Zostawić wszystko…

Zostawić wszystko… Tak się zazwyczaj określa pójście do seminarium, zresztą sam często popadam w tego typu myślenie. Odciąć się od kolegów, koleżanek, rodziny, bliskich. Zostawić pasje, zainteresowania. Czy to prawda? W jakimś sensie zapewne tak, bo seminarium uczy rezygnować z siebie. Nigdy jednak nie nakazuje rezygnować z drugiego człowieka. Wręcz niewyobrażalne wydaje mi się po roku formacji seminaryjnej by zerwać kontakty z rodziną i przyjaciółmi. Istotne jest jednak, aby pamiętać, że to w takim a nie innym środowisku powołanie dojrzewało. To ci konkretni ludzie zdecydowali o takim a nie innym charakterze człowieka.Z własnej perspektywy mogę z całą pewnością stwierdzić, że gdyby nie rodzina o głęboko chrześcijańskich korzeniach, gdyby nie katolickie wychowanie i w większości wierzący koledzy w szkole, możliwe że nigdy nie przekroczyłbym furty seminaryjnej. Powołanie łatwo jest bowiem zagłuszyć. Ten Ktoś, Kto wzywa, na pewno się jednak przypomni. Zazwyczaj w najmniej spodziewanym momencie…

Kiedy życie wydaje się już poukładane a przyszłość zaplanowana, Ktoś woła. Można próbować nie słuchać tego głosu, można tłumaczyć, że to tylko chora katolicka wyobraźnia podpowiada takie głupstwo. Tyle tylko, że to wołanie będzie towarzyszyć człowiekowi przez całe życie. Nie oznacza to oczywiście, że gdy ktoś raz poczuje powołanie, to już na pewno zostanie księdzem czy zakonnikiem. Okres sześciu lat życia w seminarium ma pozwolić to powołanie rozeznać. Ma dać kandydatowi do kapłaństwa szansę wyraźnego usłyszenia wołania, na tyle wyraźnego, że nie będzie on już czuł wątpliwości, że to jego droga, jego powołanie. A kiedy człowiek słyszy najlepiej? Oczywiście wtedy, gdy wokół panuje cisza, gdy człowiek może wniknąć w swe najgłębsze i najskrytsze pokłady i wsłuchać się w rytm serca…

Podejmowanie prób słuchania, gdy tak naprawdę całe wnętrze człowieka gra, jest jednak bezskuteczne. Czasami, gdy w domu formacyjnym obowiązuje tak zwane silentium sacrum- święte milczenie, kiedy to usta zamykają się wraz z odśpiewaniem „Apelu jasnogórskiego”, a otwierają dopiero z wezwaniem „Panie otwórz wargi moje” z porannych modlitw brewiarzowych następnego dnia, całe moje wnętrze hałasuje, nie daje spokoju, woła, krzyczy. Zastanawiam się wtedy jak odpowiedzieć na czyjeś pytania, jak spożytkować pieniądze, jak zaplanować czas, kiedy spotkam się z rodziną… A Ktoś? Znika gdzieś pomiędzy „Ojcze nasz” a „Zdrowaś Maryjo”, rozpływa się w „Chwała Ojcu”. I choć usta wielbią jego Imię, to dusza jest gdzieś całkowicie indziej.

Zatem „zostawić wszystko” polega nie na tym, żeby jako zmuszony przez przełożonych oddać telefon komórkowy, oddać swój czas na pracę na rzecz wspólnoty seminaryjnej, ale by dobrowolnie dać. Przez nikogo nie przymuszony, wolny pozwolić temu Komuś mówić we mnie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *