W krainie ślepców?

Żyjemy w krainie ślepców. Wśród ludzi zabłąkanych w gąszczu liberalnych uproszczeń i nieuzasadnionego cierpienia. Wśród tysięcy norm bardziej lub mniej moralnych, wśród promocji i okazji.  W biegu za pożądaniem i w ciągłej rozmowie o niczym.

Ślepy nigdy nie dostrzeże drugiego ślepca. Jest skupiony na sobie. Nie widzi co się wokół dzieje, więc pozostaje mu troska o własne potrzeby. Wewnętrzny świat własnych problemów i radości. Musi zapewnić realizację partykularnych interesów, inaczej zginie. Przecież nikt mu nie pomoże! Drugi, tak samo jak on, jest przede wszystkim zainteresowany sobą. Żyje w lęku o siebie i o swoje bycie. Nie jest w stanie przemienić we mnie tego, czego nie widzi. A tylko to mi pozostało?… Nie warto ryzykować siebie.

Drugi człowiek rozpatrywany jest jako nade wszystko środek, który może posłużyć do zaspokojenia własnych celów. Choć mimowolnie odczuwana jest jego wartość, to spychana jest ona raczej na boczny tor. Liczy się to czego ja potrzebuję. Inaczej – liczy się to co potrzebuje „ja”. Staje się ono bowiem jakby odgrodzone, zaczyna panować nad człowiekiem. Następuje przedziwne wyobcowanie i jakiś rozłam w samym sobie.

Oczywiście pojawia się chęć zbliżenia, ale o ile  nie prowadzi ona do zrealizowania siebie, o tyle może poczekać. „Ty” może poczekać, bo najpierw liczy się „ja”. Najpierw muszę się wykształcić, najpierw muszę zdobyć dobrą pracę. Najpierw muszę wykorzystać to wszystko co mam, dopiero później przyda się drugi człowiek.

Wizja straszna, ale jak bardzo dziś realna. Cierpimy z powodu tej ślepoty. Tłamsi nas ona i ogranicza. Próbujemy się z niej wyrwać stosując fortele i wykorzystując wrodzony spryt. Tymczasem ostatecznie okazuje się, że ślepota to tylko iluzja – wybieg równie sprytnego „ja”. Wystarczyło otworzyć oczy…

2 odpowiedzi do “W krainie ślepców?”

  1. Strasznie posępna ta Twoja wizja ludzi, człowieka. Ja widze dookoła siebie mnóstwo ludzi dobrych, ktorzy nie zawsze wiedza jak to dobro ugryzc i podac dalej, ale chca byc lepsi. Chcą kochac i byc kochani…Chca byc potrzebni…Tak niewiele potrzeba, zeby uaktywnic te ich potrzeby, po prostu samemu byc otwartym, niebezmyslnym, radosnym i ufajacym tym, ktorych mozemy nazwac Mistrzami, Autorytetami. Czytam wlasnie Mertona, jego pamietnik. Moge go nazwac swoim Mistrzem…To on otworzyl mi oczy na wiare, potem byli inni (Hryniewicz, Tischner, Dupui, Halik…) i znow wrocilam do niego. Bije z niego dobroc…

  2. Jak napisałem w ostatnim akapicie, faktycznie jest to wizja posępna. Zresztą, na pewno przesadzona i w wielu miejscach generalizująca. Ale wydaje mi się, że jest w nas ta „ślepota” i, tak jak napisałem, przeszkadza nam ona i nas ogranicza – co potwierdza z kolei to o czym ty piszesz. Bóg nie stworzył nas ślepych, lecz często wygodniej zamknąć oczy na drugiego człowieka i otworzyć je dopiero gdy będziemy „chcieć”. Radość pojawia się wtedy, gdy z otwartymi oczyma człowiek jest gotowy dać siebie, gdy właśnie niebezmyślnie zaufa. Jest to radość trudna, ale chyba nie chcę innej…
    Dzięki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *