Do Turcji

Jest już dość późno i zapewne większość z Was będzie czytała ten tekst w momencie, gdy ja już od kilku godzin będę w drodze. Ale to zapewne ostatni moment żeby podzielić się kilkoma refleksjami przed ważną wyprawą poniekąd pielgrzymką – tym razem do Turcji. Czemu ważną? Bo nietypową jak dla mnie i wymagającą nieco więcej niż normalnie wysiłku. Dlaczego? Po pierwsze bo upalna w lipcu Turcja, po drugie bo nie z biurem podróży, ale z kolegami z seminarium i pod namiotami (o ile te przydadzą się podczas gorących nocy).

Każda droga, jakakolwiek by nie była, wymaga od idącego pozostawienia czegoś z siebie za sobą. Nie wszystko zmieści się do plecaka i nie wszystko uniosą plecy. Ale bynajmniej chodzi o ciężar fizyczny, choć i ten jest niezwykle istotny. W drodze trzeba też pozostawić nieco siebie, by odkryć siebie nowego – bogatszego o nowe doświadczenia, o nowe spojrzenie na otaczająca rzeczywistość. Brzmi to drętwo i zapewne takie jest – więcej powiem po powrocie a ten dopiero (czy może raczej – już) 15 lipca. Proszę o modlitwę za nas – którzy chcemy się nieco pozmagać z naturą, ale bardziej z samymi sobą (i w aspekcie jednostkowym i wspólnotowym) – z własną naturą. Dobrze jest czuć, że ktoś gdzieś na ciebie czeka, że nie wracasz z jednej pustyni na drugą.

I cóż… Niebo dzisiaj przejrzyste, widać gwiazdy i nadgryziony księżyc. Cisza wokół – mimo że to piłkarska Warszawa (nie zobaczymy półfinału Niemcy – Włochy). Jutro o tej porze mamy być gdzieś na Słowacji. A czy będziemy – czas pokaże.

Duch Świadectwa

Nikt z nas nie jest odporny na cierpienie, zagubienie, lęk. Każdego mogą ogarnąć wątpliwości nie tylko odnośnie jutrzejszego dnia, ale spraw bardziej fundamentalnych. Dokąd zmierza moje życie? Dlaczego jest na nim tak wiele zakrętów i przeszkód? Co robić w takich okolicznościach? Do kogo udać się po pomoc? Czy w ogóle są odpowiedzi na te pytania?!

Zazwyczaj w tego typu sytuacjach znajduje się wokół nas dziesiątki osób, które mają licencję na „dobre rady”. Trudno nam się ich słucha, bo zwykle to o czym opowiadają, nie ma żadnego odniesienia do rzeczywistości. Mówią o świecie idealnym, o którym każdy słyszał, ale mało kto doświadczył. Ich słowa pozostają tylko słowami, bo brak im Ducha. Brak im tego czegoś, co sprawiłoby, że moglibyśmy ich uznać za świadków.

Świadek zaś to osoba, której życie bez słów przemawia do nas. Która daje siłę do przezwyciężania przygnębienia i oschłości. Wczesnochrześcijański „martyr” był gotowy oddać nawet swoje życie za poglądy, które głosił. A głosił Chrystusa, który umarł i zmartwychwstał za mnie i dla mnie! Tym, co wyróżniało go wśród innych, był fakt, że to o czym świadczył było częścią jego życia. Było jego doświadczeniem, jego cierpieniem, jego bólem i lękiem.

Czy dzisiaj nie brakuje takich świadków? Z pewnością! Niekoniecznie ich świadectwo jest związane z oddaniem życia, choć można powiedzieć, że w jakiś sposób je poświęcają, ofiarowują nawet jeżeli nie w wymiarze czysto fizycznym. Dają swoje życie, by dać nowe życie, nową nadzieję tym, którzy ją utracili. Są pocieszeniem tam, gdzie już dawno nie ma uśmiechu i radości. W jakiś sposób uczestniczą w tym wielkim darze jakim jest Duch Pocieszyciel, którego apostołom i wszystkim uczniom obiecał Jezus. Oświeceni Jego charyzmatami stają się świadectwem pokoju…

Prośmy dziś – w wigilię Zesłania Ducha Świętego – o to, żeby zstąpił na nas Duch Pocieszyciel, żeby zapalił się w nas Ducha Świadectwa. Za nieco ponad dwa miesiące wyruszymy w drogę. I na tej drodze będziemy powołani, aby być świadkami. Obyśmy faktycznie nimi byli!

Dlatego wołamy: ześlij o Chryste Twojego Ducha nam…

Tekst opublikowany przeze mnie dla pielgrzymów Warszawskiej Akademickiej Pielgrzymki Metropolitalnej na stronie www.wapm.waw.pl