Uczę się ciszy

Seminarium zapewnia mi każdego dnia możliwość rozmowy ze sobą, z tym Kimś. To ciekawe, że dopiero teraz, po roku formacji,  dostrzegam wartość milczenia. Obowiązuje ono codziennie od godziny dwudziestej pierwszej aż do wspólnego śniadania dnia następnego. Formalnie silentium sacrum zobowiązuje do milczenia zewnętrznego. Niestety tak je przez długi czas postrzegałem, jako kolejny pozbawiony sensu przepis, punkt regulaminu, będący reliktem przeszłości, z którego wszyscy boją się zrezygnować, chociaż i tak mało kto go przestrzega.

Od początku pobytu w seminarium zdecydowałem się jednak, że podporządkuję się milczeniu- po co stwarzać sobie problemy z przełożonymi, po co męczyć się rozmową z kolegami, gdy człowiek najchętniej poszedłby już spać. Takie milczenie szybko jednak stało się po prostu męczące, tym bardziej, że dla niektórych współbraci zachowywanie silentium jest po prostu śmiesznym, martwym i nic nie znaczącym przepisem. I faktycznie samo silentium może jest zabawne i pozbawione sensu, ale to nie jest zwykłe milczenie to milczenie święte- sacrum silentium.

Święte czyli zarezerwowane dla tego Kogoś, który woła. Przez zgiełk współczesności trudno jest się bowiem przebić i choć ten Ktoś woła ciągle, to można Go przez ten hałas po prostu nie usłyszeć. Od kiedy zacząłem silentium traktować jako czas przeznaczony już nie na mówienie, ale słuchanie, także zachowywanie milczenia zaczęło przychodzić mi łatwiej. Oczywiście nie udało mi się tutaj dojść do perfekcji. Okazało się, że zewnętrzne zachowanie milczenia to zaledwie pierwszy krok, ale idea silentium sprowadza się do zachowania także milczenia wewnętrznego. Gdy wybija dwudziesta pierwsza, często jestem w samym środku ciekawej rozmowy, czekam na ważne spotkanie następnego dnia i choć usta milczą, to dusza krzyczy.

Krzyczy, bo chce zagłuszyć tego, Który znowu woła. Spotkanie z Nim przed Najświętszym Sakramentem w czasie wieczornej adoracji to tak naprawdę walka o Jego Słowo. Muszę je wyłuskiwać z potoku moich słów, moich próśb, błagań, podziękowań. Często jestem już na tyle zmęczony, że z tej walki rezygnuję, pozwalam, żeby moje wnętrze krzyczało, żeby ten Ktoś wołał, a sam oddaje się lekturze książki czy rutynowej modlitwie, która choć na chwilę daje wytchnienie.

Każdego dnia będę dziękował temu, Który zawołał mnie już ponad dziesięć miesięcy temu, za ciszę. Za to, że dał mi się słuchać, gdy dla niezorientowanych panuje przeraźliwe milczenie. Za to, że każdego wieczoru uczy mnie tego milczenia i pokazuje jak słuchać, żeby wreszcie usłyszeć…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *