Trud

Ostatnie dni są dla mnie niezwykle trudne. Jest jakiś wysiłek, napięcie nie potrafię podać jednak ich przyczyny. Kwestia zmęczenia? Problem leży chyba gdzieś głębiej. Nadmiar pracy wymusił na mnie refleksję, ale wydaje się ona co najmniej niepełna. Jak się okazało wolność bez mocnego fundamentu nie może przynieść wyzwolenia. Wprost przeciwnie, taka wolność zniewala. Zmusza bowiem do postępowania, które choć po ludzku przyjemne, nie daje szansy realizacji prawdziwych celów i dążeń. Hedonistyczne szczęście jest pozorne, bo brak w nim żywej radości.

Próba oddzielenia formacji od codziennego życia – od jego trudów i tego co w nim radosne, mija się z celem jakim jest doskonalenie człowieka. Nie da się go bowiem doskonalić poza nim, poza tym co przeżywa. Celem formacji seminaryjnej nie jest przecież szkolenie li tylko teoretyczne, oderwane od praxis, ale nade wszystko szkolenie nakierowane na człowieka.

Nie ma zaś formacji bez człowieka! Nie ma formacji bez formowanego i tego, który formuje. Celem seminarium nie jest przecież tylko autoformacja, ale nade wszystko ciągłe kształtowanie człowieka przez tego Kogoś i drugiego. Ów drugi staje się specjalnym wysłannikiem, powołanym do formowania, to znaczy do świadczenia życiem. Formacja to bowiem nie tyle dyscyplina i prawo, ale właśnie świadectwo życia prawego. Bez autentycznego świadectwa formacja pozostaje na bazie nieuzasadnionej, a zatem i niewiarygodnej. Taka zaś wymusza niejako na formowanym zdecydowane jej odrzucenie.

Proces formacji wymaga obecności osoby kierującej, nie jednak obok, w charakterze tylko oceniającym, ale jej obecności „w”, czyli wejścia w ów proces. Trud tego zaangażowania nie jest daremny. Choć bowiem początkowo może budzić obawę i lęk formowanego, to przecież ostatecznie zapewnia mu poczucie bezpieczeństwa. Więcej, kreuje wskazywany w procesie formacji model w rzeczywistości. Łączy schemat z jego realizacją – teorię z praktyką. Nie ma już wówczas miejsca na oderwane od realności pomysły na formację, które nie mają szans nie tylko na akceptację, ale w ogóle niemożliwych do zastosowania. Inaczej formacja do kapłaństwa pozostanie tylko na papierze.

Trzeba szukać.

Sutanna

Już po obłóczynach. Bogata, bardzo symboliczna liturgia, a później już chyba mniej symboliczne przyjęcia, spotkania z rodziną, znajomymi. Wszyscy szczęśliwi, czasami aż do łez. A mi założono sutannę i w zasadzie nie wiem czy jest to tylko powód  do radości, czy wręcz przeciwnie – wyzwanie, któremu trzeba stawić czoło, z którym trzeba się zmierzyć.

3 i półmetrowy kawałek mniej lub bardziej czarnej tkaniny. Kilkanaście czarnych, nieco niekształtnych guzików. Biały, jeszcze wciąż uwierający pod szyją pasek. I w tym wszystkim człowiek. Człowiek z planami na przyszłość, z marzeniami, które postanowił zmienić… Które Ktoś postanowił zmienić.

Sutanna zmienia człowieka. Dla jednych stanowi szczelnie hermetyczny pancerz, dzięki któremu czują się bezpieczni, jakby nietykalni. Nikt im już nie może zagrozić, nie liczą się koledzy z seminarium, przełożeni, bo przecież to już ksiądz…? Dla innych sutanna to tylko zbędny dodatek, we współczesnym świecie już całkowicie nieaktualny. Wiadomo, że nie szata zdobi człowieka… Więc po co się przebierać, narażać na śmieszność, wyszydzanie na ulicy, na katechezie w szkole. Liczy się wnętrze.  Ale to są podejścia do sutanny właśnie tylko jak do kawałka materiału. A sutanna to chyba coś więcej?

Sutanna to przecież nie tyle symbol śmierci, czy jak twierdzą inni – nowego życia, nowego człowieka, ale chyba przede wszystkim znak wolności. Wolności na którą jak zwykle trzeba odpowiedzieć, której trzeba zaufać i w końcu pokochać. Inaczej pozostanie tylko symbolem bez wnętrza, czyli bez człowieka.  Wolność sutanny opiera się na wolności człowieka. Jest sutanna, potrzeba człowieka. Wolnego człowieka…

Formacja

Od ponad roku jestem w seminarium. Jeżeli wytrwam i będę gotowy, za cztery miesiące założą mi sutannę. Później jeszcze co najmniej cztery lata ciężkiej pracy nad sobą w seminarium i znacznie trudniejszej po opuszczeniu go. Mówią, że człowiek pracuje nad sobą całe życie…

W seminarium pracuje nade mną jeszcze grupa innych ludzi. Można by zatem rzec, że mam szczęście, bo nie jestem zostawiony sam sobie, lecz są osoby którym zależy na moim człowieczeństwie. Czy człowieka może jednak uczłowieczać drugi człowiek? Czy druga osoba może ingerować w ten proces, tak bardzo intymny, tak ściśle związany ze mną?

Trud formacji leży przede wszystkim w moich rękach. Uświadomić to sobie to chyba najtrudniejsze w ciągu pobytu w seminarium zadanie. Człowiek jest bowiem istotą, która, choć nie chce tego przyznać, szuka zniewolenia, jednocześnie pragnąc zachować pozór zewnętrznej autonomiczności. Nie chodzi tu bynajmniej o zniewolenie woli wolnej, lecz o kajdany założone na świadomość siebie. Żyjąc w zamkniętym środowisku taka rezygnacja ze swej wolności staje się czymś pociągającym, co może rozwiązać wszystkie problemy, co pozwoli zapomnieć o swoich brakach i wadach. Już nie ja ponoszę za siebie odpowiedzialność lecz ten, kto nałożył na mnie ograniczenia, kto zakuł mnie w kajdany. Moda na „umywanie rąk” przetrwała ponad 2000 lat.

Jaka jest zatem rola formatorów seminaryjnych? Czy mają występować jako ci, którzy pozwalają na wszystko, czy jako strażnicy „praw i moralności”, których ulubionym czasownikiem jest „powinien”? Nie można powiedzieć, że odpowiedź leży pośrodku, nie ma bowiem nic gorszego jak niekonsekwencja. Wydaje się, że tak postawione pytanie wychodzi przede wszystkim z błędnego założenia. Formator nie powinien być „obok” lecz nade wszystko być „dla”. Nie może pełnić roli nadzorcy, który od czasu do czasu zamienia się w snajpera czy szpiega. Wówczas nie tylko nie pomoże formowanym, ale istnieje ryzyko, że i sam sobie zaszkodzi. Być „dla” oznacza być opiekunem wzrostu osoby w drugim człowieku.

Formatora można moim zdaniem porównać do garncarza. Z gliny – materiału niezwykle modalnego – wyrabia on piękną ceramikę. Gdy obraca garncarskim kołem kształt powstającego przedmiotu zależy od delikatności jego rąk. Jeżeli będzie nimi szamotał, trząsł to glina szybko znajdzie się na podłodze. Jeżeli będzie zbyt ostrożny, kawałek gliny nie zmieni swej formy i nie powstanie nic. Efekt pracy garncarza łatwo można sprawdzić. Najpierw próba ognia – jeżeli ścianki naczynia są zbyt delikatne lub odpowiednio zbyt grube to w czasie wypalania w piecu rozkruszą się. Jeżeli naczynie przetrwa tę próbę czeka je spotkanie z człowiekiem, który dany przedmiot kupi. Może mu się spodobać lub nie, może mu służyć wiele lat lub kilka dni. Czy nie widać tu podobieństwa do młodego księdza na pierwszej po święceniach parafii?

Na koniec chciałem się wreszcie zastanowić czemu formacja ma służyć. Jedni mówią, że uświęceniu, inni, że ma być drogą do doskonałości. Czy jest to jednak osiągalne? Czy seminarium jest fabryką, która z grzesznika uczyni człowieka świętego? Czy da się w ten sposób zmazać osobę w człowieku? Nie chciałbym trafić w seminarium na opiekunów, którzy żądaliby ode mnie świadectwa świętości czy doskonałości. W rzeczy samej oba te pojęcia sprowadzają się bowiem prędzej czy później do tego samego- do spełniania czysto ludzkich oczekiwań. Seminarium, jak wskazuje sama nazwa wywodząca się od łacińskiego seminas – ziarno, winno być moim zdaniem miejscem zaszczepienia w człowieku tego Kogoś komu chce on poświęcić życie. Bez takiego fundamentu można być w seminarium ateistą, a opuszczając je stać się zagorzałym antykatolikiem. Zasiać tego Kogoś to starać się pokazać Go chociaż w części takim jakim jest. Pokazać, co On zmienił w moim życiu jako kapłana. Czy klerykowi potrzeba bardziej dyscypliny czy Boga?

Jeżeli kogoś próbuje się kontrolować, podglądać on zawsze będzie się tylko bał, nawet podświadomie. To nie służy atmosferze ciszy i skupienia. Nie sposób wówczas zadać sobie pytanie „Co ja tutaj robię?”, „Czego od tego miejsca oczekuję?”. Za to wciąż są wyrzuty i wątpliwości „Tego nie zrobiłem”, „O tamtym zapomniałem”. Tak i faktycznie o Tamtym się wtedy zapomina!

Co zatem można zrobić? Krytykować? Oskarżać? Wyśmiewać? Tak można robić to wszystko, tylko czemu to ma służyć? Czy w ten sposób się formuję?

Pozostaje prosić tego Kogoś by ten ktoś, którego posłał by odmienić moje życie, miał w sobie owe Ziarno bez którego nic nie wyrośnie. Prosić dla niego o wrażliwą dłoń, która nie zniszczy a ulepi ze mnie „nowego człowieka”…

Zatęsknić

Ostatnio coraz trudniej mi znaleźć czas tylko dla Niego. Zresztą, trudno mi znaleźć czas na cokolwiek. Jest tyle problemów, tyle rzeczy dla zrobienia, tyle rzeczy, które miały być gotowe „na wczoraj”, że ten Ktoś nierzadko schodzi na dalszy plan. Czy nie jest dziwne, że w seminarium trudno jest mi znaleźć czas na modlitwę? Nie, czas jest- codziennie medytacja, msza święta, godzina przeznaczona na adorację. Tylko jak zacząć z Nim rozmowę, gdy tyle innych spraw na głowie…
Kiedy klęczę w kaplicy oprócz stojącej na ołtarzu monstrancji widzę kilkunastu młodych mężczyzn wpatrzonych w nią bez reszty. Zazwyczaj przychodzi mi wówczas do głowy pytanie o to, co oni tu właściwie robią. Przecież mogliby teraz spokojnie studiować, pracować, codziennie spotykać się z przyjaciółmi, zakochać się… A oni klęczą przed tym Kimś… Ja też klęczę i zazdroszczę im spokoju i opanowania. Zazdroszczę im tego zafascynowania, które u mnie już chyba dawno minęło. Teraz zaczął się czas zwykłej, szarej codzienności wypełnionej obowiązkami i wątpliwościami.

Taki stan był nie do zniesienia. Wydawało mi się, że muszę szybko coś w swoim życiu zmienić, bo dłużej tak nie wytrzymam. I wówczas uświadomiłem sobie coś wspaniałego… Było niedzielne popołudnie – kolejny dzień spędzony na ciągłej bieganinie i trosce o tysiące różnych spraw. Kolejny stracony dzień… Tak myślałem. Wszystko zmieniło się, gdy wszedłem na chwilę do kaplicy. Było tam zupełnie ciemno. Takie było chyba wtedy moje wnętrze. Paliła się tylko wieczna lampka przy tabernakulum. Modliłem się o dobre przeżycie spowiedzi do której miałem jeszcze tego dnia przystąpić, o pokój serca. Pojawiło się wtedy uczucie, które zapewne gdzieś wcześniej we mnie pracowało, ale nie dostrzegałem go. Poczułem zwykłą tęsknotę, która okazała się całkowicie niezwykła, która kolejny raz odmieniła moje życie…

To wystarcza…

Oszukać siebie

Niemal zawsze w rozmowach o seminarium z innymi ludźmi pojawia się wątek rezygnacji i wystąpienia. Czy jest to możliwe? Oczywiście. Sześć lat formacji to też czas na podjęcie ostatecznej decyzji- czy to moja droga, moje powołanie. Nie jest tajemnicą, że część kleryków rezygnuje z obranej drogi na różnym jej etapie- po pierwszym tygodniu, po dwóch latach, czy nawet na ostatni dzwonek, czyli przed samymi święceniami. Rezygnacja z dalszej formacji nie pociąga za sobą żadnych dodatkowych nieprzyjemności, przynajmniej teoretycznie. W praktyce, szczególnie w zamkniętych społecznościach, na przykład wiejskich, gdzie wszyscy się znają i wiedzą, że ten chłopaczek, który od dziecka był ministrantem i od roku chodził w sutannie, ostatnio przestał ją zakładać. Budzi to powszechne zdziwienie i oczywiście powoduje powstawanie plotek i niestworzonych wprost historii. Nierzadko są one bardzo krzywdzące, właśnie przez brutalne fałszowanie rzeczywistości. Taka sytuacja nie jest oczywiście regułą, ale zdarza się często.

Zrezygnowanie z dalszej formacji powinno być poprzedzone gruntownym wejrzeniem w siebie i postawienie podstawowego pytania: Czy On naprawdę mnie powołuje do kapłaństwa? Takie pytanie pojawiało się w mojej krótkiej drodze seminaryjnej już nie jeden raz. Czy da się na nie odpowiedzieć? Samemu na pewno nie.

Gdy będę szukał na własną rękę mogą pojawić się jedynie dwie skrajne odpowiedzi. Albo dojdę do wniosku, że nie jestem powołany, co zapewne dotyczy osób wrażliwszych i mniej pewnych siebie, targanych pytaniami i wątpliwościami, albo, że z całą pewnością powołany jestem skoro znalazłem się w seminarium, skoro jest mi w nim dobrze, skoro dogaduję się z kolegami a przełożeni nie mają większych zastrzeżeń. Obie odpowiedzi są z całą pewnością niepoprawne, gdyż nie szukają podpowiedzi u Niego, lecz w sobie. Są próbą zabezpieczenia własnych interesów i obrony przed lękiem. Z jednej strony człowiek w miarę swoich możliwości unika wszelkiego rodzaju poświęceń, tym mocniej, gdy nie dostrzega w nich perspektywy Łaski, z drugiej, gdy jego potrzeby są zaspakajane, nie chce zmieniać panującej sytuacji, bo i po co.

Co zatem zrobić, gdy pojawią się wątpliwości? Nie znam odpowiedzi i zapewne nigdy jej nie odkryję. Wydaje mi się jednak, że w sytuacji rodzących się pytań o własne powołanie nigdy nie można kierować się ani strachem ani dążeniem do realizacji siebie. Trzeba słuchać, On odpowie…

Jest Ktoś blisko

Jedną z największych tajemnic, na razie dla mnie nierozwikłaną jest Czyjaś obecność, którą po przekroczeniu furty seminaryjnej odczuwam coraz mocniej. Przekraczając mury domu formacyjnego wchodzi się w jakąś sferę przepełnioną mistycyzmem, magią. Nie wiem, może tylko ja to tak odczuwam? W każdym razie, niemal stale ma się poczucie czyjegoś działania. Seminarium jest miejscem, w którym dojrzewają powołania, w którym klerycy przygotowują się na posłanie przez Następcę Apostołów – Biskupa i naznaczenie nieusuwalnym piętnem Ducha Świętego. Ale ten Duch działa nie tylko dopiero w czasie święceń! Największym błędem wielu wierzących, jest dziś próba zamknięcia tego co niepojęte i z definicji nie do objęcia w żadnym kształcie, w materii. Próba sprowadzenia  rzeczywistości niebiańskiej na ziemię do figurek, obrazków, książek. Ma to swój sens, który w pełni ukazuje się w czasie przeistoczenia chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa, ale nie można jednocześnie zapominać, że ten Ktoś działa niezależnie od tego, czy uda się nam Go „złapać”, „uwięzić”. I na tym polega między innymi jego ciągłe JEST.

Kiedy przychodzi zwątpienie, moment słabości,  człowiek zwykle czuje się samotny, opuszczony. Wydaje mu się, że nikt się nim nie interesuje, że jest tysiące ważniejszych spraw, niż jego problem. Najchętniej schowałby się wtedy, tak by nikt nie mógł go znaleźć. I to jest właśnie paradoks, że w osamotnieniu, nie szukamy wsparcia drugiego człowieka, ale przeciwnie, mając poczucie zranienia, próbujemy jeszcze od tej drugiej osoby uciec.

Było to zaraz po rozpoczęciu roku akademickiego- październik, może listopad- na zewnątrz, jak to zazwyczaj o tej porze roku- szaro, mokro.  Takie było też wtedy moje wnętrze. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić, do kogo zwrócić się o radę. Nie miałem jeszcze osoby na tyle zaufanej, żeby móc się jej zwierzyć ze swoich wątpliwości, problemów. W końcu zdecydowałem się pójść do kaplicy.  Może zabrzmi to zabawnie, banalnie, ale tego dnia chyba po raz pierwszy w seminarium, może po raz pierwszy w życiu, doznałem trudnej do opisania obecności Kogoś. Bez słów, bez gestów. Gdy wychodziłem z kaplicy, czułem się już innym człowiekiem. Pogoda za oknem wprawdzie nie uległa zmianie, ale dla mnie świat nie był już tylko szary. Tę bliską obecność czuję ostatnio coraz częściej. Czy to moje uzurpacje? Nie wiem. Wiem jedno- jest Ktoś blisko…

Ty, który jesteś
byłeś, będziesz.
Przeniknij mnie.
Wejdź tam
gdzie nikt już
wejść nie chce.

Przyjdź.
Jak kiedyś
do tych którzy
czekali
w ukryciu…

Przeniknij mnie
chodź już dawno
zamknąłem się
przed Tobą.

Przyjdź.
Tak ja tylko
Ty potrafisz.
Nie w niepokoju
lecz w lekkim powiewie.

Przeniknij mnie
o Tajemnicze Tchnienie.

Przyjdź…
i zostań.

Ja

Kim jestem? Czy czuję się ekspertem, znawcą od powołań? Na pewno nie. W tym momencie jestem zapewne jednym z najbardziej niezorientowanych ludzi na ziemi. Przez dwadzieścia lat żyłem normalnie, chodziłem do szkoły, byłem nawet pilnym uczniem. Tymczasem podjęta decyzja o wstąpieniu do seminarium duchownego odmieniła praktycznie całe moje życie. Co prawda nad pójściem do seminarium zastanawiałem się już wcześniej, jednak oficjalną wersją dla wszystkich pytających o to co będę robił po maturze, było podjęcie studiów na wydziale prawa jednego z renomowanych polskich uniwersytetów. I niemal sobie to nawet wmówiłem…

Kiedy nadeszła pora podjąć ostateczną decyzję, bo upływały terminy składania dokumentów na uczelnie państwowe, nie wiedziałem tak naprawdę co zrobić. Z jednej strony rysowała się wspaniała perspektywa studiów na kierunku, który zawsze mnie interesował, z drugiej zaś zostawienie praktycznie wszystkiego i pójście do seminarium oddalonego od rodzinnego domu o ponad 90 kilometrów. Oznaczało to już na wstępie znaczne ograniczenie kontaktów z rodziną i bliskimi. Nie było łatwo. Pamiętam wieczór i noc pełną rozmów z mamą i siostrą. Nie wstydzę się przyznać, że nieco zwilżyłem tego dnia podłogę łzami. Czemu płakałem? Gdy człowiek ma zrezygnować z normalnego życia, a jednocześnie ma świadomość, że powołanie do kapłaństwa to niewyobrażalna łaska Kogoś, doprawdy staje przed wyborem niezwykle trudnym. Można tłumaczyć, że decyzja jest prosta- „Bóg tak chce”, nie ma się co zastanawiać, ale przecież takie myślenie jest głęboko idealistyczne.

Powołanie to chyba największa z zagadek, którą Ktoś pozostawił człowiekowi do rozwiązania. Ktoś w ten sam sposób co dwa tysiące lat temu, woła po imieniu. Można za tym głosem pójść, ale można i nie pójść. Czy ja go usłyszałem- nie wiem. Na szczęście teraz, każdego dnia otwierając Ewangelię, mogę się zapytać tego Kogoś- czy mnie wołałeś? (1 Sm 3, 5) Mnie, osobę tak naznaczoną grzechem, słabością, o której zapewne mało kto wie, w zasadzie chyba nikt tak do końca. Jedyne co mogę Ci zaofiarować to moje ręce. Nie, nie napracowały się one dotychczas, zawsze znalazła się osoba, która pracowała za mnie. Wykorzystaj je zatem, nie mam nic innego…

Pozwolę sobie sparafrazować znany wiersz księdza Jana Twardowskiego:

Własnego powołania się boję,
własnego powołania się lękam

i przed powołaniem w proch padam,
i przed powołaniem klękam

W lipcowy wieczór wyboru
dla innych szary zapewne-
jakaś moc przeogromna
z nagła poczęła się we mnie

Jadę z innymi tramwajem-
biegnę z innymi ulicą-

nadziwić się nie mogę
swej duszy tajemnicą