Z pielgrzymki

Kilka dni temu szczęśliwie wróciłem z pielgrzymki na Jasną Górę. W czasie drogi prowadziłem codzienny zapis swoich odczuć na stronie internetowej. Tutaj zrobię zatem mały przedruk. Wkrótce postaram się zaś podsumować ten czas.

Dzień I

Czwartkowy wieczór. Ostatnie sprawdzanie bagażu a przed snem pragnienie, by zasnąć jak najprędzej, bo rano trzeba wstać i ruszyć w drogę. Ale spać się nie chce – tyle emocji, mniej lub bardziej skrywanych, zarówno u tych, którzy idą po raz pierwszy jak i u tych, którzy na akademickiej pielgrzymce zjedli zęby. Przed nami czas łaski. Każdy będzie jej doświadczał na inny sposób. Jedni idąc w strugach deszczu i palącym słońcu, ale też w ciągu zwykłego – niezwykłego szarego dnia. Inni może więcej w tym czasie będą jeździć samochodem, ale tylko dlatego, że każdego z pielgrzymów mają gdzieś głęboko w sercu, jako człowieka, któremu chcą towarzyszyć przygotowując posiłki, noclegi… Niezależnie od tego jak – wszyscy chcą razem wejść na Jasną Górę, by patrząc w oczy Tej, która rozradowała się idąc z Jezusem pod sercem do domu Elżbiety, powiedzieć Bogu o tym wszystkim co w ich życiu radosne i smutne, łatwe i trudne, o tym czego już doświadczyli i czego boją się w zbliżającym się czasie.

Ja nie idę sam, pewnie tak jak większość z Was zabieram ze sobą kogoś bliskiego, kto w pielgrzymce uczestniczyć nie może. To co jest w pielgrzymowaniu piękne, to fakt, że plecak może ważyć nawet 30 kilogramów, ale taka osoba, która gdzieś myślami i modlitwą towarzyszy w drodze, bierze na siebie znaczną cześć tego ciężaru. A każdy Twój krok jest z kolei dla tamtej osoby przypomnieniem, jak bardzo Ci na niej zależy i jak bardzo jest Ci bliska. Chyba dlatego właśnie pielgrzymka tak bardzo zbliża do Boga. W końcu przecież w Nim, każda pielgrzymia intencja szuka spełnienia. On jest Źródłem, które wybija na pustyni, ale też odrobiną cienia w skąpanej w słońcu drodze pielgrzyma.

Towarzyszy nam Boża łaska. Będziemy się w tym utwierdzać przez najbliższe dziesięć dni. W drogę!

***

O godzinie 7.15 z Placu Zamkowego wyruszyła grupa wojskowa, tym samym rozpoczynając XXXI Warszawską Akademicką Pielgrzymkę Metropolitalną. Wcześniej zgromadzeni licznie pielgrzymi uczestniczyli we Mszy Świętej, której przewodniczył Kazimierz Kardynał Nycz wraz z księżmi przewodnikami poszczególnych grup, na czele z Bratem Przewodnikiem – ks. Jackiem Siekierskim.

W homilii Ksiądz Kardynał zwrócił uwagę na Matkę Bożą jako ciągłego pielgrzyma – najpierw chodziła z Jezusem do Świątyni Jerozolimskiej, potem towarzyszyła Mu, gdy nauczał, by w końcu dojść z Nim na szczyt Golgoty. Tym swoim pielgrzymowaniem jest dla nas Maryja wzorem a zarazem zachętą do podjęcia trudu drogi za Mistrzem. Metropolita Warszawski przypomniał postaci trzech wielkich Polaków, którzy podobnie jak Maryja, są dla nas dzisiaj orędownikami w podejmowaniu trudu pielgrzymowania – św. Maksymiliana Marii Kolbego, bł. Jana Pawła II i sługi Bożego Stefana Kardynała Wyszyńskiego.

Na koniec Eucharystii Ksiądz Kardynał pobłogosławił wszystkim pielgrzymom i wraz z Biskupem Polowym Wojska Polskiego Józefem Guzdkiem przeszedł z nimi pierwszy odcinek trasy.

***

Jak co roku dzisiaj trzeba było wstać wraz ze słońcem, by – choć zaspanym – zdążyć na Mszę świętą w kościele św. Anny. O tak wczesnej porze na Eucharystii zazwyczaj trudno się skupić, jednak coś jest w atmosferze pielgrzymkowych mszy, że zasnąć się nie da. Oczekiwanie na wymarsz? Na pierwsze kroki w pielgrzymce lub na wyjście w trasę po raz kolejny? Na pewno nie ma jednej odpowiedzi. Każdy idzie na pielgrzymkę nieco inaczej. Można by wręcz powiedzieć, że każdy inaczej stawia kroki. Jak się zatem dzieję, że w końcu wszyscy dochodzą w to samo miejsce?! Nie zdradzę tej tajemnicy – trzeba to przeżyć samemu…

Ja po nieprzespanej nocy zastanawiałem się, jak zafunkcjonuje wiele rzeczy, które na pielgrzymce są w tym roku swoistym novum. Bo przecież pielgrzymka z roku na rok zmienia się. Zmienia się zaplecze, sprawy techniczne, ale jednak przede wszystkim zmieniają się ludzie. Nie tylko dlatego, że pojawiają się po raz pierwszy. Nierzadko po roku od ostatniego spotkania, każdy wydaje się nieco inny, dojrzalszy, jakoś bardziej bliski. Pielgrzymowanie zbliża. Kolejne kilometry przebywane w obecności tych samych osób, czynią z nich bowiem osoby wyjątkowe. Współpielgrzymów wspomina się przez cały rok… do kolejnej pielgrzymki.

Droga dzisiaj nie była specjalnie trudna. Choć było bardzo gorąco, nie było to jeszcze kłopotliwe – narzekać na palące słońce będziemy pewnie za kilka dni. Chyba, że spadnie deszcz – wtedy wszyscy będą prosić Boga o powrót upałów. I tak na zmianę.

To co jakoś szczególnie utkwiło mi dziś w pamięci to niezwykła gościnność ludzi, których spotykamy na trasie. Nie spotkałem się dziś z coraz bardziej napastliwa obojętnością, która nierzadko bardziej boli od agresji. Każdy, którego kolorowy kordon flag, znaczków i poubieranych w koszulki w grupowych kolorach ludzi mijał, zwracał na niego uwagę a na twarzy pojawiał się mniej lub bardziej wyraźny, ale chyba zawsze serdeczny uśmiech. najbardziej doświadczyliśmy tego w Lesznie, gdzie za każdym rogiem stała grupa ludzi – starszych, młodych, dzieci, by zmęczonych pielgrzymów powitać czymś do picia czy przegryzienia. Jak ważne jest owo machanie ręką na powitanie i pożegnanie zarazem – nikomu nie trzeba chyba tłumaczyć. Każdego z tych ludzi zabieram ze sobą na Jasną Górę. Jeszcze dziewięć dni.

Boże daj łaskę iść dalej.

Dzień II

Za chwilę apel, ale zasadniczo drugi dzień już za nami. Pojawiło się pierwsze zmęczenie, choć droga do przejścia nie była długa. Jak zawsze 6 sierpnia, Msza święta została odprawiona późnym rankiem w Niepokalanowie. Choć nic tego nie zapowiadało, trzeba tam było wyciągnąć parasolki. Krótki deszczyk nie był jednak chyba żadnemu z pielgrzymów straszny, tym bardziej, że po chwili wyjrzało słońce a zaraz po Mszy na wszystkich czekał przygotowany przez franciszkanów bigos.

Gdy później szedłem z jedną z grup usłyszałem słowa, które jakoś mnie poruszyły, zainteresowały… W każdym razie myślę o tym do tej pory. Ktoś określił pielgrzymkę mianem procesji eucharystycznej. Większość pątników niesie bowiem ze sobą Jezusa, którego chwilę wcześniej przyjęli w czasie Eucharystii. Często o tym zapominam, ale faktycznie On jest jakoś obecny w czasie całego tego trudu, zmęczenia, które choć pewnie jest na co dzień obecne w życiu każdego z nas, to jednak w czasie pielgrzymki, może łatwiej jest dostrzec i sobie uświadomić. Tak długa droga musi bowiem zmusić do konfrontacji ze samym sobą. Jedyne bowiem o czym długotrwały wysiłek nie pozwala zapomnieć to własne życie, własne problemy. Po kilku dniach drogi nikt już nie narzeka na jedzenie czy warunki noclegowe, ale coraz częściej słychać pytania, prośby o radę w związku z tym, co samemu się przeżywa.

Przedpołudniowy deszcz nikogo nie przeraził, jednak wczesnym popołudniem pogoda przypomniała wszystkim o sobie. Gdy byliśmy w okolicach Guzowa niebo zrobiło się czarne i po chwili zaczął padać rzęsisty deszcz. Dla pielgrzymów to nie jest dobra informacja. Nie tylko trzeba wysuszyć ubranie, ale też ciężej znaleźć miejsce, na którym można by rozbić namiot na nocleg.

W każdym razie pierwsza burza za nami. Miejmy nadzieję, że ostatnia.

Dzień III

Kiedy rano dochodziliśmy do bramy franciszkańskiego klasztoru w Miedniewicach usłyszałem czysty dźwięk dzwonów z przykościelnej wieży. Unoszące się jeszcze niezbyt wysoko słońce, gdzieniegdzie mgła i nieodłącznie wyczuwalna gdzieś w oddali melodia Godzinek – tak wygląda poranek w czasie pielgrzymki. Dzisiejszy jest jednak szczególny, w końcu niedziela. Bo choć w drodze łatwo zgubić poczucie czasu, to jednak ten dzień dla każdego pielgrzyma jest na tyle ważny, że stanowi punkt odniesienia dla kolejnych.

Jak co roku w czasie Mszy w Miedniewicach towarzyszył pielgrzymce akademickiej bp Józef Zawitkowski. W nagrodzonej długimi brawami homilii przypomniał sylwetki trzech patronów tegorocznej wędrówki – św. Maksymiliana Kolbego, Stefana kardynała Wyszyńskiego i bł. Jana Pawła II. Jak zaznaczył, każdy z nich idzie na Jasną Górę wraz z nami. Każdemu z pielgrzymów Ksiądz Biskup życzył niezachwianej wiary, która nie boi się, szczególnie w dzisiejszych trudnych czasach, powiedzieć za Prymasem Tysiąclecia „Non possumus! – Nie możemy!”.

Bp Zawitkowski, który, jak sam stwierdził, przybywa zawsze do Miedniewic z „dziecięcym wzruszeniem”, sprawił, że owo wzruszenie udzieliło się w jakiś sposób każdemu z pielgrzymów. Pokrzepieni Słowem Bożym i eucharystycznym Chlebem – idziemy dalej.

Dzień IV

Dzisiejsza noc nie była łatwa. Temperatura sporo spadła a do tego deszcz. Na szczęście rano wyjrzało słońce i pomogło wysuszyć mokre ubrania. Msza mogła odbyć się pod gołym niebem. Dzisiaj Eucharystii przewodniczył Józef Kardynał Glemp. Dla każdego wędrowca obecność pasterza zawsze jest budująca, sprawia, że idzie się łatwiej. To chyba tak jak z owcami, które z większą łatwością i szybkością będą iść za pasterzem niż bez niego. Wtedy bowiem pojawia się jakiś lęk, o którym wspomina dzisiejsze pierwsze czytanie – mówił Ksiądz Kardynał w wygłoszonej do zgromadzonych homilii. Jako wzory pasterzy podał Prymas Senior trzech wielkich księży Archidiecezji warszawskiej – św. abp Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, bł. Jerzego Popiełuszkę i Stefana Kardynała Wyszyńskiego.

Ważnym punktem dzisiejszego poranka było poświęcenie tablicy upamiętniającej zmarłego przed rokiem ks. prałata Zygmunta Malackiego – wieloletniego Brata Przewodnika naszej pielgrzymki. Dlaczego W Starej Rawie? To tutaj przed rokiem dowiedzieliśmy się o jego śmierci. Pamiętam ten wieczór, ciepły, sierpniowy, gdy dotarła do nas smutna wiadomość. Było kilka minut przed 22. Trudno było uwierzyć. Do dzisiaj jest go jakoś brak… ale zarazem jest bardzo blisko. Na pewno pielgrzymuje z nami dalej!

W czasie pielgrzymki mocno odczuwam modlitwę innych osób. Jest ona bardzo ważna i niewątpliwie potrzebna, by rano wstać, ruszyć w drogę a wieczorem móc spokojnie położyć się spać. Dziś będę mógł spać spokojnie.

***

Nie zawsze wszystko jest tak jak byśmy sobie to wymarzyli. Te słowa są pewnie wyjątkowo aktualne tej deszczowej nocy, kiedy ten tekst powstaje. Po dobrej pogodzie podczas całego dnia, wieczorem nad Starą Rawą zebrały się gęste chmury, z których spadł rzęsisty deszcz. Szczęście mieli Ci, którzy dostali przydział noclegowy w stodole i nie musieli rozkładać namiotów. Lepiej sprawdziłyby się bowiem pewnie tratwy.

Choć pewnie każdy z pielgrzymów liczył, że prześpi się w dobrych, czyli przede wszystkim suchych warunkach, choć przewidywał, że nie będzie komarów i będzie mógł dłużej pogadać ze znajomymi na świeżym powietrzu, to każde z tych przewidywań dzisiaj go zapewne zawiodło. Żyjemy w czasach, w których do świata, drugiego człowieka większość odnosi się w sposób żądaniowy. Usługa za usługę, by nie powiedzieć – przysługa za przysługę. Co więcej do siebie samych coraz częściej nie potrafimy się ustosunkować inaczej, jak właśnie w ten sposób. Żądamy od siebie samych coraz więcej i w ten sposób, budując własne samozadowolenie, niszczymy relacje z innymi. Każdy człowiek jest łaską Boga. Jeżeli potrafimy z tej łasi skorzystać, odkrywamy coraz mocniej Boże działanie w nas samych. A wtedy zaczynamy żyć. Tak prawdziwie.

Jutro kolejny etap, kolejny ważny dzień drogi. Choć warunki nie sprzyjają, każdy z nas pamięta, że nie idzie sam. A to chyba najważniejsze.

Dzień V

Po kilku dniach, kiedy z nieba ciągle siąpił deszcz, dzisiaj niemal bezchmurne niebo sprawiło, że w czasie postoju w Czerniewicach pielgrzymi po prostu się bawili. Już na Mszy świętej, którą dzisiaj odprawił przewodnik Grupy Srebrnej – ks. Andrzej Kuflikowski czułem, że panujące od kilku dni w obozach przygnębienie minęło a Eucharystia była prawdziwym dziękczynieniem za to, co Bóg daje.

Po Mszy ksiądz Krzysztof Osiński – proboszcz parafii św. Małgorzaty oraz wójt – Edward Pietrzyk przyjęli wszystkich na smaczny i obfity posiłek przed budynkiem szkoły. W takich warunkach czuje się, że pielgrzymka to jedno wielkie święto. Święto tych, którzy idą na Jasną Górę i tych, którzy ich na tej drodze spotykają. Pielgrzymka to nie tylko asceza. Jeżeli bowiem wyrzeczenie jest podjęte w sposób świadomy i wolny, to trwanie w nim przynosi wiele radości. Człowiek cieszy się tym co dostaje, bo w drodze mu tego brakuje. Cieszy się drugim człowiekiem, bo to on towarzyszy mu w pokonywaniu kolejnych kilometrów. Cieszy się Bogiem, bo On daje siłę by tę drogę pokonywać.

Dzień VI

Po Niepokalanowie i Miedniewicach, pielgrzymka znowu zawitała w progi franciszkanów. Dzisiejszy dzień koncentruje się bowiem wokół wizyty w Sanktuarium św. Anny w Smardzewicach, gdzie po raz kolejny z otwartymi rękoma przyjęli nas bracia z tego zakonu.

Jako, że wkroczyliśmy już na teren diecezji radomskiej, Mszy świętej, która niestety nie obyła się bez deszczu, przewodniczył biskup ordynariusz diecezji radomskiej – Henryk Tomasik. W homilii mówił o duchu i mocy młodej, bo niezwykle aktywnej i żywotnej, wspólnoty pielgrzymkowej. Coś w tym faktycznie jest, bo mimo fizycznego zmęczenia, z pielgrzymki zawsze wraca się naładowanym Bożą łaską.

Nad Smardzewicami jest teraz wciąż pochmurno, ale chyba po półmetku pielgrzymki coraz mniej istotna staje się pogoda, to co się je i gdzie się śpi, a każdy z nas jakoś mocniej patrzy w dal – na południe i wyczekuje spotkania z Matką z Jasnej Góry.

Dzień VII

Jest już dość późno w nocy, ale chcę się jeszcze podzielić wrażeniami z dzisiejszego dnia. Droga trudna, bo długa – dziś do przejścia był najdłuższy odcinek w czasie całej pielgrzymki. Na szczęście dopisywała pogoda – niezbyt gorąco, nie za zimno – w sam raz.

Rano uczestniczyłem we Mszy świętej w Sulejowie, której, jak co roku, przewodniczył bp Adam Lepa. W homilii mówił, że człowiek nie może się w życiu kierować „moralnością sklepikarza”, nie może obliczać możliwego do uzyskania zysku z każdej życiowej sytuacji. Szczególnie objawia się to w miłości, która nie może być daniem siebie, tylko po to, żeby uzyskać jeszcze więcej.

I chyba tak czasami jest nam łatwiej – odwrócić wzrok, udać, że się nie słyszy, tylko po to by nie stracić. Rzadko kto podchodzi do życia z nastawieniem nie na siebie, lecz ze wzrokiem utkwionym przede wszystkim we drugim człowieku. Większość z nas boi się, że ktoś nas okradnie, gdy tylko przestaniemy zwracać uwagę wyłącznie na siebie. Tymczasem prawda jest taka, że żeby coś w życiu uzyskać, coś rzeczywiście wartościowego, trzeba zmienić logikę egocentryzmu i zacząć zauważać innych. Jak mówił bł. Jan Paweł II – „(…) przez drugich i dla drugich” – tak realizuje się człowiek i tylko to może uczynić go szczęśliwym. Spotkałem wczoraj pewną stuletnią kobietę. Babcia Weronka – bo tak wszyscy tu na nią mówią – tryska życiem, bo całe życie jest dla innych. To samo zaszczepiła swoim dzieciom – w gospodarstwie jej syna czułem się jak w domu. Nie trzeba mieć dużo, by dużo dawać.

Dzisiaj dotarliśmy już do Przerąba, wcześniej zatrzymując się na Pociesznej Górce. To oznacza, że coraz bliżej Jasna Góra. W zasadzie pozostało dwa dni i wejście na najważniejszy częstochowski szczyt. Powoli pojawia się uczucie, że coś się kończy. Może stąd nieco więcej motywacji, by postawić kolejny krok?

Noc zimna a księżyc delikatnie zamglony. W żadnym z namiotów nie pali się już światło. Trzeba rano wstać, jeszcze przed słońcem, by ruszać dalej. Co się będzie działo? Nie warto się zastanawiać. Bóg nas ciągle zaskakuje…

Dzień VIII

Ósmy dzień XXXI WAPM to już historia. Przed nami już tylko jutrzejsze zmaganie ze zmęczeniem i krótki, niejako koronujący całą pielgrzymkę etap niedzielny – wejście na szczyt Jasnej Góry. Ciężko jest komentować to co dzieje się tu u nas, bo myśl mimowolnie zmierza do Częstochowy i to wokół niej koncentruje się większość zamierzeń i planów na najbliższe dni. Choć dzieje się – i na bieżąco – całkiem sporo.

Dziś braliśmy udział w Mszy prymicyjnej neoprezbiterów, którzy wędrują wraz z pielgrzymką. W tym roku jest ich niestety tylko pięciu, ale i tak dobrze, że pomimo nowych obowiązków, zdecydowali się iść z nami. Później ciężka droga, bo w nogach już ponad 200 kilometrów a słońce znowu zaczęło o sobie przypominać. Po drodze niespodzianka – okazało się, że trzeba było zatrzymać pielgrzymkę, bo droga była zajęta z uwagi na przebudowę jednego z dwóch okolicznych mostów. Przymusowy postój w polu kukurydzy zapamiętam na długo. Później droga w kierunku sanktuarium w Gidlach – obowiązkowego punktu pielgrzymki, który przypomina, że Jasna Góra blisko.

Często zdarza się, że coś planujemy a w ostatnim momencie, ktoś te plany zmienia. Ciężko się w takiej sytuacji nie denerwować – oczekując czegoś, otrzymujemy coś zgoła innego. Nie lubimy być zaskakiwani, zarazem licząc, że może w końcu i w naszym życiu wydarzy się cud, że stanie się coś po ludzku niemożliwego. To wewnętrzne rozdwojenie powoduje, że niejednokrotnie nie potrafimy zająć jednego stanowiska, tylko metodą półprawd dążymy do czegoś, co wydaje się być dobre, ale niekoniecznie takie jest.

Wieczorem zaczęło kropić. Już myślałem, że kolejny nocleg będzie przebiegał pod znakiem suszenia ubrań i ekwipunku. Na szczęście burza przeszła bokiem. Nam na pamiątkę zostawiła zaś piękną tęczę.

Dzień IX

Jaskrów. I w zasadzie nie potrzeba więcej słów, bo oznacza to, że od Jasnej Góry dzieli nas już tylko kilka kilometrów. Odcinek, który mamy do przebycia jutro, będzie niejako podsumowaniem dziewięciu dni drogi i przypomnieniem tego z czym do Matki idziemy, co przez tych prawie trzysta kilometrów ze sobą nieśliśmy a co wreszcie będziemy mogli z siebie zrzucić, jak ciężki, niewygodny plecak.

Dzisiejszy odcinek to teren pagórkowaty. Czasem trzeba było się namęczyć, żeby na jakąś górkę się wdrapać. Jednak zazwyczaj później można było lekko z tej górki zejść. I taka pewnie była cała ta pielgrzymka. Raz szło się łatwiej, bo i sił było więcej i pogoda była lepsza, może było do kogo się odezwać, wtedy zawsze trochę łatwiej. Innym razem było ciężko, bo nikt nie podał kubka wody, a własnej nie starczyło, nikt nie zapytał czy nie bolą nogi, a może po prostu zabrakło osoby, która po kolejnym ciężkim dniu podeszłaby i tak bez powodu poklepała po ramieniu.

Taka była nie tylko cała pielgrzymka, ale takie jest chyba całe nasze życie. Nie zawsze kolorowe, nie zawsze wygodne. Jeżeli jednak nasze życie stanie się takim prawdziwym pielgrzymowaniem, jeżeli będzie miało cel – jeden, konkretny, nie zamazany – to będzie lżej. Nas wspomagała w drodze Matka z Jasnej Góry. Gdy jutro będziemy iść Aleją Najświętszej Maryi Panny w Częstochowie nikt nie powie, że się zawiódł.

Już niedługo apel w Jaskrowie. Wszystkie grupy już teraz dobrze się bawią. Może trochę wbrew gospodarzom, ale tak będzie całą noc. Ale nie tylko dlatego ta noc będzie wyjątkowo krótka – na ostatni etap ruszamy jutro tuż po trzeciej rano.

Dzień X

Dotarliśmy! Po 10 dniach zmagań z własnymi słabościami – zarówno tymi fizycznymi, jak i duchowymi – około 8.15, pierwsze grupy weszły do kaplicy Cudownego Obrazu na Jasnej Górze. Na ostatnich metrach pątnikom towarzyszył metropolita warszawski – Kazimierz kardynał Nycz.

Drogę zaczęliśmy wyjątkowo wcześnie, tym bardziej, że w ostatnią pielgrzymkową noc zasnąć było dość ciężko. Pobudka była już o 3.50, potem dwa postoje i ostatnia prosta, czyli Aleja Najświętszej Maryi Panny w Częstochowie. W Sanktuarium, jak zwykle tłumy ludzi. Zapewne trudno to Wam sobie wyobrazić, ale na parkingu stały tysiące samochodów a po jasnogórskich dróżkach kręciły się dziesiątki tysięcy pielgrzymów.

Jednak, gdy stanąłem już przed Matką Bożą, ten tłum nagle zniknął. Sam na sam. Te oczy… Można naprawdę zapomnieć o wszystkich problemach, bo Ona wszystko rozumie, wszystko wie i we wszystkim pomoże. Bez słów.

O 13. uroczysta Msza święta na wałach, której przewodniczył bp Dziuba z Łowicza a homilię wygłosił przedstawiciel Warszawy – bp Piotr Jarecki. Mówił o wielkiej wartości pielgrzymowania, o trudzie, ale i niewyobrażalnej łasce, która się z nim wiąże. Jej pełnię możemy zobaczyć, patrząc na Maryję, która w pełni zaufawszy Bogu, dostąpiła też szczególnego Bożego wybrania.

Na razie tyle. Za dużo emocji, by wszystko od razu podsumować – teraz czas na choć krótki, odpoczynek po pielgrzymowaniu.

Jedna odpowiedź do “Z pielgrzymki”

  1. Ojej… Ja muszę się przyznać, że czuję wstręt do pielgrzymowania. Bród, spanie na podłodze, albo deszcz się leje z nieba, albo skwar że się nie da wytrzymać – rzadko coś pomiędzy… Mam wiele miłych wspomnień z pielgrzymek. Jednak na samą o nich myśl mnie wzdryga. Tak, dla mnie pielgrzymka rzeczywiście zawsze była trudem i wyrzeczeniem :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *