. To bardzo budujące!

Zwyczajowo jesteśmy tymi, którzy lubią ponarzekać – szczególnie, gdy nas dana sprawa nie dotyczy – często coś obśmiać i zasadniczo na tym skończyć. Nie będę tłumaczył czym jest konstruktywna krytyka, bo zapewne i tak mało, kto odniesie to do siebie. Sam zresztą nie jestem lepszy. Rzecz w tym, że jako specjaliści od życia, a już na pewno eksperci od własnego życia, nie potrafimy otworzyć się na doświadczenie drugiego człowieka. Egzystujemy według utartych schematów, które nam samym nie wydają się rutyną, bo są nasze, a to, co nasze z pewnością jest dobre i słuszne. Gdy jednak czasem uda się nam otworzyć oczy nie tylko po to, by patrzeć, ale by zarazem poznawać – jakże cudowne to doświadczenie!

Ostatnio dużo się napatrzyłem i uświadomiłem pewnie po raz kolejny, że bez drugiego człowieka nie jesteśmy w stanie nic zbudować – zarówno na zewnątrz, jak i w sobie. Ta masa doświadczeń, bardzo pozytywnych, budujących w konfrontacji z szarym życiem codziennym na niewiele się zdała. Wróciły schematy. Zastanawiałem się mocno dlaczego tak się dzieje. I co mi pomogło? Spowiedź.

Tak, to bardzo cenny czas. Bez tego fundamentu, którym jest relacja z Chrystusem, każda chwila jest chwilą straconą. Nieważne jak bardzo czułbym się zadowolony z realizacji kolejnego projektu, kolejnej życiowej szansy, bez Niego to nie miałoby żadnego znaczenia. A teraz mogę doświadczać, jak mocno działa w moim życiu. Niby powinienem to odkrywać w każdej spowiedzi, ale nie da się ustalić tu reguły – żadna spowiedź nie jest taka sama nawet, jeżeli powtarzałoby się w kółko te same grzechy. On działa bowiem w sposób, którego najlepszy ludzki plan nie jest w stanie przewidzieć…

Cichy śpiew

Od rekolekcji, które głosiłem wraz z kolegami dla młodzieży, mijają dwa tygodnie. Doświadczenie bardzo ciekawe i bardzo kształcące. Przekonałem się po raz kolejny, że On działa. Nie zostawia samego tego, kto prosi o wsparcie. Czułem, że Ktoś mnie prowadził, że coś we mnie łamał, że pozwalał coś w sobie przekraczać. To dodaje siły.

Jednocześnie ostatnie dni to czas refleksji. Najpierw kolejna rocznica śmierci Jana Pawła II. Gdy tak sobie siedziałem i modliłem się w ubiegłą sobotę, jakoś mimowolnie, ale zarazem w sposób całkiem uprawniony, moja myśl wędrowała do tego co przeżywałem sześć lat temu. Nie chcę pisać, o moim doświadczeniu odchodzenia papieża – na to może przyjdzie jeszcze czas. Myślałem bowiem wtedy w ciszy kaplicy, że przez ostatnie sześć lat ten Ktoś bardzo powywracał moje życie… Może inaczej – bardzo mądrze je poukładał. Z całą pewnością wtedy nie mogłem przewidzieć w najmniejszym nawet szczególe tego, co teraz robię, do czego dążę… W czwartek kolejne urodziny i cieszę się, bo mogę powtórzyć za Dawidem Kimże ja jestem, Panie mój, (…) że doprowadziłeś mnie aż dotąd (2 Sm 7,18).

Tym wszystkim, którzy wątpią chcę powiedzieć tylko jedno – On jest. I choć będzie to pewnie jedynie cichy śpiew w ogromie wrzasku postmodernistycznego społeczeństwa to… dziękuję, że mogę śpiewać…

Wolny?

Czas między rekolekcjami. Wczoraj wróciłem do seminarium po czterech dniach spędzonych na sympozjum naukowym. Ale nie było to chyba zwykłe sympozjum. Ten czas to przede wszystkim refleksja nad tym, co działo się ze mną w ostatnich tygodniach. Gdy zmęczenie zdawało się nie mijać a wręcz z każdym kolejnym dniem narastać, dostałem szansę zatrzymania się i spojrzenia na całą swoją aktywność z perspektywy osoby bez żadnych obowiązków. Odpocząłem i wiele spraw przemyślałem. Czy udało się nabrać dystansu? Czy to było w tym czasie najważniejsze?

Wolność domaga się od człowieka zaangażowania. Pozorem jest bycie wolnym od drugiego człowieka, bycie wolnym od podania mu swej ręki. To jest tylko egoizm. Jak delikatne jest jednak przejście od wolności do egoizmu! A gdzie w tym wszystkim On? Jak podzielić siebie między Niego i drugiego człowieka? Czy można coś zostawić dla siebie?

Próba samodzielnego wyzwolenia i uzyskania całkowitej wolności jest z góry skazana na porażkę. Człowiek nie jest bowiem w stanie uwolnić się sam. Potrzebuje pomocy, bo wolność to nie tyle bycie wolnym dla siebie, lecz dla drugiego.  Tak jak szczęście, wolność przyjdzie wtedy, gdy najmniej się jej spodziewamy. Trzeba się wolności wyrzec, by móc ją kiedyś prawdziwie osiągnąć. Wolność pożądana to lenistwo, wolność obdarzona zaufaniem to możliwość. Wyrzeczenie się wolności to miłość… i wolność zarazem. Nie oznacza to jeszcze wcale, że należy dać się zniewolić czy zagarnąć. Byłoby to chyba zbyt proste rozwiązanie. Trzeba dojrzeć do świadomej rezygnacji, do bezinteresownego dania siebie. Trzeba dojrzeć do tego, by powiedzieć „jestem wolny”…

Dzięki za ludzi, którzy czują smak wolności. Dzięki za tych, którzy chcą bym i ja go poczuł. Za tych, których wolność pociąga, ale nie zniewala…

Już dziś ruszam na kolejne rekolekcje. Za dwa dni założę sutannę. Nie odchodź, zostań ze mną.

Przemieniony?

Tydzień po najważniejszych rekolekcjach w moim życiu. Czemu najważniejszych? Bo pierwszych? Bo przeżytych? Czas przed rekolekcjami był bardzo wyczerpujący – dzień przed ich rozpoczęciem nie marzyłem o niczym innym jak chwili milczenia, którego tak mało było w ostatnim okresie. Przecież ciągle trzeba było coś załatwić, coś zrobić, komuś pomóc… Oczywiście wszystko „na wczoraj”.  Przed rekolekcjami często powtarzałem słowa Psalmu 51 „Stwórz Boże we mnie serce czyste i odnów we mnie moc ducha (…) Przywróć mi radość Twojego zbawienia i wzmocnij mnie duchem ofiarnym”. Tak bardzo było mi potrzebne to umocnienie i odświeżenie wiary.

Gdy nadszedł czas rekolekcji, który miał być całkowitym wyciszeniem, odcięciem się od tysięcy aktywności, szybko okazało się, że będzie to niemożliwe. Nagle tyle osób czegoś potrzebowało? Powiedzieć „nie”? Powiedzieć „po rekolekcjach”? W czasie jednej z konferencji zrozumiałem, że nie można „napinać” się na przemianę, że nie można dążyć do niej po trupach. Recolectio znaczy dać wejść Mu w doświadczenie mojego życia, poddać każdy swój czyn Jego woli… Zaufać – to wystarczy. I to da radość, to da uczucie spełnienia. Inaczej pozostaje już tylko smutek, gdyż znów nie wyszło, gdyż znów się nie udało. Recolectio znaczy wejść na nowo z otwartym sercem, gotowym oddać swój czas, swoje uczucia i emocje. Oddać bez żadnych „ale”…

Wówczas paradoksalnie można doznać uczucia uwolnienia od codzienności, bo uwalnia się całą sferę podświadomości. I tego doświadczyłem w rekolekcje, zasmakowałem wolności. A to daje siłę i to przywraca radość. Uczucie jakby po dłuższym wstrzymaniu oddechu, znów nabrać świeżego powietrza i nabierać go ciągle…

Błogosławić nie potrafię
i dziękować też nie umiem
wokół Ciebie zaplątany
w cieniu swej wystarczalności.

Brzask nie zdziwił dziś ciemności
jak i wschodu zapach rosy
Ciebie jednak nikt nie poznał
rozum znów nie odgadł wiary.

Wola się zmieniła w Krzyż
rajski ogród w cierni krzyk
sam zostałem z jękiem ptaków
On nie słuchał – poszedł dalej.

Zdziwienie

Idąc na adorację, myślałem, że będzie to jedna z wielu godzin spędzonych w kościele na modlitwie, nie spodziewałem się niczego szczególnego – kolejna rutynowa czynność, kolejny element planu dnia w seminarium. Tymczasem wydarzyło się coś niezwykłego. Gdy ksiądz rozpoczynał rachunek sumienia, wydawało mi się, że ten Ktoś przemawia właśnie do mnie. To co mówił, odnosiło się do przeżyć tamtego dnia tak mocno, że obudziłem się z tego dziwnego marazmu, w który wprowadza człowieka powtarzalność i rutyna. Taki zimny prysznic.

Wiele rzeczy stało się wówczas prostych i jasnych, na tak wiele spraw, problemów spojrzałem z całkowicie innego punktu widzenia. Dotąd myślałem, że doskonałość, że świętość wymaga jakiegoś szczególnego nastawienia na rzeczy wielkie, na sacrum. Ale tak naprawdę, co mi z tego, gdy nie będzie to miało podstawy w codziennym szarym życiu? To jest właśnie maksymalizm, gdy człowiek myśli o tym co wzniosłe, a zapomina o tym co małe, co niepozorne. Gdy dąży do Prawdy, a zapomina o prawdzie, gdy szuka Miłości, a odrzuca miłość, gdy pragnie Wolności, a wolności nie rozumie. I chyba gdzieś się w tym maksymalizmie ostatnio zatraciłem. Szukałem ogólności oderwanej od szczegółu, a taka ogólność to pozór, taka ogólność to złudzenie. Patrzyłem na ludzi przez szkło powiększające, a nie potrafiłem spojrzeć tak po prostu, nie potrafiłem, czy może raczej nie chciałem, zobaczyć ich takimi jakimi są.

Tajemnica. To jest chyba najlepsze określenie człowieka. Ja tymczasem byłem przekonany, że tych z którymi żyję, znam na tyle dobrze, że niczym mnie już nie zadziwią. Człowiek szuka człowieka, a gdy już go znajdzie odwraca wzrok, boi się spojrzeć mu w twarz, bo tej twarzy z bliska nigdy nie widział. Chowa się za żartem, za pozbawionym treści słowem i oburza się, gdy ktoś zauważa jego tchórzostwo.

Uświadomiłem sobie, że najtrudniej jest zamknąć oczy i uwierzyć, zatkać uszy, by usłyszeć więcej. I wtedy przyszedłeś Ty i zamknąłeś mi oczy… Zobaczyć drugiego człowieka już nienaznaczonego jarzmem moich słabości, to przecież zobaczyć Ciebie.

Nieznany choć po ludzku pojęty, Święty Nienadęty,
Umarły w odkupionych za cenę słodkiej wolności.
Wyklęty, bo Niezapomniany. Wytarty, bo wciąż Obecny.
Wysłuchaj! Gdy ja już dawno słuchać nie chcę.

Jeśli naprawdę Jesteś w okruchach mej niewiary,
Jeśli kochasz obłędnie pośród pustyni mej oschłości,
Jeśli widzisz trud niemodnej nadziei w gęstwinie szarpanego lęku…
Wejdź, choć drzwi wciąż zamknięte.

Na nowo

Kościół. Nieszpory. Na ołtarzu wystawiony Najświętszy Sakrament. Cisza nieśmiele przerywana przez wybuchy petard. Ludzie z zaciekawieniem obserwujący nietypową liturgię. W prezbiterium księża. Ja i On…

Jak powiedzieć „dziękuję”? Jak przyznać, że znowu sam nie dałbym rady? Jak przeprosić? Jak powiedzieć, że znowu nie byłem wobec Niego fair? … Tyle pytań i tak mało odpowiedzi. Czy słowa wystarczą? Ja będąc przed Nim nie mogłem się przebić. Chyba za dużo myślałem, a za mało byłem, wtedy, klęcząc przed monstrancją. Czasami wydaje mi się, że to moje bycie przed Nim jest bardzo puste. Inaczej… bardzo samotne. Samotne, bo chyba bez Niego. Obecność niestety nie jest gwarantem uczestnictwa.

Klęcząc przed Najświętszym Sakramentem zawsze stawiam sobie zasadnicze pytanie: Czy wierzę, że to jest On? Czy naprawdę w to wierzę? Czy chcę w to wierzyć? Czy jestem wreszcie gotów nie tylko wierzyć, ale uwierzyć?… Czy odpowiadałem na te pytania w ciągu ostatniego roku? Nie jeden raz… zawsze inaczej. Jest Tajemnicą. Jest Zagadką. Jest. Gdy ludzie tańczą, śpiewają, bawią się, ja zastanawiam się dlaczego tak hucznie żegnamy miniony rok, dlaczego z tak wielką niecierpliwością czekamy na nowy. Czy naprawdę chcemy coś w swoim życiu zmienić, czy tylko próbujemy ukryć to co nie wyszło? Czy „być” można tylko w snuciu planów, w tym czego jeszcze nie ma? Czy dziś ktokolwiek chce jeszcze być, czy woli mieć, posiadać, czuć, bawić się, używać? Gdzie podziało się Jest?

Zmieniłeś moje życie. Pokazałeś mi życie, jakiego nie znałem, jakiego nawet nie mogłem się spodziewać. Dałeś mi życie na nowo i nowe oddajesz mi każdego dnia. Pokazałeś, że „ja” nie znaczy jeszcze „być” i że tego „być” nie ma bez „ty”. Na nowo dałeś mi ludzi, z którymi żyłem przez wiele lat, nie rozumiejąc, że oni też szukają Ciebie. Posłałeś też innych bym z nimi wzrastał, bym wzrastał przez nich. Pozwoliłeś by ich powołanie było nowym powołaniem dla mnie i żebym ja dla nich był nowym powołaniem. Nie usunąłeś wątpliwości, ale nazwałeś je tajemnicą. Nie dałeś wiary, ale nauczyłeś nadziei.

Pokazałeś nowego Ciebie. Więcej – pokazujesz Go codziennie. Jesteś Miłością, lecz w zupełnie nowym znaczeniu. Bo jesteś falą, która uderza, ale nie niszczy. Bo jesteś powietrzem, którego na próżno szukać. Bo świecisz, ale nie oślepiasz. Bo Jesteś Miłością pożądającą, a niczego nie oczekujesz. Jesteś, bo kochasz.

Pokazałeś mi nowego mnie. Nowego bez względu na rok, wiek, czas. Nowego Twoją nowością. Nowego Tobą…

Uwierzyć

Nie jest łatwo dostrzec drugiego człowieka w swoim życiu. Tym trudniej jest jeszcze uświadomić sobie jak duży wpływ może mieć na to życie. Dzisiaj zrozumiałem, więcej doświadczyłem, że seminarium jest nie tylko miejscem mojej formacji, ale jest to dom powołania wielu młodych mężczyzn wraz ze mną. Formacja do kapłaństwa nie jest procesem egoistycznym, lecz altruistycznym – skierowanym ku drugiemu człowiekowi i w znacznej mierze też dla niego. Wydaje się, że formacja w samotności, choć równie potrzebna, nigdy nie zastąpi wspólnego wzrastania.

Kiedy zastanawiałem się nad tym co robię w seminarium, niejednokrotnie doświadczałem pewnego rodzaju osamotnienia. Wydawało mi się wtedy, że nikt nie jest w stanie mnie zrozumieć, że to sprawa między mną a Nim. Tymczasem zwykle rozwiązanie przychodziło właśnie przez drugiego. Przez kogoś, kto wraz ze mną każdego dnia rano się modli, przyjmuje Słowo na mszy świętej, ale też razem ze mną się uczy, je, odpoczywa. Przez kogoś, kto też się zastanawia i kto też szuka i kto również przeżywa chwile zwątpienia.

Wątpienie nie jest czymś strasznym. Powiedziałbym wręcz, że tak jak miłość jest uszlachetniana przez cierpienie, tak też wiara jest budowana wątpieniem. Nie ma chyba człowieka, który nie odczuwałby strachu przed tym co go czeka, który nie bałby się skoczyć w ciemność. Jeżeli ktoś chce kogoś pokochać, a nie powstanie w nim lęk o tę drugą osobę to znaczy, że przed nim jeszcze długa droga. Miłość, która nie odczuła strachu jest bowiem miłością ślepą!

Na drodze powołania rodzą się pytania o to czy ja Go kocham, czy On kocha mnie. I nie są to chyba pytania banalne czy infantylne. Lęk rodzi przywiązanie i troskę. Bezmyślne stwierdzanie, że „Bóg Cię kocha!” nie poparte doświadczeniem życia, jest jakąś próbą wypełnienia braku nie w życiu drugiego, lecz w swoim. Gdy ten Ktoś był, a raptem znika, normalne jest, że człowiek zaczyna Go szukać, pytać o Niego. Jest to wyraz tęsknoty, wyraz młodzieńczej miłości, której bez Ukochanego trudno żyć, trudno zrozumieć co się wokół dzieje.

Sztuką jest uwierzyć wtedy, gdy wydaje się, że nie ma już w Kogo wierzyć, pozostać na straży wtedy, gdy wszyscy dawno zasnęli. Nie jest wyrazem odwagi zapalenie światła, wtedy gdy wokół ciemno, nie jest wyrazem miłości rozpaczliwa próba odnalezienia kogokolwiek, kto wziąłby za rękę i poprowadził. Miłość, ta Miłość czeka na moment kiedy człowiek, nawet w ciemności, uświadomi sobie jej obecność i będzie w stanie sam otworzyć oczy…

Dzięki, że mi o tym powiedziałeś.

Nocą szukałem
Umiłowanego mej duszy,
szukałem Go, lecz nie znalazłem.
Spotkali mnie strażnicy, którzy obchodzą miasto.
Zaledwie ich minąłem,
znalazłem Umiłowanego mej duszy,
pochwyciłem Go i nie puszczę…
(Por. Pnp 3, 1-4)

Jeszcze raz o sensie

Rozmawiałem z nim tylko raz. W zasadzie nie była to rozmowa, tylko krótka wymiana słów. Już wtedy poruszał się z trudem, opierając się o konstrukcję ułatwiającą chodzenie. Pomogłem mu wtedy wejść po schodach. Tylko wtedy byłem z nim sam na sam…

Teraz leży schorowany, tak naprawdę, czekający na śmierć. Wszystko co robi z całą pewnością sprawia mu ogromny ból. A w tym bólu nie cofnął się ani o krok, nie zawahał się, nie poddał. Ból umierania… Paradoksalnie choć człowiek musi się żegnać z tym światem, zostawić tylu ludzi, tyle wspomnień, to jeszcze do tego cierpienie, wyczerpanie… Jest mi wstyd. Nie odwiedziłem go ani razu i najprawdopodobniej nie odwiedzę. Nie odwiedzę, bo jestem głupim egoistą, któremu dobrze tak jak jest, który nie chce się wyrywać. Bo przecież tyle zajęć na głowie, tyle obowiązków. Zawsze znajdę odpowiednią wymówkę…

Ostatnio zastanawiałem się nad sensem. Próbowałem udzielić odpowiedzi czym jest dzisiaj, że jest tylko wartością czysto materialną. Kolejne dni schodziły na rozmyślaniu jakby ten temat rozwinąć, co dodać, co dopowiedzieć. Chciałem w końcu podać definicję, wzór, receptę.

Słuchając konferencji mojego ojca duchownego mogłem się tylko z tych swoich „zabiegów” roześmiać. Byłem naiwny, znowu się pomyliłem. I to jak bardzo się pomyliłem! Nie wszystko da się sprecyzować! Nie wszystko da się określić i zdefiniować. Jeżeli spróbowałbym podać definicję sensu, to tak naprawdę wpadłbym w pułapkę wartościowania sensu, którą ostatnio tak krytykowałem.  Chciałem mu nadać wprawdzie wartość intelektualną, ale czym w tym przypadku wartość intelektualna różni się od materialnej?

Określić sens. W tym momencie kojarzy mi się scena młodego chłopca łapiącego powietrze w butelkę. Złapał, napełnił ją „po brzegi”. Tylko jak pusta to butelka! Jak wiele jeszcze powietrza wokół. Powietrza, którego nie widać, nie czuć…

Ten umierający człowiek pokazał mi- bez żadnych słów, bez spotkania czy rozmowy- że nie na każde trudne pytanie znajdę odpowiedź. A już na pewno nie znajdę jej szukając w sobie i w swoim małym świecie ograniczonym terminarzem i zadaniami „na wczoraj”. Jednocześnie upewnił mnie, że sens jest. Jest w życiu i jest w umieraniu z uśmiechniętą twarzą łamaną grymasem bólu człowieka, której nigdy nie widziałem.

Życie

Życie człowieka często sprowadza się jedynie do pasma żądań i próśb, które zwykle kończą się zażenowaniem z powodu nieosiągnięcia obranych celów i niesprostania wymaganiom. Zawsze lepiej mieć przecież więcej niż mniej? Skoro życie jest takie krótkie trzeba umieć z niego skorzystać, trzeba po prostu „mieć”. Zbyt duża generalizacja? Może tak, może nie…
Wystarczy, że przyjrzałem się swemu życiu i zobaczyłem jak wiele dostałem za darmo! Życie, wolność, wiarę… Kiedy rano wstaję rzadko zdaję sobie sprawę z tego, że po raz kolejny wygrałem los na loterii- On znowu dał mi dzień i pozwala zrobić z nim co zechcę. Dzięki Niemu mam co włożyć do ust, mam gdzie mieszkać, odpocząć. Jestem chrześcijaninem i nikt mnie za to nie prześladuje. Nie muszę uciekać, ukrywać się. Nie każdy może sobie pozwolić na takie luksusy.

Po co więc chcieć więcej? Po co stawiać żądania lepszego życia, gdy tylu ludzi na świecie marzy o tym by być na moim miejscu? Łatwo mi o tym mówić, bo praktycznie niczego nie potrzebuje. Ale co z osobami ubogimi, bezdomnymi, porzuconymi? Chyba wszystko koncentruje się na tym, jak człowiek postrzega swoje życie- czy próbuje patrzeć na nie przez pryzmat drugiego człowieka czy jako na dar. Jeszcze nikt pałający zazdrością nie był szczęśliwy. A przecież można cieszyć się życiem zarabiając niewiele i można być najbardziej przygnębionym człowiekiem mając wszystko. „Pieniądze szczęścia nie dają”- to wydawać by się mogło infantylne powiedzenie zawiera w sobie ogromną prawdę.

Nie chodzi o to, by realizować się przez to co posiadam, ale przez to jaki jestem, kim jestem i wreszcie, że w ogóle jestem. Ubóstwo może na to oddziaływać, ale tylko powierzchownie. Tak, może też człowieka zmienić dogłębnie, ale to już zależy od niego. Podda się pasmu pretensji albo nie. Strata darem? Może to marzenie nierealne dzisiaj, w czasach kultu pieniądza, może jestem idealistą z bujną wyobraźnią, ale wierzę, wierzę, że On mnie kocha i to mi naprawdę wystarczy.

Nadziejo powołań
przed Tobą klękam
zadziwiony

Miłości Słowo
spragnione…
a milczące

Nieogarnione
choć ubóstwieniem
w człowieka obleczone

Umarłe i będące
przebite lecz
radosne teraz

Na wieki wieków
i na zawsze
Amen