Zdziwienie

Idąc na adorację, myślałem, że będzie to jedna z wielu godzin spędzonych w kościele na modlitwie, nie spodziewałem się niczego szczególnego – kolejna rutynowa czynność, kolejny element planu dnia w seminarium. Tymczasem wydarzyło się coś niezwykłego. Gdy ksiądz rozpoczynał rachunek sumienia, wydawało mi się, że ten Ktoś przemawia właśnie do mnie. To co mówił, odnosiło się do przeżyć tamtego dnia tak mocno, że obudziłem się z tego dziwnego marazmu, w który wprowadza człowieka powtarzalność i rutyna. Taki zimny prysznic.

Wiele rzeczy stało się wówczas prostych i jasnych, na tak wiele spraw, problemów spojrzałem z całkowicie innego punktu widzenia. Dotąd myślałem, że doskonałość, że świętość wymaga jakiegoś szczególnego nastawienia na rzeczy wielkie, na sacrum. Ale tak naprawdę, co mi z tego, gdy nie będzie to miało podstawy w codziennym szarym życiu? To jest właśnie maksymalizm, gdy człowiek myśli o tym co wzniosłe, a zapomina o tym co małe, co niepozorne. Gdy dąży do Prawdy, a zapomina o prawdzie, gdy szuka Miłości, a odrzuca miłość, gdy pragnie Wolności, a wolności nie rozumie. I chyba gdzieś się w tym maksymalizmie ostatnio zatraciłem. Szukałem ogólności oderwanej od szczegółu, a taka ogólność to pozór, taka ogólność to złudzenie. Patrzyłem na ludzi przez szkło powiększające, a nie potrafiłem spojrzeć tak po prostu, nie potrafiłem, czy może raczej nie chciałem, zobaczyć ich takimi jakimi są.

Tajemnica. To jest chyba najlepsze określenie człowieka. Ja tymczasem byłem przekonany, że tych z którymi żyję, znam na tyle dobrze, że niczym mnie już nie zadziwią. Człowiek szuka człowieka, a gdy już go znajdzie odwraca wzrok, boi się spojrzeć mu w twarz, bo tej twarzy z bliska nigdy nie widział. Chowa się za żartem, za pozbawionym treści słowem i oburza się, gdy ktoś zauważa jego tchórzostwo.

Uświadomiłem sobie, że najtrudniej jest zamknąć oczy i uwierzyć, zatkać uszy, by usłyszeć więcej. I wtedy przyszedłeś Ty i zamknąłeś mi oczy… Zobaczyć drugiego człowieka już nienaznaczonego jarzmem moich słabości, to przecież zobaczyć Ciebie.

Nieznany choć po ludzku pojęty, Święty Nienadęty,
Umarły w odkupionych za cenę słodkiej wolności.
Wyklęty, bo Niezapomniany. Wytarty, bo wciąż Obecny.
Wysłuchaj! Gdy ja już dawno słuchać nie chcę.

Jeśli naprawdę Jesteś w okruchach mej niewiary,
Jeśli kochasz obłędnie pośród pustyni mej oschłości,
Jeśli widzisz trud niemodnej nadziei w gęstwinie szarpanego lęku…
Wejdź, choć drzwi wciąż zamknięte.

Na nowo

Kościół. Nieszpory. Na ołtarzu wystawiony Najświętszy Sakrament. Cisza nieśmiele przerywana przez wybuchy petard. Ludzie z zaciekawieniem obserwujący nietypową liturgię. W prezbiterium księża. Ja i On…

Jak powiedzieć „dziękuję”? Jak przyznać, że znowu sam nie dałbym rady? Jak przeprosić? Jak powiedzieć, że znowu nie byłem wobec Niego fair? … Tyle pytań i tak mało odpowiedzi. Czy słowa wystarczą? Ja będąc przed Nim nie mogłem się przebić. Chyba za dużo myślałem, a za mało byłem, wtedy, klęcząc przed monstrancją. Czasami wydaje mi się, że to moje bycie przed Nim jest bardzo puste. Inaczej… bardzo samotne. Samotne, bo chyba bez Niego. Obecność niestety nie jest gwarantem uczestnictwa.

Klęcząc przed Najświętszym Sakramentem zawsze stawiam sobie zasadnicze pytanie: Czy wierzę, że to jest On? Czy naprawdę w to wierzę? Czy chcę w to wierzyć? Czy jestem wreszcie gotów nie tylko wierzyć, ale uwierzyć?… Czy odpowiadałem na te pytania w ciągu ostatniego roku? Nie jeden raz… zawsze inaczej. Jest Tajemnicą. Jest Zagadką. Jest. Gdy ludzie tańczą, śpiewają, bawią się, ja zastanawiam się dlaczego tak hucznie żegnamy miniony rok, dlaczego z tak wielką niecierpliwością czekamy na nowy. Czy naprawdę chcemy coś w swoim życiu zmienić, czy tylko próbujemy ukryć to co nie wyszło? Czy „być” można tylko w snuciu planów, w tym czego jeszcze nie ma? Czy dziś ktokolwiek chce jeszcze być, czy woli mieć, posiadać, czuć, bawić się, używać? Gdzie podziało się Jest?

Zmieniłeś moje życie. Pokazałeś mi życie, jakiego nie znałem, jakiego nawet nie mogłem się spodziewać. Dałeś mi życie na nowo i nowe oddajesz mi każdego dnia. Pokazałeś, że „ja” nie znaczy jeszcze „być” i że tego „być” nie ma bez „ty”. Na nowo dałeś mi ludzi, z którymi żyłem przez wiele lat, nie rozumiejąc, że oni też szukają Ciebie. Posłałeś też innych bym z nimi wzrastał, bym wzrastał przez nich. Pozwoliłeś by ich powołanie było nowym powołaniem dla mnie i żebym ja dla nich był nowym powołaniem. Nie usunąłeś wątpliwości, ale nazwałeś je tajemnicą. Nie dałeś wiary, ale nauczyłeś nadziei.

Pokazałeś nowego Ciebie. Więcej – pokazujesz Go codziennie. Jesteś Miłością, lecz w zupełnie nowym znaczeniu. Bo jesteś falą, która uderza, ale nie niszczy. Bo jesteś powietrzem, którego na próżno szukać. Bo świecisz, ale nie oślepiasz. Bo Jesteś Miłością pożądającą, a niczego nie oczekujesz. Jesteś, bo kochasz.

Pokazałeś mi nowego mnie. Nowego bez względu na rok, wiek, czas. Nowego Twoją nowością. Nowego Tobą…

Nie bój się

W głowie szum, wokół tysiąc słów, pytania, relacje, żarty… aż nagle „O Stworzycielu, Duchu, przyjdź” i cisza próbująca wyrwać się z uścisku myśli. Gdy rekolekcjonista głosił konferencję rozpoczynającą kolejny dzień skupienia, ja byłem gdzieś zupełnie indziej. Gorączkowe spojrzenia na zegarek, próby skupienia i tak na przemian. A później adoracja. On był jak zwykle, a ja próbowałem… bezskutecznie.

Pozostało milczenie. Nie chciałem się tak od razu poddać i czekać na kolejną okazję. A wokół nadal szepty, śmiechy. Człowiek boi się ciszy. Boi się jej, bo boi się niezrozumienia a nade wszystko boi się siebie jakiego mógłby poznać i jakiego podświadomie się domyśla. Dlatego prościej zagadać siebie i z podniesioną wysoko głową iść przez życie. Przecież „jestem jaki jestem”…

W ostatnim tygodniu zastanawiałem się nad motywacją ludzkiego działania. Pomyliłem się powtarzając za jednym z filozofów dwudziestego wieku, że człowiekiem kieruje przede wszystkim strach przed absurdem. Jak szybko dostrzegłem, czy raczej zostałem uświadomiony, takie myślenie musi doprowadzić w konsekwencji do absurdalizacji całej rzeczywistości. Człowiek po prostu się boi. Tak naprawdę sam do końca nie wie czego, Kogo. Ale to jeszcze nie jest absurd!

Strach jest wyrazem zniewolenia. Żyć w strachu to ukrywać się, wstydzić i nie żyć. Czemu się modlę? Czemu chcę starannie wykonywać swe obowiązki? Czy powołanie to nie strach przed innym życiem?

Bojąc się zniewolenia człowiek machinalnie próbuje uciec w wolność. Czy jest to jednak już wolność czy jeszcze strach? Jaki jest sens takiej wolności dla siebie? Wolności pełnej uśmiechu, pełnej swobody, ale jak bardzo zatroskanej w swojej beztrosce? Taka wolność ogranicza i tłamsi. Wielu mamy ludzi bardzo wolnych, bo pozornie wyzwolonych z odpowiedzialności. Sednem wolności jest zaś świadomość. Ignorancja i tolerancja nie są odpowiedzią na zniewolenie, choć chcielibyśmy zapewne tak dziś uważać.

Tymczasem by przestać się bać wystarczy uwierzyć. Uwierzyć to znaczy pokochać. Pokochać to znaczy żyć…

Czy jest tajemnica? …
Nie odpowiadaj,
bo jeszcze usłyszę.

Powiesz i zniknie
jak zwykle posłuszna
spóźniona Nadzieja.

I znowu sam zostanę
z odwiecznym rodzeństwem
– zagadką i strachem.

Na własność oddany
sprzedany za bezcen
bez żadnych gwarancji.

Gwar Ciszy nie skryje
i ja znów ucieknę.
To Tajemnica…

Zostań sam

Podczas ostatniego dnia skupienia, jednym z haseł jakie podał ojciec rekolekcjonista, jako wstęp do rozważań, były słowa „Zostań sam”. Ostatnio takie pozostanie samemu ze sobą w ciszy, bez roztargnień, bez tysięcy myśli i pomysłów było dla mnie bardzo trudne. Chyba zapomniałem co to jest cisza. Chodzi tu przecież nie tylko o zewnętrzne milczenie, a przede wszystkim o milczenie gdzieś w środku człowieka.
Gadające serce nie potrafi kochać. To taka refleksja z ostatnich siedmiu tygodni pobytu w seminarium w tym roku. Gdy przychodziłem na wieczorną adorację nie potrafiłem się skupić. Próbowałem ratować się różańcem, ale to to trudna modlitwa. Zbyt trudna jak dla kogoś zagubionego w wirze obowiązków mniej lub bardziej słusznych, w zaciskającej się na szyi pętli chęci wypadnięcia dobrze, sprostania wymaganiom i oczekiwaniom.

W takiej perspektywie, pozostanie samemu wydawało się co najmniej nie możliwe. W czasie dnia skupienia, spodziewałem się długich rozmów z kolegami, bo wreszcie będzie na to czas. Miałem nadzieję, że się wreszcie wyśpię, że odpocznę. Bałem się tego wszystkiego, ale z drugiej strony po cichu na to liczyłem. Aż nadszedł upragniony czas rozpoczęcia krótkich rekolekcji.

W kościele było zimno, mimo tego panowała ciepła atmosfera rozprężenia. Uśmiechy na twarzach kolegów, ostatnie szepty przed „silentium sacrum”, które wydawało się złudnym przepisem, nierealnym, a przynajmniej trudnym do zrealizowania. Hymn do Ducha Świętego, jak zawsze monumentalny, wywołujący dreszcz na plecach. I… lekko pochylony ksiądz z uśmiechniętą twarzą, który mówi do mnie, tak mówi konkretnie do mnie: „Mane solus”. Spojrzenie prosto w oczy i słowa wypowiedziane po łacinie „Zostań sam”. Odebrałem je jako słowa wypowiedziane właśnie do mnie i dla mnie. Może sobie z tego wtedy nie zdawałem sprawy, ale wydawało się, że w kościele jestem sam z tym księdzem, który wskazuje na mnie palcem i każe pozostać samemu.

Podjąłem decyzję i znowu poczułem tę potrzebę samotności, której tak często mówiłem „nie teraz”, „później”. Była wola. Teraz trzeba ją było „tylko zrealizować”. Oznaczało to kolejną walkę o siebie. Walkę o tyle trudną, że trochę przeciw sobie… A jednak coś chyba z tego wyszło…

Zostań sam
bo przyjdzie pora
i wyruszysz nie tak daleko
ktoś woła

Osamotniony
wśród nadziei bycia
krzykiem poruszony
dla ciszy ukrycia

Nie zmienisz
że choć mężczyzna
jak dziecko kwilisz
znów sam i cisza

Drżący pieszczotliwie
ofiarnik powołania
żołnierz czasu który nie minie
bo tajemnicę osłania

Wznieś w górę oczy-
– jeszcze przyjdzie Miłość
i znów zaskoczy…
zabierze wolność

i Ciszę…

Zatęsknić

Ostatnio coraz trudniej mi znaleźć czas tylko dla Niego. Zresztą, trudno mi znaleźć czas na cokolwiek. Jest tyle problemów, tyle rzeczy dla zrobienia, tyle rzeczy, które miały być gotowe „na wczoraj”, że ten Ktoś nierzadko schodzi na dalszy plan. Czy nie jest dziwne, że w seminarium trudno jest mi znaleźć czas na modlitwę? Nie, czas jest- codziennie medytacja, msza święta, godzina przeznaczona na adorację. Tylko jak zacząć z Nim rozmowę, gdy tyle innych spraw na głowie…
Kiedy klęczę w kaplicy oprócz stojącej na ołtarzu monstrancji widzę kilkunastu młodych mężczyzn wpatrzonych w nią bez reszty. Zazwyczaj przychodzi mi wówczas do głowy pytanie o to, co oni tu właściwie robią. Przecież mogliby teraz spokojnie studiować, pracować, codziennie spotykać się z przyjaciółmi, zakochać się… A oni klęczą przed tym Kimś… Ja też klęczę i zazdroszczę im spokoju i opanowania. Zazdroszczę im tego zafascynowania, które u mnie już chyba dawno minęło. Teraz zaczął się czas zwykłej, szarej codzienności wypełnionej obowiązkami i wątpliwościami.

Taki stan był nie do zniesienia. Wydawało mi się, że muszę szybko coś w swoim życiu zmienić, bo dłużej tak nie wytrzymam. I wówczas uświadomiłem sobie coś wspaniałego… Było niedzielne popołudnie – kolejny dzień spędzony na ciągłej bieganinie i trosce o tysiące różnych spraw. Kolejny stracony dzień… Tak myślałem. Wszystko zmieniło się, gdy wszedłem na chwilę do kaplicy. Było tam zupełnie ciemno. Takie było chyba wtedy moje wnętrze. Paliła się tylko wieczna lampka przy tabernakulum. Modliłem się o dobre przeżycie spowiedzi do której miałem jeszcze tego dnia przystąpić, o pokój serca. Pojawiło się wtedy uczucie, które zapewne gdzieś wcześniej we mnie pracowało, ale nie dostrzegałem go. Poczułem zwykłą tęsknotę, która okazała się całkowicie niezwykła, która kolejny raz odmieniła moje życie…

To wystarcza…

Rok

Tak to już rok. Dokładnie rok temu przygotowywałem się do wyjazdu do seminarium. 1 września miał się rozpocząć okres wstępny trwający 3 tygodnie. 31. to była niedziela- pamiętam jak dzisiaj. Trwały ostatnie gorączkowe przygotowania. Zasadniczo nie wiedziałem czego się spodziewać. Nie dowiadywałem się jak ten czas ma przebiegać, co będziemy robić. Nie wiedziałem nawet ile osób się zgłosiło. Same zagadki a do tego ogromne zdenerwowanie. Przecież nazajutrz moje życie miało się diametralnie zmienić! Oczywiście wiedziałem, że mogę w każdej chwili zrezygnować, ale zdawałem też sobie sprawę z tego, że w seminarium mogę spędzić najbliższe sześć lat życia. A przecież nie są to zwykłe studia- one mają wszak zdecydować o całym moim życiu- nieodwracalnie!

Po porannej mszy świętej starałem się zachowywać normalnie, jak gdyby nigdy nic. Tymczasem co działo się w moim wnętrzu! … Po prostu się bałem. Wydaje mi się, że wyjazd na studia do innego miasta dla każdego młodego człowieka jest jakimś przeżyciem. Tymczasem ja oprócz rozterek z tym związanych, zastanawiałem się jeszcze czy to oby na pewno moja droga. Kogo tam spotkam? Co to za ludzie? Różnie sobie wyobrażałem życie w seminarium. Okazało się, że klerycy czy inaczej alumni to doprawdy zwykli ludzie. Ktoś by pomyślał: „to ci dopiero odkrycie!”. Tak, ale to chyba nie cała prawda. Oprócz tej całej normalności, dało się bowiem odczuć w kontaktach z pozostałymi obecnymi, szczególnie opiekującymi się nami diakonami, trudno to nazwać… coś jakby właśnie powołanie?

Tak ten czas rok temu był naprawdę szczególny. Najbardziej zapamiętałem pierwsze dni. Ranna podróż samochodem, pożegnanie na parkingu przed seminaryjna furtą i przywitanie po jej drugiej stronie. Jeden ze starszych kleryków pomógł mi wnieść swoje rzeczy do pokoju. Nawet nie zapamiętałem jego twarzy! Później pierwsze spotkania z innymi kandydatami. Wydaje mi się, że chyba wszyscy przeżywali te chwile podobnie jak ja. Pierwsze zaskoczenie? Dużo osób starszych, to znaczy po studiach, pracy. Gdy wszyscy się zjawili była modlitwa w kaplicy seminaryjnej, było kilku księży- jak się później okazało rektorzy i prefekci seminarium a prowadził nasz ojciec duchowny. Wrażenie było dla mnie piorunujące. Jeżeli dobrze pamiętam modliliśmy się Litanią do Chrystusa Kapłana i Żertwy i czułem, że On naprawdę tam jest!

Po modlitwie było spotkanie z Księdzem Rektorem, gdzie podzielono wszystkich kandydatów na cztery kilkuosobowe grupy, którymi mieli się zająć diakoni. Oprowadzili nas po budynku, pokazali wszystkie zakamarki (tak mi się bynajmniej wtedy zdawało…). Potem był wspólny obiad i kolejne zaskoczenie. Dopiero co przyjechaliśmy a już mieliśmy wyjechać by odbyć rekolekcje. Zatem szybkie przepakowanie i już byłem w autokarze. Po przyjeździe do klasztoru, gdzie mieliśmy odbyć ośmiodniowe rekolekcje był pierwszy kontakt z brewiarzem. Na każdego czekał dopiero co poświęcony egzemplarz. Nie myślałem jeszcze wtedy, że ta stosunkowo gruba i stąd nieprzyjemnie wyglądająca książka stanie się dla mnie aż tak ważna.

Myślałem, że moje życie zmieniło się wraz z przyjazdem do seminarium, ale z perspektywy roku wiem, że zmieniło się ono w czasie tamtych rekolekcji. Dzięki tamtym dniom całkowicie inaczej spojrzałem na swoje życie, na to kim byłem dotychczas i czego On ode mnie chce w przyszłości. Nie czułem Jego obecności tak mocno ani w czasie pierwszej komunii świętej ani w czasie bierzmowania. Tak naprawdę wtedy spotkałem Go chyba pierwszy raz. Twarzą w TWARZ…

Chwalić Pana

Ostatnio często słyszę opinie, że księża, czy ogólniej, osoby duchowne, zamiast modlitwą zajmują się masą innych, zbędnych ich zdaniem spraw. Mowa tu na przykład o spotkaniach z młodzieżą- niekoniecznie w kościele czy salce katechetycznej, o pracy w mediach, o rozwijaniu talentów przez pisanie książek, nagrywanie płyt, a wreszcie o coraz popularniejsze tworzenie blogów. „Niech księża zajmą się odprawianiem mszy świętych, ślubami, pogrzebami, modlitwą”. Czemu takie hasła już dziś nie dziwią?

Niestety dzisiaj kwestie duchowości, modlitwy są często rozpatrywane tylko z pozycji dwóch skrajnych biegunów. Jedni uważają, że modlitwa nie ma sensu, bo Boga nie ma, drudzy zaś, że jeżeli ktoś się nie modli rano i wieczorem, nie chodzi do Kościoła co najmniej raz w tygodniu to na pewno pójdzie do piekła, jest szatanem i w ogóle uosobieniem zła. Tak, bo przecież najprościej widzieć świat monochromatycznie- ktoś jest dobry albo zły i już.

Jeżeli zatem spojrzeć na współczesnego duchownego, którego nie widzimy już tylko w klęczniku i za ołtarzem, ale też na stronach głównych popularnych serwisów internetowych, to wedle tych kryteriów jest on złym kapłanem, zakonnikiem, bo zamiast się modlić zajmuje się bzdurami. Przecież każda chwila przeznaczona na modlitwę się liczy!

Z całą pewnością spotkanie z Nim ukrytym w Najświętszym Sakramencie jest spotkaniem szczególnym, ale tak naprawdę jest to wybranie pewnego skrótu. Zamiast szukać Go w świecie, który przecież nie jest do końca zły, łatwiej stanąć z Nim „twarzą w twarz”. A przecież On unosi się obok mnie także teraz, gdy piszę te słowa. Jest w Internecie, jest w telewizji. Jest o ile potrafimy Go dostrzec, o ile nie szukamy tam sposobności do rozprężenia, do rozładowania napięcia, ucieczki przed kłopotami i sobą.

On nie podlega żadnym zakazom i nakazom. Nikt nie może ograniczyć Jego działania także w środkach masowego przekazu! Faktem jest, że trudniej jest dostrzec tego Kogoś, poza ciszą i skłaniającą do refleksji atmosferą kościoła czy kaplicy, ale dlatego szukanie Go w pełnym brutalnej agresji, wyuzdanego egoizmu i cichej zgody świecie także może być modlitwą i to jak piękną! Chwalić Pana, gdy dzięki mojemu działaniu ktoś zaczyna Go dostrzegać, gdy wychodzi z bagna grzechu, bo usłyszał rapowaną piosenkę napisaną przez zakonnika, bo przeczytał wpis na blogu anonimowego księdza- czego chcieć więcej… Wtedy jesteśmy chyba bliżej tego Kogoś niż w kaplicy?

Nauczyć się modlić

Kilka ostatnich dni to walka z samym sobą. Z jednej strony rodzina, która czeka na brata, syna, a z drugiej seminarium, które oczekuje pomocy od swego domownika. Czyżby wybór był trudny?! A gdzie miejsce dla Niego? Jak wśród zabiegania dnia pełnego pracy, stresu, niepewności i telefonów od najbliższych znaleźć czas na modlitwę? Pomyślałem sobie, że zacisnę zęby, przetrwam te parę dni i wszystko wróci do normy. Tak, dla otoczenia może wyglądało to jako wyraz siły, poświecenia z mojej strony, ale tak naprawdę bardziej uciec i ukryć się już chyba nie dało.

Była to bowiem dezercja przed sobą i zmierzeniem się z własnymi problemami. Gdzie bowiem łatwiej znaleźć ukojenie jak nie w beztroskiej pracy, kiedy człowiek przestaje myśleć o wszystkim innym poza wyznaczonym zadaniem? Zmęczenie pracą było przecież znakomitą wymówką przed Nim. Jak mogłem się modlić skoro oczy same mi się zamykały, jak mogłem uczestniczyć w Adoracji skoro do pokoju wróciłem po dwudziestej drugiej? Tak naiwnie usprawiedliwiony bez problemu kładłem się spać z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku.

Wczoraj przed południem miałem wyruszyć do domu. Zamierzałem nadrobić zaległości w modlitwie i kontaktach z bliskimi. On jednak chciał mi pokazać, jak głęboko tkwiłem w bagnie beztroski i kompromisów. Poranek był nerwowy i przyniósł jeszcze kilka zajęć do wykonania. Gdy już kończyłem i cieszyłem się, że za chwilę będę mógł się wyrwać z seminarium i wreszcie spotkać się z rodziną, pewna osoba powiedziała mi bardzo mądre słowa. Podziękowała mi najpierw, że umiałem poświęcić czas swoich wakacji na pomoc innym, na służbę drugiemu człowiekowi. Następnie dodała, że to najpiękniejszy sposób modlitwy. Po raz kolejny ten Ktoś chciał otworzyć mi oczy i znowu Mu się udało.

Gdy składałem podanie o przyjęcie do seminarium, jako umotywowanie prośby podałem znany frazes, że w domu formacji pragnę się przygotować do „służby Bogu i drugiemu człowiekowi”. Szkoda, że zapomniałem o tym szczytnym celu. Pracę prawie zawsze traktowałem właśnie jako lek na wszystkie trudności. Zapewniała mi on schronienie od samego siebie, niczym mocna tabletka przeciwbólowa, a także umożliwiała bezpieczne pozostawanie w cieniu, dzięki robieniu tego co do mnie należało. A On czekał, kiedy się przebudzę i przypomnę sobie słowa: „wszystko co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40).

Schwyciłem Twą wyciągniętą dłoń, nie daj mi jej puścić…

Modlitwa?

Od kiedy wstąpiłem do seminarium moja codzienna wieczorna modlitwa bardzo się zmieniła. Wcześniej były to jedynie puste formułki, wypowiadane by spełnić wymogi wymyślonego prawa. Teraz zastąpiłem je różną formą adoracji i kompletą połączoną z rachunkiem sumienia. Teoretycznie powinienem czuć się z siebie dumny. Wczoraj jednak lepiej przyjrzałem się temu o czym rozmawiam z Nim wieczorem, chyba nie jest tak pięknie jak mogłoby się wydawać…

Uświadomiłem sobie, że większość mojej modlitwy to prośby. Elementy uwielbienia i dziękczynienia pojawiają się w modlitwie rzadko, poza tym chyba tylko dlatego, że mówi się, że powinny wejść w jej skład. A prośby? Dotyczą oczywiście nie tylko mnie, ale tylko pozornie. Zrozumiałem, że często modlitwa na przykład za rodzinę, nie wynika, że pragnę dla niej dobra, szczęścia, ale dlatego, że jest mi ona potrzebna. Modlitwa jest zatem jakąś próbą zabezpieczenia, opłacanego codziennie ubezpieczenia od nieszczęśliwych wypadków. Nie chcę przecież zostać na świecie sam, nie chcę by ktokolwiek z rodziny zachorował, bo to i mi przysporzy obowiązków. Zresztą nie chodzi tu przecież tylko o najbliższych.

Czy po roku formacji seminaryjnej moja modlitwa z pustego powtarzania formułek nie zamienia się powoli w recytowanie zaklęć magicznych, które mają mnie uchronić przed niepowodzeniem i brakiem szczęścia w życiu? Gdzie On jest w mojej modlitwie? Po co bowiem Jego obecność, skoro te formułki dają mi już same z siebie poczucie spokoju, wypełnionego obowiązku. W takiej modlitwie On nie jest potrzebny, zamiast z Nim równie dobrze mogę porozmawiać z samym sobą, a efekt i tak będzie ten sam.

Skoro to sobie uprzytomniłem, należałoby się zapytać po co trwać w ułudzie modlitwy, skoro to wcale modlitwą nie jest. Po co tracić kilka godzin dziennie na puste w gruncie rzeczy słowa, które nie mają dla mnie żadnego znaczenia, poza możliwością pochwalenia się, że ”modlę się” każdego dnia i uspokojenia sumienia? Zamiast jednak z pseudomodlitwy rezygnować, może warto by jednak zacząć tego Kogoś w niej szukać? Szukajcie a znajdziecie…

Próbować

W czasie kilku dni praktyk w domu pomocy społecznej miałem okazję doświadczyć prawdziwego zmęczenia ośmiogodzinnym dniem pracy i wśród tego utrudzenia próbować odnajdywać chęci i czas na modlitwę. W ciągu roku nauki często zdarzało mi się narzekać na ciągłe zmęczenie i brak czasu, a tak naprawdę w porównaniu do tych dziesięciu dni nie robiłem wówczas prawie nic. Gdy wracałem do pokoju z zajęć z upośledzonymi ludźmi, jedyne na co miałem ochotę to chociaż chwilę odpocząć, położyć się spać.

Łatwo jest mówić o samej modlitwie, o wiele trudniej rozmawiać o walce jaką trzeba było stoczyć, by do tej modlitwy doprowadzić. W sytuacjach utrudzenia chyba najlepiej można zweryfikować, jak spotkanie z Nim jest dla mnie ważne. Problemy pojawiały się już przy modlitwie brewiarzowej, opierającej się na konkretnych tekstach psalmów i modlitw, o wiele trudniejsze było jednak skupienie na organizowanej spontanicznie adoracji Najświętszego Sakramentu i medytacji. W budynku, w którym mieszkałem była wprawdzie kaplica z świecącą wieczną lampką, ale pozostawanie przed zakrytym Panem w tabernakulum, jest znacznie trudniejsze niż, gdy spogląda On na mnie z monstrancji. Starałem się jednak próbować…

Z głową na klęczniku
śpiąco-czuwający
wiecznie zmęczony
pod Krzyżem.

Narzekam na świat
bo jest jaki jest
bez fajerwerków
z szarym cierpieniem.

A Ty wisisz
ze spuszczoną głową
mówią że król
bo ma z ciernia koronę.

Siłaczu ufności
Żebraku utrudzenia
dziękuję ze i mi
nie pozwoliłeś się poddać.