Ważny czas

Wreszcie udało mi się znaleźć chwilę czasu, by podzielić się tym, co przeżyłem pielgrzymując przez prawie miesiąc po żywych wspólnotach europejskiego Kościoła. Był to bardzo ważny czas, można powiedzieć, że czas podczas którego wiele zrozumiałem i bardzo wiele nowych rzeczy się nauczyłem. Pozwolę sobie opublikować tutaj część notatek z podróży, które pisane z dnia na dzień, mogą dać pełniejszy obraz samego wyjazdu.

28 sierpnia, Altöting

Jest późny wieczór w niedzielę 28 sierpnia. W tym momencie nasza szóstka jest już w Altöting w Niemczech. Z tego, co wiem, od soboty od godziny 21. (kiedy to wyruszyliśmy z Warszawy) przejechaliśmy już ponad 1000 kilometrów. Bardzo dużo. Kierowcy zmęczeni – Bogu dzięki za Mikołaja i Piotrka. Dzisiaj z ważniejszych miejsc, byliśmy w Vierzehnheiligen, Bamberg i Ratyzbona. Ale trzeba dodać do tego niesamowite widoki niemieckiej przyrody, podczas podróży samochodem. Atmosfera w grupie chwilami napięta (…) W końcu tutaj przyjechaliśmy się "uczyć" wspólnoty. Mamy sporo czasu na poznawanie siebie nawzajem. Czas spać – nie spałem poza kilkoma drzemkami w samochodzie od ponad 30 godzin.

Wielka Kartuzja, 1 września 

Właśnie siedzę w lesie, gdzieś w okolicach Wielkiej Kartuzji we francuskich Alpach. Widoki zapierają dech w piersi. Szczególnie tutaj, gdzie w wielkiej ciszy żyją bracia i przyroda. Cisza nie jest tu przygnębiająca. A takie wrażenie miałem często w seminarium. Czy zatem była to jednak cisza? Tutaj trwanie w ciszy serca przynosi ukojenie. Pozwala słyszeć Boga. A Ten przychodzi na różne sposoby.

Zupełna cisza pozostawia człowieka w dwóch układach odniesienia – do Boga i do samego siebie. Gdyby człowiek modlił się, nie rozmawiając wcześniej ze sobą, nie konfrontując się ze swoimi problemami, ze swoim zmęczeniem, modlitwa byłaby wówczas jedynie czczą gadaniną.

Jak wielki jesteś Panie
w ciszy.
Jak dobrze jest Cię wysławiać,
gdy nie jestem sam.
I nieważne są słowa milczenia.
I nie liczy się samotność modlitwy.

Bo Ty jesteś
nawet gdy drzewa nie szumią
i gwiazdy na niebie się skryły.

Będę czekać na Ciebie.
Bo wiem, że przyjdziesz.

Taizé, 7 września

Wieczór w Taizé. W zasadzie jest to już czwarty wieczór w tym miejscu niezwykłym i banalnym zarazem. Niezwykłym dlatego, że czymś wspaniałym jest łączyć tyle kultur, tyle typów myślenia, przede wszystkim właśnie tylu ludzi, w jednym  celu – żeby w jakiś sposób doświadczyć Boga, modlitwy. A banalnym dlatego właśnie, że ta modlitwa niekiedy wydaje się być tylko punktem programu, który choć ważny, okazuje się mniej istotny niż chociażby spotkania z rówieśnikami z innych krajów. Często mam też tu wrażenie, że od samego życia ważniejsza jest jego jakość. Liczy się życie pełną gębą przez możliwie długi czas (…) Bóg nad tym wszystkim czuwa.

Taizé, 8 września

Dzisiaj spotkaliśmy się z bratem Aloisem – sługą komunii, czyli przełożonym wspólnoty. powiedział nam, że ksiądz ma być przede wszystkim chrześcijaninem a w kapłaństwie najważniejsze jest odnajdywać i ciągle odnawiać radość w relacji do Chrystusa.

***

Modlić się to nie znaczy tylko wypowiadać jakieś określone formuły czy zdania. “Nie tylko”, czyli nie jest to coś złego. Każdy ma wrażliwość, która jest czymś bardzo ludzkim, to znaczy bardzo osobistym i indywidualnym. Modlitwą może być też patrzenie Bogu w oczy. Jestem na wieczornej modlitwie w Taizé. Będę próbował patrzeć Mu w oczy.

***

Pierwsze słowa jakie usłyszałem po zapisaniu ostatniego zdania: Gdy bowiem nie umiecie się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za wami w błaganiach… Bogu niech będą dzięki! On tu jest.

***

Niezwykłe jest działanie Boga w ludziach. To jest to, czego teraz doświadczam i czego z pewnością nie zapomnę. Ważne jest bowiem nie to, czy ci ludzie wchodzą w relację ze mną – ważne, że dostrzegam ich relację do Boga. To, że Bóg działa w nich sprawia zaś, że działa też przez ich obecność, wszędzie tam, gdzie się pojawiają. Przemawia przez nich jak przez proroków. Tak, oni są – każdy z nas jest – prorokiem tego tysiąclecia. Bóg chce przez nas mówić. Musimy oddać Mu swe usta.

Taizé, 9 września

Jest piątek. We wspólnocie Taizé to dzień, w którym przedpołudnie jest zarezerwowane na milczenie. Próbuję właśnie w tym milczeniu trwać. Wyszedłem w okolice wioski, tak by bez tłumu móc się zastanowić nad zaproponowaną Ewangelią. Bóg przemawia w ciszy. Nawet, gdy wokół jeżdżą samochody lub ktoś właśnie ścina drzewo. To naprawdę nie przeszkadza, gdy ciszę niesie się w sobie.

Panie, Ty karmisz mnie Sobą, gdy jestem głodny. Ty poisz mnie Swym Słowem, gdy jestem spragniony. Nagość mojej słabości przyodziewasz Krzyżem i wyrywasz mnie z więzienia własnej niewystarczalności. Odnawiasz mnie miłością, bym mógł żyć. Bądź pochwalony! Amen.

***

By wspólnota mogła być nazywana wspólnotą, nie potrzeba by dokonywały się w niej jakieś straszne rzeczy. Nie potrzeba fajerwerków w postaci nakręcanych sztucznie sporów czy kolejnych pojednań. Przebaczenie, które nie wynika z prawdziwej i realnej potrzeby człowieka a jest jedynie próbą poprawienia nastroju, prowadzi prędzej czy później do powstania prawdziwych zranień, które uleczyć może być bardzo trudno.  Dlaczego? Pojawia się bowiem nieufność. Trudno zaufać osobie, która pragnie pojednania, podczas gdy my nie wiemy, gdzie nastąpił rozpad. Wówczas lekarstwem może być rozmowa. Lub cisza. Cisza leczy rany, gdyż pozwala się im zasklepić, pozwala zrozumieć, co nas tak naprawdę zabolało. Jestem  w kościele w Taizé – na  środku leży Krzyż – dzisiaj piątek. Chrystus przebaczył umierając, ale nie żądał przebaczenia. Nie On w końcu zawinił. W ludzkich relacjach to rzadka sytuacja – zazwyczaj wina leży w środku relacji między dwojgiem ludzi. Trzeba sobie wówczas przede wszystkim zdać sprawę z własnej grzeszności. Własnego niepokoju. Oskarżenia powodują bowiem jedynie dalsze nawarstwianie się problemów. To, że mamy z czymś trudności jest wielkim darem. W ten obszar Duch może wnieść prawdziwy pokój a w konsekwencji zdrową radość. W naszych słabościach obficie wylewa się łaska. Panie daj mi przyjąć wszystko, co dajesz.

Taizé, 10 września

(…) Ksiądz, kleryk powinien jako pierwszą stawiać relację do Chrystusa. Służba ludziom zawsze będzie jakoś z tej relacji wynikać.

***

Sobotni wieczór. Siedzę bardzo blisko brata Aloisa. Dzisiaj liturgia światła we wspólnocie. Po mojej prawej stronie wysoki, gliniany świecznik a na nim paschał. Świeca już się pali. Potrzeba nam dziś światła, tego Światła, które nigdy nie zgaśnie. W Taizé to Światło zdaje się być nie tylko symbolem…

Fontgombault, 11 września

Drugi dzień pobytu w opactwie w Fontgombault. Jest wieczór, na klasztornej wieży właśnie wybiła 21.30. Na terenie opactwa jest już cisza. Ostatnia modlitwa kończy się koło 21. i mnisi idą spać, bo rano trzeba wstać nieco przed 5.  Dzień wypełniony modlitwą. W kościele zbieraliśmy się siedem razy.  I z pewnością nie było to “klepanie pacierzy”. Dzisiaj mieliśmy dużo szczęścia, bo mogliśmy uczestniczyć we mszy świętej ze złożeniem ślubów wieczystych. Piękna uroczystość, bardzo wymowna. W kazaniu nowy opat wspólnoty mówił o ważnej roli imienia. Nowe imię – przybierane także w profesji wieczystej – jest znakiem oddania swego życia Bogu. Mnisi są dziś dla nas znakiem, że jest dla Kogo żyć. Są znakiem głębokiej łączności z posłannictwem Maryi – tej, która przybrała imię “służebnicy Pańskiej”. 

Mający złożyć profesję w pewnym momencie obrzędu stanął przed ołtarzem z wzniesionymi, rozkrzyżowanymi rękoma i zaczął śpiewać: “Przyjmij mnie, Panie, według słowa Twego, a będę żył”, potem uklęknął, złożył ręce na piersiach i ze skłonioną głową dodał: “i nie zawstydzisz mnie ze względu na oczekiwanie moje”…

Po południu mogliśmy osobiście spotkać się z opatem wspólnoty. Powiedział nam coś bardzo ważnego. Ksiądz nie jest tym, który decyduje, tę swoją wolę ma z każdym dniem coraz bardziej ofiarowywać Bogu. Nie może się jej wyrzekać, gdyż w ten sposób uciekałby od odpowiedzialności i trudności, lecz coraz bardziej ma zbliżać swe serce do Bożego Serca.

Jutro po porannej Mszy świętej i śniadaniu ruszamy do Paryża. Po drodze jeden z zamków nad Loarą i Orlean. Deo gratias!

Solesmes, 16 września

Jesteśmy już w Solesmes, dopiero co przyjechaliśmy. Piszę jednak już teraz, bo jest trochę przeżyć z ponad dwudniowego pobytu w Paryżu., gdzie nie udało mi się skreślić żadnych słów. Do tego dzisiaj straszny ból głowy. Mam nadzieję, że przejdzie.

W Paryżu byłem po raz pierwszy. Miasto niezwykłe, bo choć bogate w najgorsze kontrasty, to jednak przede wszystkim czuć w nim, że ludziom na czymś zależy. Każdy ze spotkanych na drodze przechodniów był może nie tyle szczęśliwy ze swego życia – bo to rzadko nas oszczędza – ale chyba każdy był jakoś pogodzony z tym, co mu daje Bóg. Na pewno nie dało się odczuć charakterystycznego chociażby dla nas Polaków narzekania. Nigdy nie narzekać, za wszystko dziękować – te słowa jednego ze zmarłych jakiś czas temu księży, wydają mi się tu bardzo trafne. 

Kościół we Francji a na pewno w Paryżu nie jest w odwrocie. Wprost przeciwnie – jest prężny, aktywny a przede wszystkim wierzący. W stolicy Francuzów usłyszałem od kogoś, że choć może faktycznie Kościół w Polsce jest liczniejszy, to jednak francuski z pewnością nie ustępuje mu mocą modlitwy. Jestem bardzo zbudowany wizytą w każdym paryskim kościele. Tam rodzą się nowe wspólnoty, które nie boją się zniszczeń w porewolucyjnej moralności.

Będąc w Paryżu zobaczyliśmy oczywiście wiele pięknych miejsc. Wieża Eiffla, Łuk Triumfalny, Katedra Notre Dame, Luwr, Panteon, podparyski Wersal i wiele, wiele innych. Dobrze było tam być.

I tu notatki się urywają. Co nie znaczy, że skończyły się przeżycia. Te trudno byłoby opisać nawet przez najbliższy miesiąc. Dziękuję Panu, że udało się nam wszystkim szczęśliwie wrócić. Potężny jesteś Panie…

2 odpowiedzi do “Ważny czas”

  1. Piękna, długa i interesująca notatka, starałem się, by nie umknął mi żaden jej fragment. Jednak w trakcie czytania przyszła mi do głowy chmara pytań, za odpowiedź na które byłbym niezmiernie wdzięczny, a wierzę, że pogłębi to zrozumienie poruszanych tu spraw duchowych zarówno przeze mnie, jak i przez Księdza.

    „Tutaj trwanie w ciszy serca przynosi ukojenie. Pozwala słyszeć Boga. A Ten przychodzi na różne sposoby.”

    – Jak Ksiądz mógłby spróbować rozróżnić ciszę od ciszy serca?
    – Słyszeć Boga dosłownie czy metaforycznie? W pierwszym przypadku – co mówi? W drugim zaś – na czym polega takie słyszenie?
    – Na jakie sposoby przychodzi Bóg?

    „Liczy się życie pełną gębą przez możliwie długi czas.”

    – Jak wygląda takie życie?

    „Modlitwą może być też patrzenie Bogu w oczy.”

    – Rozumiem że chodzi o dosłowne kontemplowanie spojrzenia Chrystusa z jakiegoś obrazu lub krzyża. Czy może się mylę? Co w tych oczach można wyczytać, co jest w nich naprawdę zawarte, a nie jest im tylko dopisywane niejako z samej natury Chrystusa?

    „Ważne jest bowiem nie to, czy ci ludzie wchodzą w relację ze mną – ważne, że dostrzegam ich relację do Boga.”

    – Jaka jest ta relacja? (przyjacielska, pełna pokory, bezpośrednia i „do bólu szczera”, …, ?)

    „Bóg chce przez nas mówić. Musimy oddać Mu swe usta.”

    – Jak to rozumieć? Czy naprawdę Bóg może „przejąć nad nami kontrolę” i niejako narzucić nam swoje myśli, czy raczej oczekuje od nas, że będziemy sami z siebie mówić to, co On chce, żebyśmy mówili? A może rozumieć to jeszcze inaczej?

    „Bóg przemawia w ciszy. (…) To naprawdę nie przeszkadza, gdy ciszę niesie się w sobie.”

    – Ponownie – w jaki sposób przemawia Bóg? Słychać jego głos, nachodzą nas „dziwne myśli”, czy jak inaczej?
    – Cisza niesiona w sobie jest albo jednym z objawów, albo nawet równoznaczna ze spokojem wewnętrznym. Jak mógłby Ksiądz opisać ten stan?

    „Trudno zaufać osobie, która pragnie pojednania, podczas gdy my nie wiemy, gdzie nastąpił rozpad.”

    – Nie umiem sobie wyobrazić takiej sytuacji. Czy chodzi o „przepraszanie na zapas”, o ukrywanie zranień i wybaczanie ich bez ich wyjaśnienia lub manifestacji, czy o co?

    „To, że mamy z czymś trudności jest wielkim darem. W ten obszar Duch może wnieść prawdziwy pokój a w konsekwencji zdrową radość. W naszych słabościach obficie wylewa się łaska.”

    – Pokój i radość pojawiają się równocześnie z problemem, czy raczej już po jego rozwiązaniu?
    – Sam Bóg żadnej słabości w nas nie naprawi, jeśli sami nie będziemy nad tym pracować. „Rola Boga”, jeśli można ją tak określić, sprowadza się chyba raczej do dawania nam siły, prowadzenia nas dobrymi drogami lub zsyłania nam ludzi, którzy nam pomogą. Jakich jeszcze łask udziela nam Bóg w naszych słabościach? Bo nie do końca rozumiem pochodzenie i działanie owej Bożej siły, mechanizm prowadzenia nas Bożymi drogami i Bożą ingerencję w to, jakich ludzi spotykamy na swojej drodze życia.
    – Czy Boża łaska nie jest większa w tym, w czym jesteśmy dobrzy i za co możemy dziękować, niż w tym, co nam nie wychodzi i o co musimy prosić?

    Dodam jeszcze tylko, w kwestii wyjaśnienia, że jestem dość zagubionym chrześcijaninem, poszukującym Boga przez zrozumienie, zarówno Jego, jak i tego, jak Go doświadczać. Sam sobie nie poradzę, wiem, próbowałem. Dlatego proszę o pomoc Księdza, i wierzę, że – jakakolwiek jest w tym rola Boga, jeśli jest – Ksiądz jest mi w stanie jakoś przybliżyć „te sprawy”.

    pozdrawiam – Kuba Miziński

  2. Twój komentarz jest równie długi, jak wpis, stąd również wymagał dokładnego przeanalizowania i przemyślenia. Na początku muszę jednak dokonać pewnego założenia – nie wiem czy na wszystkie Twoje pytania udzielę odpowiedzi. Dlaczego? Bo, powyższy tekst to w większości notatki z podróży, która była rekolekcjami w drodze. Wtedy zawsze odczuwa się trochę inaczej, na wiele spraw spogląda się inaczej. Oczywiście, celem jest by to, co się w nas dokonało pozostało trwałym śladem. Jednak praktyka życia pokazuje, że nie zawsze jest to możliwe…

    Najpierw co do ciszy. Trudno jest milczeć. uciekamy od tego dość podświadomie, gdyż boimy się, że zostaniemy źle zrozumiani, że ktoś nas źle oceni, gdy nie będziemy się mogli bronić słowami. Gdy zaś już przychodzi do milczenia, zazwyczaj ogranicza się ono do milczenia zewnętrznego, czyli zamkniętych ust. Jednocześnie w nas zaczyna się wówczas prawdziwy bój myśli – oceniamy ostatnie chwile, wyciągamy wnioski z tego co do tej pory udało nam się zrobić, szykujemy plany na najbliższe chwile. Cisza serca zaś to ten moment, który pozwala odetchnąć od tej gonitwy, gdy już nic nie musimy mówić ani ustami ani sercem. Nie wiem, czy czegoś takiego kiedyś doświadczyłeś. Mi pomaga w tym Adoracja Najświętszego Sakramentu. Bo gdy już się Mu wyżalę z tego, co mnie spotkało, wtedy już nic nie muszę mówić. Szkoda, że tak rzadko się to zdarza…

    Ta cisza jest bowiem okazją do tego, by mówił Bóg. Nie, nie miałem prywatnych objawień, można więc zatem, odpowiadając na twoje pytanie, powiedzieć, że chodzi o „mówienie” metaforyczne. Jednak coś w tych słowach, których nie ma, w tej ciszy, która ciszą nie jest, dzieje się dziwnego… Doświadczasz Jego obecności. Czujesz się po prostu bezpiecznie. Tak jakby mówił: „Nie bój się… Ja jestem z tobą”. Bóg przychodzi bowiem do Ciebie. Nie potrzeba tu żadnych fajerwerków. w 1 Krl 19 Boga nie było ani w huraganie, ani w trzęsieniu ziemi. Był w lekkim powiewie. Dla mnie jest to powiew codzienności. Czasem ta łagodność przejawia się zatem zabieganiem, a czasem spokojem. Łagodność polega tu bowiem na tym, że Bóg się nam nie narzuca. Daje się nam usłyszeć, ale trzeba się dobrze wsłuchać w otoczenie…

    Czy modlitwą może być patrzenie Bogu w oczy… W człowieku oczy są tym narządem, który jest „najbardziej szczery”. Można robić różne miny, można wypowiadać kłamstwa, ale oczy pokażą zawsze to, co naprawdę jest w człowieku. A jak jest z Bogiem? Gdy pisałem o tych Bożych oczach, patrzyłem na ikonę przyjaźni (można znaleźć w Internecie). Chrystus nie boi się człowieka, który stoi obok niego, nie musi na niego patrzeć, może razem z nim patrzeć w jednym kierunku. Patrzy na mnie i jakby widział to wszystko, co mnie przygniata, w czym jestem sam, w czym sobie nie radzę, choć chciałbym, żeby był ktoś obok. I patrząc w Jego oczy rozumiem, że On chce, żebym to ja był tym mężczyzną, któremu trzyma rękę na ramieniu, chce mi towarzyszyć w tym, co przeżywam i w tym czego po ludzku nie rozumiem. Te oczy nie oskarżają, nie mają pretensji, nie narzekają. I dlatego dają mi wewnętrzny spokój.

    Ten Bóg, który pozornie nic nie mówi, który jest Bogiem cichym i pokornym, chce żebyśmy Mu dali swoje usta. Niczego nie żąda, raz danej wolności nie zabiera ani nie ogranicza – to doskonale robimy sami – ale chce mówić i dlatego o te nasze usta prosi, by nieść Jego słowo dalej, by przekazywać innym, jak Bóg działa we mnie, czego we mnie dokonuje. A jeżeli nie czuje Jego obecności, to tym mocniej Jego słowa stają się ważne dla nas samych, zaczynamy je realnie przeżywać, stają się nasze…

    Jeżeli chodzi o przepraszanie w nawiązaniu do słów: „Trudno zaufać osobie, która pragnie pojednania, podczas gdy my nie wiemy, gdzie nastąpił rozpad”… Każdy z nas ma inną wrażliwość… Trzeba o tym zawsze pamiętać a unikniemy wielu problemów we wzajemnych relacjach. Dla jednej osoby dana sytuacja czy nawet słowo może oznaczać policzek, może się się nim czuć dotknięta. Tymczasem druga strona nie dostrzega tego samego, inaczej ocenia sytuację. I pojawia się konflikt, który jest o tyle trudny, że w rzeczywistości jest konfliktem wewnętrznym jednej ze stron relacji, ocenianym jednak przez pryzmat zupełnie, albo w ograniczonym stopniu świadomej drugiej strony.

    Pytasz: „Czy Boża łaska nie jest większa w tym, w czym jesteśmy dobrzy i za co możemy dziękować, niż w tym, co nam nie wychodzi i o co musimy prosić?” To, co chciałem naprzód zauważyć, to fakt, że z antropologia człowieka opiera się na rozwoju, człowiek przez rozwój się doskonali. Ktoś, kto się nie rozwija nigdy nie osiągnie doskonałości, nikt też nie może powiedzieć, że już doskonały jest. Jeżeli ktoś nie widzi swoich problemów czy trudności, to sam siebie oszukuje, jednocześnie zamykając sobie drogę do prawdziwego spełnienia czyli spełnienia jako osoby, a nie tylko pożądliwego zwierzęcia. Spełnienie jest możliwe tylko wtedy, gdy dostrzegając swoje wady, mamy silną wolę ich poprawy i faktycznie to robimy. Bóg w tym udziela nam Swej łaski. Święty Paweł powiedział: „Najbardziej zaś będę się chlubił ze swoich słabości. Moc bowiem w słabości się doskonali”. Dajmy tej Mocy przystęp do siebie. Bez nas Bóg nic w nas nie będzie czynić.

    Nie wiem czy odpowiedziałem na wszystkie pytania, wiem że nie rozwiałem wszystkich wątpliwości. Te zawsze będą, to bardzo ludzkie odczucie – też się z nimi zmagam. Ważne jest jednak, by wtedy, gdy jest trudno pamiętać, że Bóg o nas walczy, że z nas nie rezygnuje. Naprawdę Mu na nas zależy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *