Świadome powołanie

Kolejna refleksja nad powołaniem. Zbliża się nieuchronnie moment przyjęcia sutanny. Jest to z jednej strony wydarzenie oczekiwane, zmieniające, przynajmniej zewnętrznie, życie i człowieka. Z drugiej jednak napawa lękiem i obawą. Trzeba podjąć decyzję i w jakiś sposób się określić. Czy moim powołaniem jest kapłaństwo? Czy jestem gotowy na takie powołanie? Czy potrafię na nie odpowiedzieć?

Odpowiedź na ów Głos, który mówi „Pójdź za mną!” wymaga zaangażowania całego człowieka. Wymaga poświęcenia i ofiary. Trzeba jednak wpierw uświadomić sobie, co znaczy dać siebie. Wydaje się bowiem, że nie potrzeba dziś księży, którzy kapłaństwo wybierają od tak, bo tak czują, bo tak będzie najlepiej, bo taka jest chyba ich droga. Dar z siebie o tyle jest wartościowy, o ile jest świadomy, o ile jest pewny. Dopiero wówczas pojawia się kolejny aspekt, którym jest celowa bezinteresowność. Celowa, bo właśnie w pełni zamierzona.

W świecie rozbuchanego konsumpcjonizmu i lekko już wydętego hedonizmu, pojęcie bezinteresowności jawi się jako pozbawiony sensu ideał. Ktoś, kto daje a nie oczekuje niczego w zamian, bywa postrzegany jako człowiek naiwny, nieznający się na marketingu, niepotrafiący sobie w życiu poradzić. „By dać trzeba brać” – takie hasło najlepiej opisywałoby współczesną mentalność. Tymczasem kapłaństwo i każde powołanie, także małżeńskie, wymaga bezinteresowności. Tak, to ideał – także dla wielu księży. Ideał, czyli coś, co osiągnąć można a nawet warto, ale jednocześnie coś na tyle odległego i trudnego w realizacji, że całkowicie pomijanego. A motywacje są różne. Dobrze płacą, nic innego nie potrafię, chcę… Ta ostatnia jest chyba najgorsza.

Powołanie nie ogranicza się do owego „Pójdź za mną”. Rozumienie go tylko jako wezwania, jako Czyjegoś daru, choć bardzo częste, wypacza prawdziwy sens powołania. Nadaje mu, bowiem charakter typowo bierny – ten Ktoś woła, dlatego idę za Nim, jak pozbawiony myślenia cień. I człowiek i Bóg pełnią tu rolę przedmiotów, które za pośrednictwem owej drugiej strony realizują swe egoistyczne cele. Powołanie jak miłość wymaga zaś pełnego zaangażowania obu stron. Na głos wezwania trzeba odpowiedzieć w pełni świadomym darem z siebie, nie oczekując na korzyści i zyski. Trzeba nauczyć się rezygnować na rzecz drugiej osoby. Konieczne jest zaufanie, które stabilizuje każdą relację, ale jednocześnie też świadomość, że mogę stracić dla tego, Którego prawdziwie kocham.

Uświadomić sobie zatem powołanie, to pozwolić na miłość i nie żądać niczego w zamian za swoje oddanie. Oddanie całkowicie wolne i pewne, dalekie od perspektywy indywidualnego szczęścia a nastawione nade wszystko na Wołającego, połączone jednak ze zgodą na ofiarę z siebie. Podświadomie boimy się ofiary, dlatego całą odpowiedzialność za powołanie próbujemy zrzucić na tego Kogoś. On wzywa, On milczy, a my biernie realizujemy Jego wolę. Wówczas jednak powołanie ogranicza się tylko do bezcelowego cierpienia i rezygnacji, podczas gdy faktycznie winno budzić uczucie spełnienia i radości. Co bowiem możemy zrobić więcej, jak dać siebie w nieskrępowanej wolności?

Daj mi świadomie powiedzieć Ci „Tak”…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *