Zapragnąć zmiany

Adwent trwa. Każdy dzień przybliża nas do czegoś niesamowitego, wydarzenia jedynego w swoim rodzaju. Zazwyczaj jednak oczekiwanie kończy się na choince, prezentach, może nawet ktoś zdecyduje się zaśpiewać kolędę. Ciągle jednak brakuje tego, Który ma przyjść…

Żyjemy dziś mentalnością otaczającego świata. Bez zawierania zbędnych kompromisów poddajemy się najnowszym trendom. Szukamy ułatwień, dla których gotowi jesteśmy rezygnować ze swoich praw. Walczymy o wolność, która jest już tylko kaprysem zamkniętego w kojcu dziecka. Szukamy wirtualnych kontaktów, bo te prawdziwe nie są idealne. Krzyczą, złoszczą się a przede wszystkim czegoś potrzebują. W Internecie na prośbę można odpowiedzieć prostym „Wyloguj się…”, na krzyk można zareagować zdjęciem słuchawek, lęku można się pozbyć wyłączając monitor…

To wszystko wydaje się takie proste. A jednak rzeczywistość jest rzeczywista! I to powoduje, że potrzeba nam zapragnąć zmiany. Film w najlepszej jakości nie zastąpi spaceru z kolegą czy koleżanką a wymyślna fabuła internetowych znajomości nie zastąpi prawdziwej przyjaźni.

Chrystusa nie da się zastąpić! Można go nie przyjąć, ale nie da się Go wyłączyć. Będzie niezależnie od statusu na Facebooku czy aktywności na GG. Będzie przychodził każdego dnia, będzie na nas czekał.

Może w końcu zdecydujemy się na wolność.

5 odpowiedzi do “Zapragnąć zmiany”

  1. Wolność w Chrystusie, zamiast wirtualnej wolności „wyklikanej” zmianą kolejnego statusu i liczby komentarzy od znajomych. Wybór jest prosty! Bardzo dobry tekst, pozdrawiam.

  2. „Każdy dzień przybliża nas do czegoś niesamowitego, wydarzenia jedynego w swoim rodzaju.”
    A jednak przeżywamy je co roku, co więcej – każdego roku niemal tak samo, wśród narzekań na to, że „wciąż za mało Boga”, że źle przeżywamy. Dziwne to podejście, które wciąż tylko krytykuje, choć nie przeczę, że i tego nam potrzeba. Ale trzeba też czegoś więcej. Choinka, prezenty, kolędy – to wszystko są widoczne, doświadczane oznaki Świąt, którymi łatwo i miło jest się cieszyć, zwłaszcza że żadnej szkody nie czynią. Czego więc brakuje?

    „Ciągle jednak brakuje tego, Który ma przyjść…”
    Owszem, mi też go brakuje. Co jakiś czas rzucam w przestrzeń to pytanie: Boże, gdzie jesteś? Czym jesteś?… Czy jesteś…? Jednak doświadczenie Boga to chyba najdziwniejsze z doświadczeń, bo zupełnie nie umiem się w nim rozeznać. A jak ksiądz doświadcza Boga, zwłaszcza w tych dniach poprzedzających święto na pamiątkę Jego narodzenia? Jak poprowadzić granicę między doświadczeniem świata, siebie i Boga? Czy to w ogóle możliwe? Ale jeśli nie, to czy Bóg nie jest wtedy zaledwie cząstką nas, lub sposobem interpretacji otaczającego nas świata? Bo przecież nie wystarczy powiedzieć „Wierzę”, nawet z najgłębszym przekonaniem, by naprawdę wierzyć, podobnie jak powiedzenie, że „Bóg to uczynił” nie może stanowić o swojej prawdziwości. Rodzą się inne pytania: dlaczego akurat Bóg? Czy moja wiara nie jest złudzeniem, fałszywym przekonaniem, o którego pewności nawet nie pomyślelibyśmy wątpić? Jak określić, kiedy mylimy się, twierdząc, że „Bóg sprawił” lub że „wierzę w Boga”?
    Wiem, że to grad pytań, ale… cóż, nie dla wszystkich Święta to tylko przeżywanie, zabawa i prezenty 😉 ja wolę kontemplację i rozważania, dlatego skoro nadarza się okazja…

    „Szukamy ułatwień, dla których gotowi jesteśmy rezygnować ze swoich praw.”
    Czy chodzi tu księdzu tylko o prawo do prywatności, czy też o jakieś inne sytuacje?

    „Walczymy o wolność, która jest już tylko kaprysem zamkniętego w kojcu dziecka.”
    Tego chyba nie rozumiem. Bo czyż zawsze nie było tak, że to „system” narzucał nam ramy tej naszej wolności (które, jak rozumiem, są symbolizowane przez ów kojec)? Teraz zaś system się zmienia, otwiera – raz, że ludzie zaczynają się bardziej otwierać. I to nie tylko przez tym „systemem”, ale przed sobą nawzajem; dzielą się sobą, w przestrzeni wirtualnej, jednak to nie ujmuje chyba korzyści takiego zachowania. Dwa, ten system nie narzuca nam się siłą, nie bezpośrednio – to my go wybieramy, po części z konformizmu, ale też z uwagi na realne korzyści, jakie ze sobą niesie. Są też i zagrożenia, nie przeczę – odrealnienie kontaktów, zatracenie emocjonalności, tracenie czasu, to tylko jedne z wielu przykładów. Nie wydaje mi się jednak, że powinniśmy pamiętać, by „plusy nie przesłoniły nam minusów” 🙂

    „Film w najlepszej jakości nie zastąpi spaceru z kolegą czy koleżanką a wymyślna fabuła internetowych znajomości nie zastąpi prawdziwej przyjaźni.”
    Być może nie zastąpi, ale za to skutecznie wypełni pustkę po ich braku…

    „I to powoduje, że potrzeba nam zapragnąć zmiany.”
    Zmiany w postaci powrotu do „starych czasów”? Może lepiej zrobić to, co człowiek robi najlepiej, czyli przystosować się do nowych warunków i nauczyć się wykorzystywać ten zmieniony świat, wystrzegając się nowych pułapek, które na nas zastawia?

    „Chrystusa […] nie da się […] wyłączyć.”
    A jak go włączyć? Bo tak patrzę na Niego i nie wiem, czy on działa, czy nie działa…

    Wiem, że może pytania są z rodzaju tych, na które już dawno odpowiedziano, lecz… cóż, odpowiedzi na pytania szuka się trudniej niż zwykłej wiedzy… Poza tym, wciąż nie za bardzo wiem, gdzie szukać. A poza pytaniami niewiele więcej mogę z siebie dać.

    Pozdrawiam i życzę spokojnego, refleksyjnego Adwentu!
    (A poza tym – piękna szata graficzna, zwłaszcza te spadające płatki śniegu!)

  3. Czego brakuje choince i prezentom? Wydaje mi się, że przede wszystkim celu, który byłby prawdziwy. Rozumiem, że mogą mieć one jakiś aspekt wspólnoto twórczy, ale zasadniczo, gdy pytam ludzi dlaczego stroją drzewko, bądź kupują upominki, otrzymuję odpowiedź, że przecież zbliża się Boże Narodzenie. Zatem jeżeli świętują Boże Narodzenie a nie wierzą bądź nie rozumieją tego co robią, to jest to pozbawione celu. Lepiej byłoby to nazwać po prostu jakimś świętem sezonowym, jak to zrobiono na Zachodzie… Jeżeli my zatracimy sens Świąt, czeka nas to samo.

    Piszesz o wątłej granicy między doświadczaniem siebie i Boga. Co jest przyczyną – Wcielenie Jezusa Chrystusa. On był taki jak my, co do natury, nie dziwne więc, że rozważając tajemnicę Jego narodzin te dwie rzeczywistości – Boska i ludzka jakoś się przenikają.I faktycznie nie wystarczy powiedzieć „wierzę”, żeby naprawdę uwierzyć, ale jest tu już jakiś początek. Tutaj jest zawiązany czyn w sensie moralnym. To czy Bóg da Ci łaskę wiary, pozostaw już Jego decyzji. Tutaj nasza wola spotyka się z Jego wolą, ale jeżeli naprawdę chcemy w Niego uwierzyć to trzeba nam przyjąć wcześniej, że On chce dla nas dobra. Swą wolą nigdy nas nie skrzywdzi. Nie da się chyba sprawdzić, czy słowa wyznania wiary, są wypowiadane z prawdziwym przekonaniem. Jedynym testem jest życie. Ono wskazuje w jaki sposób realizujemy tę swoją „obietnicę” wiary, jak ona wygląda w praktyce.

    Odnośnie wypełniania pustki filmem czy spacerem – chyba zaplątałeś się w rozumowaniu. Oczywiście, że to czego brakuje wypełnia pustkę spowodowaną tym brakiem.

    Co do zmiany. Zmiana to zawsze coś nowego. Nawet powrót do starych czasów, o których piszesz, wiąże się ze zmianą na nowe. Nigdy to co było, nie uda się bowiem odtworzyć w sposób taki, jaki funkcjonowało to wcześniej. Wynika to ze zmian w nas samych i otaczającym nas świecie. Jeżeli zatem dokonujemy zmiany, ma zawsze ona charakter jakiejś mutacji, czegoś nowego. Oczywiście ogromną rolę odgrywa tu przystosowanie. Nie można jednak zapominać o tym, że są wartości które nie ulegają przystosowaniu ani zmianie. One są fundamentem zmiany.

    Jak włączyć Boga? Wydaje mi się, że to źle postawione pytanie. Bóg był, jest i będzie. Można jak gdyby siebie włączyć na odbiór kanału o nazwie „Bóg”. Jak to zrobić? Prosić! Bowiem, gdy my nie umiemy się modlić Duch wstawia się w błaganiach za nas…

  4. Dziękuję na odpowiedzi na wiele z moich pytań. Jeśli to nie problem, z największą ochotą i przyjemnością podrążyłbym jeszcze tą dyskusję…

    Boże Narodzenie: Czyli chodzi o to, że nie rozumiemy symboliki Świąt, tak? Że choinka to coś więcej niż tylko tradycja, że jest też „inna rzeczywistość”, której za ich sprawą powinniśmy doświadczyć. Tu się bym zgodził, sam nie jestem do końca pewien, czego symbolem jest choinka… (a Wikipedia podaje dość luźne skojarzenia, od drzewa poznania Dobrego i Złego aż po drzewo Krzyża z Golgoty). Albo prezenty – to chyba bezpośrednie odwołanie do darów trzech mędrców, tak myślę. Ale…
    …użycie słowa „prawdziwy” do opisu celu jest strasznie wartościujące. To tak jakby powiedzieć „jedyny znaczący, ważny; wszystkie inne są bez wartości” – a to przecież nieprawda. Owszem, Święta mają pewną wartość przez to, że wspominamy narodziny Chrystusa, ale mają też inną wartość, inne sensy. Takie bardziej przyziemne, ale czy to znaczy, że mniej „prawdziwe”? Nie powiedziałbym, że radość dziecka z otrzymanego prezentu (lub rodzica z radości dziecka) jest mniejsza od radości dorosłego z pomyślenia „Tak, wtedy narodził się Chrystus, a potem umarł za nasze grzechy i zbawił nas”.
    Zastanawia mnie też, jak można myśleć o tajemnicy narodzin Chrystusa, skoro coś takiego – Bóg w ciele człowieka – przerasta chyba nasze pojmowanie. Można próbować zgłębić tą tajemnicę, ale to jest przecież skazane na niepowodzenie… więc – w jakim celu? Może dzięki temu, wydawałoby się, łatwiej odniesiemy życie Chrystusa do naszego, podobnie ludzkiego życia. Może coś innego, tylko co? To i tak jest i będzie Tajemnicą, a jak można (jeśli można tak powiedzieć, a wydaje mi się, że mówi się tak często) „doświadczać tajemnicy” lub „uczestniczyć / mieć udział w tajemnicy”? Nie trafia do mnie zupełnie to sformułowanie…

    Ja/Bóg: Tym razem może zacznę od końca akapitu :). Życie „testuje” nie tylko naszą wiarę, ale też i Boga, lub nasze pojęcie o Bogu. Co wiąże się z pewnym moim problemem dotyczącym rozumienia polecenia „Nie będziesz wystawiał Pana, Boga swego na próbę”. Gdyby ksiądz mógł mi pomóc… bo ja to widzę tak: generalnie każda prośba, każda modlitwa może być zinterpretowana jako wystawianie Boga na próbę. To, że o tym nie myślimy w ten sposób, nie ma chyba wpływu na to, że tak może być, że możemy tak pomyśleć. Bo znikąd pojawi się pytanie: a co, jeśli Bóg nie wysłucha naszej prośby? Może prosząc go o to coś, tak naprawdę wystawiam go właśnie na próbę? Pomoże czy nie pomoże… A przecież to tylko modlitwa, nie chcę nic złego. Jak nie pomoże – to co, przestać się o to modlić i uznać, że „widocznie tego Bóg dla mnie chce, widocznie tak jest dla mnie lepiej”, czy modlić się dalej, w nadziei, że może kiedyś mnie wysłucha? I – wracając do meritum – na ile wolno nam, nie sprzeciwiając się cytowanemu przeze mnie poleceniu, weryfikować (eksperymentalnie? statystycznie? osobiście?) istnienie i działanie Boga? Zupełnie nie mogę się w tym odnaleźć.
    Poza tym, to smutne, że nawet będąc głęboko przekonanymi o swojej wierze, możemy mimo to nie mieć łaski wiary. Można się modlić, prosić Boga, chwalić Jego imię, chodzić do Kościoła i w ogóle, a mimo to ta łaska wiary… i widzę tu pewne niebezpieczeństwo: bo żeby wierzyć „naprawdę”, trzeba być przekonanym też o tym, że Bóg dał nam tę łaskę wiary, że ją „naprawdę” mamy – a to już jest prawie narzucanie Bogu swej woli. Można wtedy nawet dziękować za tę łaskę, mimo że jej nigdy nie mieliśmy… dziwne.
    I jeszcze jedno – co w kontekście „uwierzenia” daje myślenie, że Bóg chce dla nas dobra? Bo nie jestem pewien tego powiązania: tzn że idąc za Kartezjuszem przyjmujemy, że „Bóg nas przecież nie oszuka”, więc jeśli mówimy, że wierzymy, to wierzymy naprawdę? Czy chodzi tu o coś innego?
    I na końcu dwie rzeczywistości: owszem, nawet w nas przeplata się ta nasza boska i ludzka natura, w postaci duszy i umysłu. Zadziwiające jednak jest, jak wiele te pojęcia czasem zdają się mieć wspólnego. Ale to nie rozwiązuje problemu, do którego wydaje mi się, że trzeba się jednak jakoś ustosunkować: co w nas jest boskie, a co ludzkie. Przez analogię matematyczną: Badając element sumy zbiorów A i B nie możemy jednoznacznie powiedzieć, czy aktualnie patrzymy na element zbioru A, czy zbioru B. Wiemy tylko, że należy on albo do któregoś z nich, albo do nich obu… i pozostaje wciąż ta niepewność, czy na pewno zwracamy się do Boga, czy coś ma swoje źródło w Bogu czy jedynie w nas samych, lub w nieprzewidywalnych okolicznościach losu. Niepewność, której zaradzić może tylko… wiara? Wiara w siebie, we własną nieomylność – że jeśli uznam, że „To Bóg uczynił”, to jest tak w istocie? Sam nie wiem…

    Pustka: faktycznie, trochę splątały mi się wyrazy. Ale dobrze, że sens był możliwy do odszyfrowania 🙂

    Zmiana: Więc jakie wartości przemawiają za tą zmianą, i w zasadzie czego ona miałaby dotyczyć? Czy chodzi o „urealnienie” życia i kontaktów międzyludzkich przez wzgląd na to, że świat, w którym się urodziliśmy (tzn realny, a nie cyfrowy) wiedzie prym nad światem wirtualnym, stworzonym przez nas i wybranym w toku życia? Czy też powinna dotyczyć czegoś bardziej nieuchwytnego, wydawałoby się nieopisywalnego, mianowicie naszej relacji z Chrystusem/Bogiem? Moja relacja z Bogiem przechodziła wiele zmian: od dziecinnego stadium „Bozi”, przez Boga-stworzyciela, opiekuna, przyjaciela, wreszcie – ojca, do której to relacji dążyłem zanim zacząłem wątpić i tracić wiarę. Natomiast relacja z Chrystusem… sam nie wiem, nigdy nie traktowałem jej inaczej niż relacji z Bogiem, w myśl tego, że Trójca stanowi Jedno. A jednak, może czas na zmianę (myślenia)… tylko – w jakim kierunku?

    Bóg ON/OFF: Racja, dobrze jest zacząć od modlenia się o łaskę wiary zanim przejdziemy do życia wiarą. Jednak, powtórnie pojawia się problem: skąd wiedzieć, czy tę łaskę rzeczywiście otrzymaliśmy?
    A co do tej metafory włączania/wyłączania, uznałem, że to będzie ładna gra słów 🙂 Bo tak często mówi się, że „Bóg działa (w świecie/ w nas/ …)”, a jednak… czy działa? I, co ważniejsze – jak działa? Now, that’s the question.

    I już na sam koniec, chciałbym wrócić do pewnej kwestii, która ma dla mnie kardynalne znaczenie. Otóż – poszukuję autorytetów, ale takich, z którymi mógłbym dyskutować, a nie jedynie czytać ich pisma i być zdanym na ocenę „znawców tematu” w kwestii weryfikacji własnych wątpliwości. Potrzebuję osobowej relacji, tak z Bogiem, jak i z drugim człowiekiem… dlatego, wśród swoich pytań zawarłem, ale nie wyszczególniłem kilka pytań dość osobistych, bardzo dla mnie ważnych. Możemy przejść na rozmowę mailową, jeśli Ksiądz woli, bo komentarze, jak to się zwykle zdarza, rozrastają się z każdą chwilą :). A chodzi mi o takie sprawy jak: Jak i o co Ksiądz się najczęściej modli? Jak Ksiądz doskonali swoją modlitwę, jak ją analizuje i sprawia, by stawała się coraz lepsza? (Swoją drogą, co w sumie miałaby znaczyć „lepsza modlitwa”… No, ale przecież doskonalić się trzeba, zwłaszcza w sferze wiary, więc z konieczności i modlitwa musi się rozwijać.) I jeszcze tylko: jak Ksiądz mógłby opisać swoje doświadczenie/doświadczanie Boga, i jak je rozumieć? Odpowiedź na te pytania mogłaby być kamieniem milowym w moim rozwoju duchowym, ale sam nie umiem przekroczyć tego progu…
    mój mail to: mizin@poczta.pl

    pozdrawiam i czekam w nadziei, że może w wolnej chwili zagłębi się Ksiądz w tę moją paplaninę, która dla mnie mimo to tak wiele znaczy 🙂

  5. Trochę długo, ale udało się w końcu coś napisać w odpowiedzi.

    Oprócz symboliki samych choinek, prezentów etc. trzeba zawsze zwracać uwagę na sens samego święta, z którym się wiążą. Symbol jako taki, zawsze odnosi nas do rzeczywistości wyższej. Nawet znaki drogowe, zasadniczo przypominają nam o tym, że na drodze powinien panować określony porządek, troska o który ma wszystkim jej użytkownikom zapewnić bezpieczny powrót do domu. Prawdą jest, że z wiekiem symbole odnoszą nas do wprawdzie tej samej rzeczywistości, ale na różne sposoby. Dziecko będzie się cieszyło z prezentu, ale będzie miało świadomość, że ten prezent dostało z określonego powodu. Człowiek starszy zaś dla przykładu przebaczy komuś, bo zbliżają się święta. Faktycznie może być tak, że nie będzie ich nawet kojarzył z narodzinami Chrystusa, ale będzie mieć świadomość, że jest to czas wyjątkowy. Doświadczenie tajemnicy nie jest związane z jej zgłębieniem, lecz zgłębianiem. Jeżeli bowiem człowiek coś pozna to to już nie będzie dla niego tajemnicą. Nie chodzi oczywiście, żeby w ogóle nie szukać odpowiedzi i wszystko tą tajemnicą tłumaczyć. Im bowiem bardziej zgłębiamy to co niezgłębione, tym bardziej zdajemy sobie sprawę z tego, że jest to tajemnica. Znamy bowiem wszystkie fakty, ale i tak nie jesteśmy chwycić istoty w pełni. To zmusza to pokornego skinienia głowy i przyznania ograniczeń ludzkiego rozumu. Tutaj inicjatywę przejmuję wiara.

    Co do modlitwy. Wydaje mi się, że najprościej byłoby powiedzieć, że Bóg wysłuchuje tych próśb, które są zgodne z Jego wolą – nie jesteśmy Mu w stanie nic narzucić, ograniczyć wolności Boga. Zarazem Bóg chce dla nas tylko dobra, jeżeli zatem nasza prośba będzie niosła dobro dla nas lub dla innych (w zasadzie nie „lub” tylko „i”), to z pewnością Bóg ją wysłucha. Trzeba jednak pamiętać, że Bóg może nas też do dobra prowadzić drogami innymi niż byśmy chcieli. Według mnie kusić Boga się nie da – sytuacje kuszenia Jezusa były związane ze słabościami nie Jego natury Boskiej, ale dobrowolnie przyjętej natury ludzkiej. W Starym Testamencie, każda próba wystawienia Boga na próbę wierności, kończy się tragicznie nie dla Boga, lecz dla Izraela. I jeszcze odnośnie łaski wiary. Wierzyć można w coś i można wierzyć w kogoś, można też wierzyć komuś… I zapewne w przypadku wiary w Boga, będzie nieco podobnie jak w życiu – łatwo jest zdeklarować, że wierzy się w, czyli w gruncie rzeczy przyjmuje, teorię ewolucji lub w to, że są pierwiastki chemiczne, które gołym okiem widać dość trudno. Trudniej jest zaufać i uwierzyć komuś. To dłuższy proces. I też często jest tak, że deklarujemy wiarę w kogoś, ale gdzieś w sobie myślimy inaczej, nie jesteśmy pewni i to nie pozwala nam uwierzyć. A przecież wiara nie polega na pewności a właśnie na zaufaniu.

    Jeżeli chodzi o „zmianę” – chyba odpowiednie tu będzie porównanie do dojrzewania. Jest to proces praktycznie niezauważalny (w krótkiej perspektywie czasowej, takiej „na żywo”) a jednocześnie dotyczący zarówno zmiany „myślenia” człowieka, jak i jego zewnętrznych zachowań. Z jednej strony jest on całkiem niezależny od nas – zaczynamy postrzegać rzeczywistość nieco inaczej niż to było w dzieciństwie, mamy też więcej informacji na jej temat, powoduje to zmiany w zasadzie wolne od naszej decyzji. Są też jednak sprawy kluczowe, gdzie potrzeba naszej deklaracji wobec siebie – chcę tak a nie inaczej, zgadzam się tą decyzją rodziców a co do tej to mam wątpliwości. Wiadomo, nie za każdą decyzją idą czyny, ale ta decyzja gdzieś w nas trwa i wyznacza drogę, wskazuje na cel.

    Jak Bóg działa w świecie? Dla mnie na każdym kroku, ale z logicznego punktu widzenia najlepiej wskazać na świat stworzony, który dopomina się Stwórcy – nawet uwzględniając ewolucję. W tym bowiem ewolucyjnym cofaniu się, ludzki intelekt podpowiada, że musiał być kiedyś początek.

    I odnośnie ostatniej kwestii. Droga modlitwy i wzrostu duchowego to sprawa bardzo indywidualna. Trudno podać jakieś zasady. Najlepiej, moim zdaniem, patrzeć tu na osoby, które już tę drogę przeszły i to z „sukcesem”. Oczywiście chodzi o osoby święte. Zarówno te oficjalnie ogłoszone przez Kościół, jak i te, które żyły czy żyją gdzieś blisko nas i są dla nas „żywym wzorem”. Dla przykładu Matka Teresa z Kalkuty. Przez całe życie biło z niej niezwykłe ciepło i czuło się po prostu, że jest blisko Boga. Tymczasem z jej listów opublikowanych po śmierci wynika, że przez wiele, wiele lat nie czuła obecności Boga. Ważne jest jednak, że nigdy nie przestała Go pragnąć, nigdy nie dała za wygraną…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *