Jestem Chrystusa

Dzisiaj w Ewangelii o człowieku, którego drugie imię to „Legion”. Piszę drugie, bo zapewne było pierwsze, zanim nie przyszedł Zły i nie zawładnął nim. Bo tak właśnie działa szatan. Pozbawia człowieka imienia, co zgodnie z hebrajską tradycją znaczy ni mniej ni więcej tylko śmierć. Ten człowiek umarł, a Chrystus go wskrzesił, po prostu dał nowe życie.

To, co szczególnie zwróciło moją uwagę w dzisiejszym Słowie, to zachowanie Legionu. Boi się Chrystusa, jest przedstawiony jako ktoś słaby, lękliwy wobec Jego potęgi. A dziś? Dziś mało mówi się o potędze Boga, o Chrystusie, który zwyciężył szatana i pokonał śmierć. Są tematy zastępcze. Tak jak w polityce zamiast mówić o sprawach poważnych, można dyskutować nad płcią posła, tak i mówiąc o wierze, można przestać zwracać uwagę na Boga. Zamiast o Jego miłości – mówimy o miłości między dwojgiem zakochanych, zamiast o Jego przebaczeniu – o podaniu ręki przez zajadłych przeciwników. A przecież ta miłość i przebaczenie są dziełem Chrystusa, który jest między nami, gdy tylko zbieramy się w Jego imię! Nie są dziełem ludzkim! Gdy się nim jednak staną, zobacz jak szybko marnieją i usychają…

Co jest dzisiaj bardziej wyakcentowane – wszechogarniające nas zło – Legion, czy Chrystus, który jest z nami zawsze? Złego nie można lekceważyć, ale tym bardziej nie można zapomnieć o Tym, który pokonał Go raz na zawsze. Kiedy przypomnisz sobie wreszcie, że faktycznie jesteś Chrystusa – do Niego należysz i z Nim chcesz iść przez życie – dużo łatwiej będzie ci powiedzieć Legionowi: „Idź precz!”. Jako chrześcijanie musimy się nauczyć mówić złu: nie! Wczoraj mówił o tym o. Leon Knabit w Łodzi (polecam artykuł na ten temat Katolik powinien mówić jasno „nie”). Jeżeli ustaną podziały między nami, jeżeli nie będzie już Żyda ani Greka, niewolnika ani człowieka wolnego, lecz będzie w nas prawdziwie obecny Chrystus, dużo łatwiej będzie też powiedzieć zdecydowane „nie!” aborcji, eutanazji, antykoncepcji, współżyciu przed ślubem, związkom gejów i lesbijek, adopcji dzieci przez homoseksualistów…

Jezus wypędził Legion w dwa tysiące świń. Wszystkie zatonęły w jeziorze. Tym jeziorem, jest Genezaret. To po nim Chrystus będzie chodził. On nie ucieka od Złego i nie boi się go podeptać. Jestem Chrystusa. I dlatego chcę mówić za Piotrem: Panie, (…) każ mi przyjść do siebie po wodzie!… Po tej wodzie – pełnej zdechłych świń!

Mk 5, 1-20 Jezus i uczniowie Jego przybyli na drugą stronę jeziora do kraju Gerazeńczyków. Ledwie wysiadł z łodzi, zaraz wybiegł Mu naprzeciw z grobów człowiek opętany przez ducha nieczystego. Mieszkał on stale w grobach i nawet łańcuchem nie mógł go już nikt związać. Często bowiem wiązano go w pęta i łańcuchy; ale łańcuchy kruszył, a pęta rozrywał, i nikt nie zdołał go poskromić. Wciąż dniem i nocą krzyczał, tłukł się kamieniami w grobach i po górach. Skoro z daleka ujrzał Jezusa, przybiegł, oddał Mu pokłon i zawołał wniebogłosy: Czego chcesz ode mnie, Jezusie, Synu Boga Najwyższego? Zaklinam Cię na Boga, nie dręcz mnie! Powiedział mu bowiem: Wyjdź, duchu nieczysty, z tego człowieka. I zapytał go: Jak ci na imię? Odpowiedział Mu: Na imię mi „Legion”, bo nas jest wielu. I prosił Go na wszystko, żeby ich nie wyganiał z tej okolicy. A pasła się tam na górze wielka trzoda świń. Prosili Go więc: Poślij nas w świnie, żebyśmy w nie wejść mogli. I pozwolił im. Tak duchy nieczyste wyszły i weszły w świnie. A trzoda około dwutysięczna ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora. I potonęły w jeziorze. Pasterze zaś uciekli i rozpowiedzieli to w mieście i po zagrodach, a ludzie wyszli zobaczyć, co się stało. Gdy przyszli do Jezusa, ujrzeli opętanego, który miał w sobie legion, jak siedział ubrany i przy zdrowych zmysłach. Strach ich ogarnął. A ci, którzy widzieli, opowiedzieli im, co się stało z opętanym, a także o świniach. Wtedy zaczęli Go prosić, żeby odszedł z ich granic. Gdy wsiadł do łodzi, prosił Go opętany, żeby mógł zostać przy Nim. Ale nie zgodził się na to, tylko rzekł do niego: Wracaj do domu, do swoich, i opowiadaj im wszystko, co Pan ci uczynił i jak ulitował się nad tobą. Poszedł więc i zaczął rozgłaszać w Dekapolu wszystko, co Jezus z nim uczynił, a wszyscy się dziwili.

Nie jesteś najważniejszy! Nie łudź się!

Kilka słów zainspirowanych przez jednego znajomego księdza. Prosta zasada, żeby w życiu być szczęśliwym: nie łudź się, nie jesteś najważniejszy! Podobno szczególnie odnosi się do facetów. Kobieta zwykle potrafi okazać nieco więcej empatii i zainteresowania drugą osobą niż twardy i pewny siebie mężczyzna (nie ma w tym nic złego – tak po prostu jest!). Zresztą narcyzm to problem głównie wśród facetów i to co najmniej od czasów greckiej mitologii…

Przyczyną wielu życiowych trudności i związanego z nimi cierpienia, jest często zbytnia ufność we własną wielkość. Przecież tylko ja mogę to zrobić, beze mnie sobie nie poradzą, nie mogę ich zawieść – na pewno na mnie liczą… Można tak długo – litania do własnej wielkości chyba nie ma końca. Sługa Boża Madeleine Delbrêl miała powiedzieć:

W każdym z nas jest wielki człowiek. Święty Paweł nazywa go starym człowiekiem…

Te słowa mocno mnie uderzyły. Być prawdziwie radosnym i wolnym można dopiero wówczas, gdy ten stary człowiek umrze, a z nim nasza wielkość. Nie chodzi tu o to, by popadać w jakiś kompleks niższości czy nie wierzyć we własne możliwości. To druga skrajność a tych warto unikać. Prawda jest gdzieś po środku. Uznać, że zależę od drugiego, że nie jestem w stanie się sam zbawić, to znaczy stanąć bardzo blisko Chrystusa.

Jeżeli faktycznie uwierzysz, że drugi człowiek jest ci potrzebny, odetchniesz z ulgą. Zobaczysz wtedy, ile rzeczy staje się prostszych. Gdy już nie wszystko będzie zależało od ciebie, może dostrzeżesz, że ktoś obok ciebie też coś potrafi i może warto to wykorzystać? Może nawet będzie w czymś od ciebie lepszy? Facet lubi konkurować i – co więcej – lubi zwyciężać. Zdrowa konkurencja to jednak taka, w której zakłada się, że walczymy uczciwie i druga strona też może wygrać.

Gdy przytrafia się porażka, człowiek uważający się za kogoś najważniejszego na świecie, ma naprawdę ciężki orzech do zgryzienia. Przecież teraz wszyscy będą mówić o jego słabości, każdy będzie go wytykał palcami a już na pewno obgadywał za plecami. Można popaść we frustrację! Prawda tymczasem zwykle będzie taka, że o ile w ogóle ktoś zauważy twoją „porażkę”, to co najwyżej będzie to kilka bliskich osób, które zwykle nie będą ci chciały wbić sztyletu w plecy, ale przyjdą z pomocą. Ale czy twoja duma pozwoli ci tę pomoc przyjąć?

Na koniec piosenka. Oasis – „The Importance Being Idle”. O tym, dlaczego czasami warto spojrzeć nieco szerzej. Teledysk taki sobie – wsłuchajcie się w słowa… Pod klipem załączam fragmenty polskiego tłumaczenia.

Sprzedałem swoją duszę po raz drugi
Bo ten facet mi nie płaci
Błagałem mojego „pana” o więcej czasu
Powiedział „Synu, rachunki czekają”.

Mój najlepszy przyjaciel zadzwonił do mnie w nocy
Powiedział: „Zwariowałeś?”
Moja dziewczyna kazała mi zająć się swoim życiem
Powiedziała: „Chłopaku, ale ty jesteś leniwy”

Ale mnie to nie obchodzi
Tak długo jak mam łóżko pod świecącymi gwiazdami
Dam sobie rade, jeśli tylko dacie mi chwilę
Człowiek ma ograniczenia
Nie mogę żyć w pełni, jeśli nie ma w tym mojego serca

(…)

Latem straciłem moją wiarę
Bo nie chciało przestać padać
Niebo cały dzień było czarne jak nocą
Ale ja nie narzekam

Błagałem mojego lekarza o jeszcze jedną serię
Powiedział: „Synu, brak mi słów”.
Nie mam nawet miejsca do zabijania czasu.
Niech zgadnę, jestem po prostu leniwy.

(…)

Niebo we mnie

Każdy człowiek posiada w sobie niesamowitą głębię. Nawet jeżeli kryje się ona za welonem płytkości i niewrażliwości. Są oczywiście ludzie, którzy tej głębi w sobie jeszcze nie zbadali, którzy nie poznali swego wnętrza, swego „ja”. Nie dziwi fakt, że to zagłębienie się w siebie może być przyczyną lęku – kto nie boi się wejść do nieprzenikalnie ciemnego pokoju, w którym nigdy wcześniej nie był?

Ale głębia, która tkwi w nas może stać się źródłem radości i pokoju dla tych, którzy zaufają i „wejdą” w siebie. Odkryją niebo. Niebo, którego nigdy nie zgłębią i które ciągle będzie ich zaskakiwać. Będzie w nim i słońce i deszcz i burza… A może ktoś dostrzeże tęczę? Jakże pięknymi uczynił nas ten, Który nas uczynił! Metaforą tego odkrywania siebie może być Wniebowstąpienie Pańskie, które dziś przeżywam we wspólnocie Kościoła katolickiego. Chrystus przez trzy lata – obraz pewnej pełni – podróżował po Judei i Galilei, by w końcu wstąpić do nieba. Wiele musiało się wydarzyć zanim był gotowy zostawić tych, których umiłował. Musiało się wszystko wypełnić… W niebie mojego serca czeka teraz na mnie. Na to, że porzucę swoje lęki i uprzedzenia, że nie zawaham się idąc w to co we mnie wciąż ciemne… Czeka na to, że Mu zaufam i spojrzę w górę. W niebo, które wcale nie musi być ponad głową…

Zapragnąć zmiany

Adwent trwa. Każdy dzień przybliża nas do czegoś niesamowitego, wydarzenia jedynego w swoim rodzaju. Zazwyczaj jednak oczekiwanie kończy się na choince, prezentach, może nawet ktoś zdecyduje się zaśpiewać kolędę. Ciągle jednak brakuje tego, Który ma przyjść…

Żyjemy dziś mentalnością otaczającego świata. Bez zawierania zbędnych kompromisów poddajemy się najnowszym trendom. Szukamy ułatwień, dla których gotowi jesteśmy rezygnować ze swoich praw. Walczymy o wolność, która jest już tylko kaprysem zamkniętego w kojcu dziecka. Szukamy wirtualnych kontaktów, bo te prawdziwe nie są idealne. Krzyczą, złoszczą się a przede wszystkim czegoś potrzebują. W Internecie na prośbę można odpowiedzieć prostym „Wyloguj się…”, na krzyk można zareagować zdjęciem słuchawek, lęku można się pozbyć wyłączając monitor…

To wszystko wydaje się takie proste. A jednak rzeczywistość jest rzeczywista! I to powoduje, że potrzeba nam zapragnąć zmiany. Film w najlepszej jakości nie zastąpi spaceru z kolegą czy koleżanką a wymyślna fabuła internetowych znajomości nie zastąpi prawdziwej przyjaźni.

Chrystusa nie da się zastąpić! Można go nie przyjąć, ale nie da się Go wyłączyć. Będzie niezależnie od statusu na Facebooku czy aktywności na GG. Będzie przychodził każdego dnia, będzie na nas czekał.

Może w końcu zdecydujemy się na wolność.

Życzenia…

Minął Adwent. Chrystus przyszedł i historia zatoczyła koło. Znowu urodził się  jako ubogi i nędzny. Odrzucony i wyśmiany przez masy. Jest przecież inny król. Dziecko z Betlejem, to tylko dziecko Boga. A dzisiaj jest inny bóg.

Częściej świętujemy tego, który przychodzi co rok, nie zwracając uwagi na Tego, który przychodzi  każdego dnia. Tego, który rodzi się wśród bluźnierstw, sporów, kłótni. Który jest niewygodny, bo nie zaplanowany. Na szczęście jest aborcja… A On nie czeka na decyzję, ale gdy tylko wybrzmi „Chwała na wysokości”, cicho woła „Oto Ciało moje za was wydane”…

Niech umiera za mnie i za ciebie. Patrzmy. Ostatnia okazja.

W żłobie jest pełno krwi. Inny Bóg…

Krzyż

Krzyż. A na nim Człowiek. Człowiek, który został skazany na śmierć za to, że Go nie zrozumiano. Za to, że stał się bezimiennym Bogiem. Za to, że nie bał się głośno mówić, tego, o czym inni woleliby milczeć. Umarł, bo był słaby – Jego wpływy znikły, więc stał się bezużyteczny. Ci, którym uwierzył, zdradzili, bo znajomość z Nim przestała być opłacalna. Trzeba Go wymazać z pamięci, trzeba pozbyć się Krzyża, bo przypomina o Tym, który pociągnął za sobą ludzi a ci się na Nim zawiedli. Nie dał im pieniędzy, nie dał zdrowia ani sił. Nie dał im popularności czy władzy. Dał siebie. Jak na XXI wiek to stanowczo za mało…

Znak Wolności musi zniknąć w imię wolności. Ten, który zaproponował nowe myślenie, nie mieści się w wyzwolonym myśleniu współczesnych. Czyżby z wolnością przesadził? Wolność od uprzedzeń, od nienawiści, od siebie…?  Dzisiaj wystarczy wolność od drugiego człowieka. Propozycja sprzed wieków jest zbyt daleko idąca. Kłóci się z nowym projektem człowieka jako istoty myślącej a zatem samowystarczalnej. To bowiem samowystarczalność i pozbawiona błędów autorefleksja może liczyć dziś na określenie mianem wolności. Kto nie potrafi uwolnić się od drugiego człowieka, ten umarł. To też było przyczyną Jego śmierci. Za bardzo zaufał, za bardzo uwierzył, za bardzo pokochał…?!

I choć zniknie ze ścian, będzie wołał. „Wstań, który śpisz i powstań z martwych!” Powstań ze śmierci swej ograniczonej wolności, powstań ze zniewolenia wolnością! Współczesne nurty liberalizujące mają to do siebie, że trudno je zrozumieć i łatwo się w nich zagubić. Jest przecież tak wiele możliwości! Niestety nie da się tych możliwości zweryfikować – zaakceptować lub odrzucić, bo każda z nich ingeruje w inną i w ten sposób z możliwości czyni prawo. Uporządkowany zbiór norm, które mają dać człowiekowi wolność. I faktycznie porządkują życie, ale obiecanej wolności nikt nigdy nie odczuł. Bo jak poczuć wolność, gdy jest się zniewolony przez nią samą? Czy to wówczas jeszcze wolność czy też jakaś forma strachu przed nią?

Potrzeba, żeby umarł. Żeby jak wtedy nastała cisza śmiercionośnego snu. Żeby wszyscy zrozumieli, że był Człowiekiem. Nie poddał się śmierci, choć wszyscy na to liczyli. Był wolny. I przypomina z tego samego Krzyża – nie ma wolności bez człowieka, nie ma wolności bez doświadczenia niewoli, nie ma wolności bez zmierzenia się ze sobą i swoim życiem. Bez podjęcia walki o swoją wolność, która rodzi się tam, gdzie nikt jej nie widzi. Bez podjęcia swego krzyża…

Proste rozwiązania

Dzisiaj rozpoczyna się okres bezpośrednich przygotowań do najbardziej skomercjalizowanych świąt w ciągu roku. Wydaje się, że dla wielu ludzi nie ma już żadnego znaczenia czy będą obchodzić Święto Światła, czy kolejną rocznicę narodzin Boga chrześcijan. Ważne, że jak co roku będzie możliwość nie pójścia do pracy, szkoły, a do tego upominki, wieczerza wigilijna, ciepła rodzinna atmosfera…

Wszyscy się gdzieś śpieszą. Przecież tyle spraw trzeba jeszcze załatwić! W seminarium w tych dniach też niewiele pozostało z „radosnego oczekiwania”. Wydarzenie goni wydarzenie, przecież „trzeba” znowu dobrze wypaść, „trzeba” wszystko załatwić teraz, by w święta móc odpocząć. Ten Ktoś, na którego teoretycznie oczekujemy, praktycznie zostaje zepchnięty na drugi plan. Przecież jeszcze się nie narodził. Jeszcze jest czas…

I ja wpadłem w ów szaleńczy świąteczny korowód, pełen kolorowych lampeczek i błyszczących ozdób. Przecież On i tak przyjdzie. Nie ważne czy będę na to przygotowany, nie ważne czy tego chcę. Takie myślenie nie wymaga od człowieka prawdziwego zaangażowania. Bowiem czy nie łatwiej zająć się tysiącem tak zwanych „problemów”, niż oddać ten czas do dyspozycji Kogoś? Zazwyczaj szukamy prostych rozwiązań, jest to wpisane w naturę człowieka, ale czy „proste” faktycznie oznacza „najlepsze”?

Pośpiech wymaga pracy zarówno ciała jak i myślenia. Pozwala się wyłączyć i przetrwać te momenty życia, które wydają się tak bardzo monotonne i zwyczajne lub pozornie zbyt trudne, by się w nie zaangażować. Zwykło się mówić: „Święta, święta i po świętach”. Długotrwałe zewnętrzne przygotowania tak silnie generują oczekiwanie na coś szczególnego, że gdy owo wydarzenie nadchodzi, wydaje się ono być zbyt krótką chwilą. Można by wręcz rzec, że pośpiech generuje pośpiech.

Adwent w życiu przeciętnego katolika sprowadza się zwykle do… Trudna jest odpowiedzieć na to pytanie, gdyż zazwyczaj adwentu nie ma. Przed wstąpieniem do seminarium, czas ten był dla mnie związany „tylko” z rekolekcjami i spowiedzią. Podchodziłem do niego jako do okresu przejściowego przed przerwą świąteczną. Czekałem by móc odpocząć. Co roku czekałem na siebie i na nikogo więcej.

Wyjść z pułapki wcielonego egoizmu, by móc dostrzec prawdziwe Wcielenie. Takiego celu nie da się zrealizować, gdy nie ma się nawet jego świadomości! A tak łatwo wyprzeć go przy pomocy różnego rodzaju zaangażowań i nawet bardzo pobożnych praktyk! Dzisiaj czekać znaczy przecież tracić. Dzisiaj czekać znaczy nie wiedzieć co ze sobą zrobić. Dzisiaj czekać znaczy wreszcie po prostu się bać.

Przeczekać Boga?

Komplikowana rzeczywistość

Jednym z wyznaczników dzisiejszej kultury jest dążenie do prostoty. Proste dźwięki, kształty, charaktery. Zdolność do tworzenia syntez była i ciągle jest w cenie. Prostota nie męczy, co najwyżej czasem zadziwia, zastanawia.

Spróbowałem ten klucz przyłożyć do kwestii wiary i ewangelizacji. Ciekawe, że tutaj często próbuje się iść dookoła sedna sprawy. Ten Ktoś, określany przez niektórych jako „Pan”, niejednokrotnie stawiany jest jako odległy i w gruncie rzeczy nieosiągalny cel, do którego dążyć można na różne sposoby, z których każdy jest dobry. Aby do przodu, aby do przodu…

Mam wrażenie, że popychana przez coraz bardziej abstrakcyjne inicjatywy, ewangelizacja stała się dla wielu ludzi hobby, nietuzinkowym zainteresowaniem, a niekiedy wręcz dobrze płatnym zajęciem. W końcu określenie „ewangelizatora” i grono swych „nawróconych” dość dobrze motywuje do dalszej pracy. Nie można kwestionować wiary osób, które coś lub raczej Kogoś odnalazły w swoim życiu. Właśnie, tylko czy one odnalazły Kogoś czy tylko kogoś?

Ewangelizowanie jest zajęciem czy raczej powołaniem, o tyle trudnym, że składa ono na barki osoby, która się go podejmuje, odpowiedzialność za przedstawienie Ewangelii jako Dobrej Nowiny, czyli jako takiej, która została nam przekazana. Można próbować Ewangelię poprawiać, by dostosować ją do współczesnych warunków i mentalności, tylko po co? Ktoś kto chce Ewangelię zaktualizować, popełnia błąd! Nie rozumie, że Ewangelia nie straciła na aktualności. Jest ciągle świeża, świeżością ewangelizatora. Jest tu podobnie jak z chlebem. Można wczorajszy chleb odgrzać i podać do zjedzenia, ale można też z tej samej mąki, z której był wypieczony, przygotować chleb nowy, naprawdę świeży.

Można opracowywać coraz to nowe sposoby odgrzewania ewangelizacji, czy jednak jest to wciąż ta sama „nowa ewangelizacja”? Ile w tym odgrzewanym chlebie pozostało chleba, a ile nagromadziło się sadzy? Czy nowa ewangelizacja naprawdę wciąż potrzebuje krążyć dookoła Niego, by Go przedstawić? Czy nie warto nowej ewangelizacji zaktualizować? Dokonać już nie tyle reaktywacji, odgrzania, ale nowej aktywacji?

„Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam także na wieki” (Hbr 13, 8 ) – Kościół wybrał ten fragment jako motto początku nowego tysiąclecia i chyba się nie pomylił. Jest Ktoś, kto wciąż ewangelizuje, nie trzeba Go reaktywować…

Reaktywacja

Ostatnio słyszałem wiele opinii o ewangelizacji dzisiaj. W jakiś sposób jest to dyskusja niezwykle ważna dla mnie jako dla kandydata do kapłaństwa, który już za kilka lat będzie musiał stanąć na ambonie w kościele czy przed młodzieżą w szkole. Faktem jest, że świat nadmuchany przez  opozycyjnie nastawionych wobec Boga czy w ogóle wiary ludzi potrzebuje fali nowego podejścia do Ewangelii i kolejnego pochylenia się nad przesłaniem jej „Głównego Bohatera”.
Kiedy jednak usłyszałem, że świat można wyjaśnić przy pomocy jednego z bardziej popularnych w ostatnich latach filmu, zacząłem się zastanawiać ile jest w tym prawdy i czy to faktycznie jest możliwe. Skoro ktoś tak uważa, zresztą zapewne nie tylko on jeden, powinno być w tym coś prawdziwego. Tyle tylko, że gdy chcemy oprzeć życie człowieka, nawet tego młodego, na fundamencie zbudowanym jedynie z mediów, dobrej komunikacji i wielkich słów to nie może się udać! „(…) ten, kto słucha, a nie wypełnia, podobny jest do człowieka, który zbudował dom na ziemi bez fundamentu. [Gdy] potok uderzył w niego, od razu runął, a upadek jego był wielki.” (Łk 6, 49)

Można budować bez Ewangelii nawet wtedy, gdy On stoi na środku tej budowy. Wtedy pełni On jedynie rolę głuchoniemego patrona, dobrego ducha – maskotki projektu. Nie oznacza to jeszcze wcale, że ta pacynka ma cokolwiek do powiedzenia w jego ramach- wprost przeciwnie. Ma pomóc zdobyć popularność i słuchaczy. A jeżeli to jest cel ewangelizacji dzisiaj, to chyba wcale to ewangelizacją nie jest…

Już sama nazwa „ewangelizacja” wskazuje, że chodzi tu o głoszenie Dobrej Nowiny. Skoro ktoś nie bierze tego pod uwagę, zakrywając się  trudnością w dotarciu przy jej pomocy chociażby do ludzi młodych to po prostu popełnia błąd. Albo nie docenia Ewangelii albo jej nie rozumie. I to jest chyba największa tragedia. Nie znać Dobrej Nowiny, to znaczy ciągle trwać w świecie w którym obowiązuje tylko śmierć i nie ma żadnych perspektyw. Gdzie ich zatem wówczas szukać? W nawracaniu ludzi na wiarę w siebie? W nawracaniu ludzi na niewiarę?!

Można stworzyć świat, w którym nie będzie problemów. Można zbudować świat bez Boga. Można stworzyć taki twór i powiedzieć, że nie jest to prawdziwa rzeczywistość, że aby się z niej wyrwać trzeba zgodzić się na jeszcze większą iluzję. Samemu trwać w iluzji i wciągać w nią innych… Tak  to może się udać, bo przecież „Cóż to jest prawda?” (J 18, 38) W świecie gdzie wszystko jest subiektywnie względne i w teorii wszystko zależy od człowieka, prawdy nie ma. Jest „tylko” PRAWDA, ale tej nie rozumiemy…

Kim On jest?

Kim On jest? We współczesnym świecie niewiele pozostało z dawnej popularności. Kiedyś wiara w Niego była wręcz obowiązkiem, za herezje karano śmiercią- dziś umrzeć można co najwyżej dlatego, że jest się Jego wyznawcą. Pozostał już tylko jednym z bogów. Tylko? Czegóż chrześcijanie mogą żądać więcej. Mają jednego boga, który w historii częściej ich dzielił niż łączył. A zresztą tak naprawdę to bóg Żydów. Bóg, którego sami nie rozumieją, bo w rzeczywistości dla wielu Bogiem już dawno nie jest. Spełnia rolę psychologa, wróżki i lekarstwa zarazem. Krzyż to już nie tylko symbol siły i zwycięstwa, ale coraz częściej wzgardzenia i hańby. Tak jak dwa tysiące lat temu…
A kim On jest dla mnie? Kim jest Ten, którego obecność tyle razy czułem, którego wręcz dotykałem? Dzisiaj zadałem sobie to pytanie i nie potrafiłem odpowiedzieć. Nie wiedziałem kim dla mnie jest ten, Komu oddałem życie. Czyżby był to wyraz bezgranicznego poświęcenia i zawierzenia? Niestety, chyba wprost przeciwnie.  Stało się to dla mnie okazją do refleksji.

Pojawił się na nowo w moim życiu nieco ponad rok temu. Znowu mu wówczas uwierzyłem. Znowu? Tak naprawdę, to chyba pierwszy raz. Początkowo był „Wielkim Nieznanym”, bo próbowałem go od początku odkryć. I tak po godzinach spędzonych na kolanach przed kawałkiem śnieżnobiałego chleba stawał się coraz bliższy. Był powiernikiem sekretów, dobrym doradcą, którego nie zawsze słuchałem, cierpliwym słuchaczem… Można by tak długo wymieniać, ale sprowadza się to tylko do tego, że był dla mnie Rzeczą. Byłem tak jak jeden z wielu- zapatrzony w Niego, ale przez pryzmat siebie. Był moim Bogiem, ale tylko wtedy, gdy go potrzebowałem- na Mszy świętej, przy Liturgii Godzin, na egzaminie. Potem „pozwalałem” Mu się ulotnić- chciałem być sam ze swoimi zainteresowaniami, ze swoimi znajomymi, za sobą…

Aż w końcu sobie to uświadomiłem. I wtedy dopiero zobaczyłem, jak jest jeszcze daleko. Jak daleko jeszcze by być obok Niego. Ale dziękuję, że mi to pokazał, bo jeszcze raz stał się dla mnie źródłem nadziei. Nadziei, że szare życie znowu może nabrać blasku… z Nim. Tym razem naprawdę?

Choć Go nie ma
Jest.
Wywyższony Król
bez korony.

Zdetronizowany
za wiarę w Siebie.
Miłośnik miłości
której nikt nie rozumie.

Zawsze Bezpośredni
a i tak zbyt daleki.
Nie zapomnij być
pamiętaj i Bądź.