Rok

Tak to już rok. Dokładnie rok temu przygotowywałem się do wyjazdu do seminarium. 1 września miał się rozpocząć okres wstępny trwający 3 tygodnie. 31. to była niedziela- pamiętam jak dzisiaj. Trwały ostatnie gorączkowe przygotowania. Zasadniczo nie wiedziałem czego się spodziewać. Nie dowiadywałem się jak ten czas ma przebiegać, co będziemy robić. Nie wiedziałem nawet ile osób się zgłosiło. Same zagadki a do tego ogromne zdenerwowanie. Przecież nazajutrz moje życie miało się diametralnie zmienić! Oczywiście wiedziałem, że mogę w każdej chwili zrezygnować, ale zdawałem też sobie sprawę z tego, że w seminarium mogę spędzić najbliższe sześć lat życia. A przecież nie są to zwykłe studia- one mają wszak zdecydować o całym moim życiu- nieodwracalnie!

Po porannej mszy świętej starałem się zachowywać normalnie, jak gdyby nigdy nic. Tymczasem co działo się w moim wnętrzu! … Po prostu się bałem. Wydaje mi się, że wyjazd na studia do innego miasta dla każdego młodego człowieka jest jakimś przeżyciem. Tymczasem ja oprócz rozterek z tym związanych, zastanawiałem się jeszcze czy to oby na pewno moja droga. Kogo tam spotkam? Co to za ludzie? Różnie sobie wyobrażałem życie w seminarium. Okazało się, że klerycy czy inaczej alumni to doprawdy zwykli ludzie. Ktoś by pomyślał: „to ci dopiero odkrycie!”. Tak, ale to chyba nie cała prawda. Oprócz tej całej normalności, dało się bowiem odczuć w kontaktach z pozostałymi obecnymi, szczególnie opiekującymi się nami diakonami, trudno to nazwać… coś jakby właśnie powołanie?

Tak ten czas rok temu był naprawdę szczególny. Najbardziej zapamiętałem pierwsze dni. Ranna podróż samochodem, pożegnanie na parkingu przed seminaryjna furtą i przywitanie po jej drugiej stronie. Jeden ze starszych kleryków pomógł mi wnieść swoje rzeczy do pokoju. Nawet nie zapamiętałem jego twarzy! Później pierwsze spotkania z innymi kandydatami. Wydaje mi się, że chyba wszyscy przeżywali te chwile podobnie jak ja. Pierwsze zaskoczenie? Dużo osób starszych, to znaczy po studiach, pracy. Gdy wszyscy się zjawili była modlitwa w kaplicy seminaryjnej, było kilku księży- jak się później okazało rektorzy i prefekci seminarium a prowadził nasz ojciec duchowny. Wrażenie było dla mnie piorunujące. Jeżeli dobrze pamiętam modliliśmy się Litanią do Chrystusa Kapłana i Żertwy i czułem, że On naprawdę tam jest!

Po modlitwie było spotkanie z Księdzem Rektorem, gdzie podzielono wszystkich kandydatów na cztery kilkuosobowe grupy, którymi mieli się zająć diakoni. Oprowadzili nas po budynku, pokazali wszystkie zakamarki (tak mi się bynajmniej wtedy zdawało…). Potem był wspólny obiad i kolejne zaskoczenie. Dopiero co przyjechaliśmy a już mieliśmy wyjechać by odbyć rekolekcje. Zatem szybkie przepakowanie i już byłem w autokarze. Po przyjeździe do klasztoru, gdzie mieliśmy odbyć ośmiodniowe rekolekcje był pierwszy kontakt z brewiarzem. Na każdego czekał dopiero co poświęcony egzemplarz. Nie myślałem jeszcze wtedy, że ta stosunkowo gruba i stąd nieprzyjemnie wyglądająca książka stanie się dla mnie aż tak ważna.

Myślałem, że moje życie zmieniło się wraz z przyjazdem do seminarium, ale z perspektywy roku wiem, że zmieniło się ono w czasie tamtych rekolekcji. Dzięki tamtym dniom całkowicie inaczej spojrzałem na swoje życie, na to kim byłem dotychczas i czego On ode mnie chce w przyszłości. Nie czułem Jego obecności tak mocno ani w czasie pierwszej komunii świętej ani w czasie bierzmowania. Tak naprawdę wtedy spotkałem Go chyba pierwszy raz. Twarzą w TWARZ…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *