Na Boże Narodzenie

Ciekawe ile osób zastanawia się nad teologicznym sensem świąt. Ciekawe ile osób myśli tylko o tym, żeby spotkać się w tym czasie z rodziną i znajomymi. Ciekawe ile osób chce w tym czasie odpocząć i dobrze zjeść… I można by tak długo. Czy zamierzam krytykować którąkolwiek z tego typu postaw? Nie! Boże Narodzenie ma to do siebie, że Bóg przychodzi wtedy do każdego. Można mówić, że Boga nie ma lub że Bóg już dawno umarł. Można mówić, że przeżywamy właśnie Święto Drzewka. Można mówić, że urodził się prawdziwy Bóg Zbawiciel. Ale to wszystko jest mało istotne. Dla małego Jezusa też nie było miejsca w gospodzie, co nie znaczy, że z tego powodu Maryja i Józef mieli zrezygnować z Jego narodzin…

Nie chcę narzekać na tych, którzy w święta nie idą do kościoła na pasterkę i w zasadzie w ogóle nie wiedzą, że mają one wymiar jakkolwiek religijny. Dzisiejsze społeczeństwo, dzisiejszy świat wiele rzeczy na długiej drodze historii zagubił. Nic tu nie da krzyczenie i straszenie piekłem. Zresztą ci ludzie czasami żyją bliżej Nowonarodzonego niż wielu „pobożnych” katolików! W końcu rodzi się On w tym (i w tych!), co słabe, pomijane i zagubione. Czyste serce jest ważniejsze niż tysiące zewnętrznych praktyk. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą…

Chce dlatego nawiązać jedynie do słów Benedykta XVI z pasterki w Rzymie. Mówił on, że dziś często o Bogu zapominamy. Tyle, że zapominając o Nim tracimy też zwykle kontakt z innymi ludźmi. Bardziej interesujemy się samymi sobą niż tymi, na których – teoretycznie – tak bardzo nam zależy. Tak tak – każdy będzie się zapierał, że w święta ma czas tylko dla rodziny i bliskich. I jeżeli faktycznie tak jest, to dobrze, ale czasami lepiej sobie coś wcześniej uprzytomnić, nawet jeżeli ma to być przykre i bolesne, niż dalej ranić swoją obojętnością ludzi, których prawdziwie kochamy.

Tego wam życzę. Być prawdziwym przed sobą. Nawet jeżeli do Boga wam daleko, to taka postawa i tak bardzo was do Niego zbliża. Zbliża też do drugiego człowieka. Do małego Jezusa przyszli i ubodzy pasterze i trzej mądrzy magowie ze Wschodu. Dlaczego? Bo był. I to naprawdę był! W ciele urodził się raz, ale w nas może się rodzić każdego dnia…

Niebo we mnie

Każdy człowiek posiada w sobie niesamowitą głębię. Nawet jeżeli kryje się ona za welonem płytkości i niewrażliwości. Są oczywiście ludzie, którzy tej głębi w sobie jeszcze nie zbadali, którzy nie poznali swego wnętrza, swego „ja”. Nie dziwi fakt, że to zagłębienie się w siebie może być przyczyną lęku – kto nie boi się wejść do nieprzenikalnie ciemnego pokoju, w którym nigdy wcześniej nie był?

Ale głębia, która tkwi w nas może stać się źródłem radości i pokoju dla tych, którzy zaufają i „wejdą” w siebie. Odkryją niebo. Niebo, którego nigdy nie zgłębią i które ciągle będzie ich zaskakiwać. Będzie w nim i słońce i deszcz i burza… A może ktoś dostrzeże tęczę? Jakże pięknymi uczynił nas ten, Który nas uczynił! Metaforą tego odkrywania siebie może być Wniebowstąpienie Pańskie, które dziś przeżywam we wspólnocie Kościoła katolickiego. Chrystus przez trzy lata – obraz pewnej pełni – podróżował po Judei i Galilei, by w końcu wstąpić do nieba. Wiele musiało się wydarzyć zanim był gotowy zostawić tych, których umiłował. Musiało się wszystko wypełnić… W niebie mojego serca czeka teraz na mnie. Na to, że porzucę swoje lęki i uprzedzenia, że nie zawaham się idąc w to co we mnie wciąż ciemne… Czeka na to, że Mu zaufam i spojrzę w górę. W niebo, które wcale nie musi być ponad głową…

Zapragnąć zmiany

Adwent trwa. Każdy dzień przybliża nas do czegoś niesamowitego, wydarzenia jedynego w swoim rodzaju. Zazwyczaj jednak oczekiwanie kończy się na choince, prezentach, może nawet ktoś zdecyduje się zaśpiewać kolędę. Ciągle jednak brakuje tego, Który ma przyjść…

Żyjemy dziś mentalnością otaczającego świata. Bez zawierania zbędnych kompromisów poddajemy się najnowszym trendom. Szukamy ułatwień, dla których gotowi jesteśmy rezygnować ze swoich praw. Walczymy o wolność, która jest już tylko kaprysem zamkniętego w kojcu dziecka. Szukamy wirtualnych kontaktów, bo te prawdziwe nie są idealne. Krzyczą, złoszczą się a przede wszystkim czegoś potrzebują. W Internecie na prośbę można odpowiedzieć prostym „Wyloguj się…”, na krzyk można zareagować zdjęciem słuchawek, lęku można się pozbyć wyłączając monitor…

To wszystko wydaje się takie proste. A jednak rzeczywistość jest rzeczywista! I to powoduje, że potrzeba nam zapragnąć zmiany. Film w najlepszej jakości nie zastąpi spaceru z kolegą czy koleżanką a wymyślna fabuła internetowych znajomości nie zastąpi prawdziwej przyjaźni.

Chrystusa nie da się zastąpić! Można go nie przyjąć, ale nie da się Go wyłączyć. Będzie niezależnie od statusu na Facebooku czy aktywności na GG. Będzie przychodził każdego dnia, będzie na nas czekał.

Może w końcu zdecydujemy się na wolność.

W biegu

Dużo zajęć na głowie, więc notka powstaje nieco w biegu. Ostatnio też dużo przeżyć – dzień skupienia, obłóczyny kolegów z niższych roczników, za kilka godzin promocja lektorska… Tymczasem zaczyna się czas oczekiwania. Adwent.

Każdy na coś czeka. I to jest motywacją dla naszego życia. To co oczekiwane budzi pożądanie, bo jest możliwością szczęścia. Może też jednak budzić strach, gdy jest związane z cierpieniem. W tym adwencie, któy zaczął się wczoraj wieczorem – wraz z nieszporami, owo szczęście będzie się dla mnie mieszało ze strachem. To czego oczekuję, czego chciałbym w tym adwencie doświadczyć, co chciałbym oczyścić prowadzi mnie, chociaż w tym teroretycznym rozważaniu, do jakoś pojętego szczęścia. Zarazem jednak jest związane ze strachem przed tym, co trzeba w sobie zmienić, co trzeba w sobie pokonać.

Każdy krok przybliża do czegoś, skraca czas oczekiwania. I nieważne czy się czegoś boję czy nie – ważne by zachować czujność. By w pełni świadomie czekać. Nie próbować uśpić tego, co we mnie wciąż płynie. Bo jeżeli zasnę, po przebudzeniu może się okazać, że rzeka wyschła…

Dlatego – każdy krok jest ważny.

Wakacyjnie

Wczoraj wróciłem z kolejnego w ostatnich tygodniach obozu. I jeden i drugi były dla mnie bardzo niezwykłymi wydarzeniami. Dlaczego? Po raz kolejny uświadomiłem sobie, jak bardzo ten Ktoś jest obecny w drugim człowieku, niezależnie od tego kim ów człowiek jest. W ostatnich tygodniach nierzadko bywało tak, że w ogóle nie czułem Jego obecności, wydawało się, że jest strasznie daleko, nieosiągalny. A człowiek zbliża.

Wejście w interakcję z drugim człowiekiem, choć niesie ze sobą wiele niewiadomych i wątpliwości, to w ostatecznym rozrachunku powoduje, że człowiek zaczyna w pełnym tego słowa znaczeniu „działać”. Musi podjąć aktywność, bo na drugim człowieku zawsze zależy. Można chcieć zdobyć jego uwagę, można próbować od niego uciec, można po prostu chcieć przy nim być. Gdy zaś ktoś drugiego unika, to chyba znak, że coś jest nie tak w tej relacji, ale że zarazem bardzo na niej zależy. Jest niezwykle bolesna, a co za tym idzie angażująca całego człowieka – jego fizyczność i sferę psychiczno-duchową. Myśli gubią się z łzami, których nie ma a śmiech jest wyrazem pogoni za szczęściem, którego w tym momencie nie widać.

Ale bycie z drugim to nie tylko udręka samotności. Prędzej czy później przychodzi moment, że uciekający powraca, a nie-goniący już więcej nie czeka. Następuje spotkanie, które wyraża coś co dla człowieka jest niezwykle ważne – zaufanie. I choć wiadomo, że zegar nie zatrzyma się na długo i w końcu ów niebezpieczny wyścig zwany życiem ruszy, to przecież zatrzymana chwila trwa w nieskończoność.

Za wspólnie spędzone chwile, za wszystkie rozmowy, dziękuję chłopakom z kursu lektorskiego i studentom Uniwersytetu Medycznego…

Łaska

Ostatnie dni, tygodnie, miesiące uświadamiają mnie coraz mocniej, że jest Ktoś komu bardzo na mnie zależy. Zresztą nie tylko Ktoś, ale i ktoś. I dlatego dziękuję Ci, że choć ciężko to jesteś Ty. A Twoja łaska trwa na wieki.

Gdy już nie mam siły
Kiedy w środku krzyczę
i usta milczą
Gdy już nie mam łez
tylko słabe myśli
Gdy wokół ciemno i strach
silniejszy niż ja
Kiedy nie wiem
i wiem zbyt wiele
Bo chcąc wszystko
nie chcę już nic
Zamknięty jak grzech
ale nie ślepy los

Nie podnoś z ziemi Zdyszany
uśmiechnij się bez grymasu
i podaj krzyż.

Amen.

Życzenia…

Minął Adwent. Chrystus przyszedł i historia zatoczyła koło. Znowu urodził się  jako ubogi i nędzny. Odrzucony i wyśmiany przez masy. Jest przecież inny król. Dziecko z Betlejem, to tylko dziecko Boga. A dzisiaj jest inny bóg.

Częściej świętujemy tego, który przychodzi co rok, nie zwracając uwagi na Tego, który przychodzi  każdego dnia. Tego, który rodzi się wśród bluźnierstw, sporów, kłótni. Który jest niewygodny, bo nie zaplanowany. Na szczęście jest aborcja… A On nie czeka na decyzję, ale gdy tylko wybrzmi „Chwała na wysokości”, cicho woła „Oto Ciało moje za was wydane”…

Niech umiera za mnie i za ciebie. Patrzmy. Ostatnia okazja.

W żłobie jest pełno krwi. Inny Bóg…

Trud

Ostatnie dni są dla mnie niezwykle trudne. Jest jakiś wysiłek, napięcie nie potrafię podać jednak ich przyczyny. Kwestia zmęczenia? Problem leży chyba gdzieś głębiej. Nadmiar pracy wymusił na mnie refleksję, ale wydaje się ona co najmniej niepełna. Jak się okazało wolność bez mocnego fundamentu nie może przynieść wyzwolenia. Wprost przeciwnie, taka wolność zniewala. Zmusza bowiem do postępowania, które choć po ludzku przyjemne, nie daje szansy realizacji prawdziwych celów i dążeń. Hedonistyczne szczęście jest pozorne, bo brak w nim żywej radości.

Próba oddzielenia formacji od codziennego życia – od jego trudów i tego co w nim radosne, mija się z celem jakim jest doskonalenie człowieka. Nie da się go bowiem doskonalić poza nim, poza tym co przeżywa. Celem formacji seminaryjnej nie jest przecież szkolenie li tylko teoretyczne, oderwane od praxis, ale nade wszystko szkolenie nakierowane na człowieka.

Nie ma zaś formacji bez człowieka! Nie ma formacji bez formowanego i tego, który formuje. Celem seminarium nie jest przecież tylko autoformacja, ale nade wszystko ciągłe kształtowanie człowieka przez tego Kogoś i drugiego. Ów drugi staje się specjalnym wysłannikiem, powołanym do formowania, to znaczy do świadczenia życiem. Formacja to bowiem nie tyle dyscyplina i prawo, ale właśnie świadectwo życia prawego. Bez autentycznego świadectwa formacja pozostaje na bazie nieuzasadnionej, a zatem i niewiarygodnej. Taka zaś wymusza niejako na formowanym zdecydowane jej odrzucenie.

Proces formacji wymaga obecności osoby kierującej, nie jednak obok, w charakterze tylko oceniającym, ale jej obecności „w”, czyli wejścia w ów proces. Trud tego zaangażowania nie jest daremny. Choć bowiem początkowo może budzić obawę i lęk formowanego, to przecież ostatecznie zapewnia mu poczucie bezpieczeństwa. Więcej, kreuje wskazywany w procesie formacji model w rzeczywistości. Łączy schemat z jego realizacją – teorię z praktyką. Nie ma już wówczas miejsca na oderwane od realności pomysły na formację, które nie mają szans nie tylko na akceptację, ale w ogóle niemożliwych do zastosowania. Inaczej formacja do kapłaństwa pozostanie tylko na papierze.

Trzeba szukać.

Sutanna

Już po obłóczynach. Bogata, bardzo symboliczna liturgia, a później już chyba mniej symboliczne przyjęcia, spotkania z rodziną, znajomymi. Wszyscy szczęśliwi, czasami aż do łez. A mi założono sutannę i w zasadzie nie wiem czy jest to tylko powód  do radości, czy wręcz przeciwnie – wyzwanie, któremu trzeba stawić czoło, z którym trzeba się zmierzyć.

3 i półmetrowy kawałek mniej lub bardziej czarnej tkaniny. Kilkanaście czarnych, nieco niekształtnych guzików. Biały, jeszcze wciąż uwierający pod szyją pasek. I w tym wszystkim człowiek. Człowiek z planami na przyszłość, z marzeniami, które postanowił zmienić… Które Ktoś postanowił zmienić.

Sutanna zmienia człowieka. Dla jednych stanowi szczelnie hermetyczny pancerz, dzięki któremu czują się bezpieczni, jakby nietykalni. Nikt im już nie może zagrozić, nie liczą się koledzy z seminarium, przełożeni, bo przecież to już ksiądz…? Dla innych sutanna to tylko zbędny dodatek, we współczesnym świecie już całkowicie nieaktualny. Wiadomo, że nie szata zdobi człowieka… Więc po co się przebierać, narażać na śmieszność, wyszydzanie na ulicy, na katechezie w szkole. Liczy się wnętrze.  Ale to są podejścia do sutanny właśnie tylko jak do kawałka materiału. A sutanna to chyba coś więcej?

Sutanna to przecież nie tyle symbol śmierci, czy jak twierdzą inni – nowego życia, nowego człowieka, ale chyba przede wszystkim znak wolności. Wolności na którą jak zwykle trzeba odpowiedzieć, której trzeba zaufać i w końcu pokochać. Inaczej pozostanie tylko symbolem bez wnętrza, czyli bez człowieka.  Wolność sutanny opiera się na wolności człowieka. Jest sutanna, potrzeba człowieka. Wolnego człowieka…

Zrozumieć słabość

Dzisiaj rozpocząłem głoszenie rekolekcji dla młodzieży. Wraz z kolegami z seminarium wyruszyliśmy do parafii, by dać świadectwo swego życia, by przez siebie pokazać Boga. Trudno jednak jest dawać takie świadectwo, gdy człowiek zaczyna być zmęczony życiem. A ostatnio natłok obowiązków sprawił, że gdzieś z moich oczu zniknął błysk aktywizmu i coraz częściej gości w nich mętność zniechęcenia.

W obliczu trudności człowiek zazwyczaj mobilizuje siły – próbuje walczyć lub decyduje się na ucieczkę. Nie można jednak walczyć w nieskończoność lub bez przerwy uciekać. W końcu przychodzi moment, kiedy trzeba się zatrzymać. To trudna decyzja i wbrew pozorom niewyrażająca tchórzostwa. Wprost przeciwnie – domaga się ona w jakiś sposób zaprzeczenia siebie, tego do czego się dążyło, czego się pragnęło. Stanowi ona uświadomienie swej słabości i absolutnej niewystarczalności. Jest dogonieniem własnego lęku i głęboko ukrytych obaw.

Są inni ludzie, często otwarci na pomoc, gotowi się poświęcić dla drugiego. Czy jednak ktoś zastąpi człowieka w decydowaniu o sobie samym? Są też przecież tacy, którzy drugiego próbują zagarnąć, zawłaszczyć jego czas i zdolności. Oni również nie mają jednak mocy decydować o drugim, choć bardzo by tego pragnęli.

Za dwa tygodnie mam przyjąć sutannę. Ale czy nie jest to bieg, na który nie wystarczy mi sił? Czy dotarłszy do celu nie przyjdzie zrezygnować? Gdzie szukać oparcia, gdy nie ma już nawet czasu na modlitwę? Inaczej – gdy się już za siebie modlić nie potrafię.

Dzięki Ci za każdą chwilę. Daj mi siłę…