Śmierć jak miłość

„Bo jak śmierć potężna jest miłość” (Pnp 8, 6). Słowa te, tak chętnie cytowane, wręcz wytarte już ze znaczenia, kryją dla mnie głęboką prawdę. Siła miłości została w nich porównana do siły śmierci. Tak jak niezwykle trudno jest zaakceptować śmierć, tak niejednokrotnie trudno jest przyjąć miłość. Nikt już dziś chyba nie szuka miłości, która rani, która przenika tak głęboko w człowieka, że na twarzy pojawia się rumieniec wstydu, że drży głos, a myśli wyrywają się spod kontroli umysłu. Takie spontaniczne uczucie traci w dzisiejszym świecie rację bytu. I choć bez wątpienia wielu chciałoby przeżyć miłość  od pierwszego wejrzenia, to tak naprawdę boją się tej miłości, która może przerwać studia, zaprzepaścić szanse na dobrze płatną pracę, która może się przecież okazać tylko zauroczeniem i pomyłką. A co w zamian? „Tylko” drugi człowiek, który tak szybko traci w naszych oczach, który i tak prędzej czy później umiera i ten czy ta, którzy zdradzili kiedyś karierę i sukces, teraz zostają zdradzeni przez śmierć.
Śmierci też nikt nie chce. Dzisiaj koniec życia ziemskiego, to koniec w ogóle. Tezy, że Kościół tylko łudzi drugim życiem, tak często podnoszone, są uprawomocniane przez sondaże i statystyki. Nie ma zmartwychwstania, bo uważa tak większość. Nawet ci, którzy mówią, że wierzą, niejednokrotnie myślą coś zupełnie innego. Boją się śmierci, ale nie chcą naiwnie sądzić, że to nie koniec, że jest coś więcej.
Jak przebaczyć Bogu chrześcijan, gdy na pogrzebie najbliższa rodzina słyszy, że powinna się cieszyć, bo ich bliski trafił do lepszego świata? Co ma powiedzieć żona, która z mężem przeżyła wspólnie 40 lat a teraz ma zostać sama? Nie jest łatwo pojąć, że śmierci już nie ma, że to najbardziej fałszywa plotka powtarzana od tysiącleci.

Śmierć jak miłość pojawia się znienacka i ucieka jeszcze szybciej. Gorzej gdy pojawiwszy się odejść nie chce. Wtedy zaczyna się cierpienie i udręka. Świadomość końca za życia – dla normalnego człowieka, byłyby to najgorsze dni z przekleństwami rzucanymi przede wszystkim w stronę Boga, zaraz później w stronę rodziny, którzy doprowadzili go do „takiego stanu”. Nieważne czy ktoś umiera mając lat 16 czy 103 – śmierć zawsze przychodzi nie w porę. Nie da się jej oszukać, tak jak nie da się oszukać miłości. Jakkolwiek osoba zakochana próbowałaby się przed miłością ukryć – nie uda się jej.

Czy kiedy ktoś odchodzi triumfuje śmierć czy miłość? Czy bliżej jest do rozpaczliwego krzyku czy do miłosnego westchnienia? Choć pytanie może wydawać się prozaiczne, wcale takie nie jest, bo w końcu „miłość zwyciężyła śmierć”. Tak jak dzisiaj często wygrywa śmierć, tak kiedyś miłość zwyciężyła i ciągle  jest tam gdzie leżą „buty i telefon głuchy”. Rzadko dostrzegana, bo pojąć śmierć jako misterium miłości to rzecz nawet nie tyle trudna, co wręcz niewykonalna. Nawet gdy ktoś odchodzi z uśmiechem na ustach, człowiek zwykł płakać… jego dusza płacze. Płacze, bo nie rozumie. Płacze, bo myśli tylko po ludzku.

Tak jak nie ma miłości bez śmierci, bez obumierania dla drugiego człowieka, tak nie ma też śmierci bez miłości. Nie ma śmierci bez miłości, bo nie ma innego uczucia, które by śmierć przetrwało. Jest bowiem jedna różnica między śmiercią i miłością- śmierć nie trwa wiecznie a jest odwieczna Miłość…

Miłość będzie czuwać
nad twoim wyjściem i powrotem,
teraz i po wszystkie czasy
(zob. Ps 121)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *