Razem

Dużo ostatnio przemyśleń o wspólnocie. Większość zapewne to wynik tego, co się wokół dzieje a co jakoś mnie dotyka, jakoś mnie angażuje. Chcę się tymi myślami podzielić. W wielu momentach mogą być one bardzo chaotyczne, ale może dzięki temu uda się przemycić w nich nieco prawdy o mnie.

To co odkrywam od dłuższego czasu, to fakt, że wspólnoty nie da się mieć, nie da się jej od tak zbudować. Nie może być ona wynikiem psychologicznych trików, przechytrzenia innych. Wspólnota nie buduje się bowiem słowami. Wspólnota buduje się rozmową. Uczniowie, którzy zdążają do Emaus (Łk 24, 13-35), może mieli za sobą bagaż nieporozumień, może od czegoś uciekali. Jednak nie to w ich historii było najważniejsze. Oni ze sobą nie rozmawiali. Rozmawiają z Jezusem, którego spotkali na drodze, ale nie zamieniają ze sobą ani słowa. Język rozwiązuje się im dopiero wtedy, gdy wracają do swego rodzaju jedności, gdy potrafią razem zasiąść do stołu, przyjąć łamany przez Jezusa chleb. Wtedy dopiero pojawia się dialog: „Czy serce nie pałało w NAS…”. Już nie ma „ja”, nie ma „ty”. Uczniowie mówią o sobie „my”.

Znali się od dawna. Żyli ze sobą z dnia na dzień. Z własnego doświadczenia wiem, że to przynosi wiele nieporozumień, w większości niedopowiedzeń. W tym wirze, który uwiera, z którego chciałoby się uciec, zapomnieć, wrócić do dni, kiedy wszystko było w porządku, nie można stracić z oczu drugiego człowieka. Nie można próbować ratować sytuacji na własną rękę, bo to nie będzie wspólnota, tylko próba ucieczki ze stanu samotności. Wspólnota nie jest lekiem na samotność. Paradoksalność tego stwierdzenia tłumaczy fakt, że jeżeli wspólnota miałaby być używana tylko w tym celu, to zazwyczaj szybko traciłaby tę właściwość. Wspólnota nie leczy, leczą ludzie, leczą żywe relacje ja-ty, które opierają się na uświadomionym pragnieniu uzdrowienia. Dopóty nie dostrzegę potrzeby pomocy ze strony wspólnoty, dopóki „mądra” wspólnota będzie czekać, by nie zranić.

Nie da się tu nic przyspieszyć. Zawsze chcemy podświadomie, żeby było lepiej. Żeby się lepiej ze sobą dogadywać, żeby po prostu lepiej ze sobą żyć. Czyż jednak nie dążymy wówczas do realizacji własnego planu, własnej potrzeby szczęścia? Nie będzie w tym nic złego, aż do momentu, kiedy to własne szczęście nie będzie ograniczające dla całej wspólnoty, niszczące ją całkowitą negacją tego, co być może ważne dla pozostałych jej członków a co niekoniecznie pokrywa się z własnymi ideałami.

Nie ma jednego ideału ludzkiej wspólnoty. Każdy z tych, które w tym momencie byśmy przywołali, będą zapewne wynikową naszych pragnień, naszych oczekiwań. Tymczasem czy nie ta wspólnota jest idealna, którą sam tworzę, w którą wkładam siebie, na tyle na ile potrafię, na ile chcę i na ile mogę? Tak, jest idealna, pozostaje tym ideałem tak długo, jak ja w niej jestem sobą, jestem prawdziwym „ja”. Heroizm autentyczności jest elementem składowym tego, co nazywamy relacją. Ta relacja przeradza się wspólnotę wtedy, gdy jesteśmy gotowi na heroiczną miłość. Wielkie słowo? A chodzi tylko o to, by rozmawiać z drugim człowiekiem jak z bratem, jak z przyjacielem…

A jest to bardzo trudne.

5 odpowiedzi do “Razem”

  1. Oj tak… Jest to bardzo trudne.
    Zgadzam się również z tym, że wspólnota nie jest lekarstwem na samotność. Człowiek szuka sobie przyjaciół, wstępuje do jakieś wspólnoty (chociażby Oaza itd.), gdzie początkowo jej członkowie są zamknięci w swoim kręgu, mają swoje wspólne sprawy, wspomnienia itd, w które nowa osoba nie jest wtajemniczona. Z tego względu ciężko jest się na dobre wkręcić w bliższą relację z tymi ludźmi, zajmuje to bardzo dużo czasu, co człowieka samotnego, szukającego bliskiej relacji już teraz, może jeszcze bardziej przytłoczyć.
    Warto też pamiętać, że podstawową wspólnotą, którą cały czas trzeba budować, jest rodzina 🙂
    Dobry blog 🙂
    Pozdrawiam.

  2. Te słowa na końcu bardzo ważne. Rodzina jest w rzeczy samej podstawową i najważniejszą wspólnotą. Tu w seminarium, gdy najbliższych nie mam „pod ręką” dostrzegam to coraz mocniej. Dziękuję Bogu za swoją rodzinę.

  3. Tak, ja też nie będę oryginalny i powtórzę: jest to bardzo trudne. A autentyczność jest „opcją fundamentalną”, bez której nie uda się żadna relacja, a już na pewno nie wspólnota, gdzie każdy inny, a jednak w (przynajmniej) jednym podobni. Wiem, o czym piszesz (też jestem klerykiem). Fajnie jest doświadczać wspólnoty – nawet czasami, nie zawsze. Jak wszędzie, liczą się chęci – z obu stron. Po długich miesiącach tworzenia wspólnoty z kolegami, widzę, że wiele relacji się krystalizuje po czasie, wiele schematów się łamie, a etykiety były na szczęście przyklejone na zbyt słaby klej i same odpadają…

  4. Gdzieś przeczytałam takie słowa: „Cokolwiek byśmy nie myśleli na temat wspólnoty, w której żyjemy, to jest ona nam dana mimo wszystko od Boga, jako miejsce naszego OCALENIA (chociaż tak naprawdę tego nie widzimy oraz nie odczuwamy na samym początku…)!!!!!”

    Trudno jest żyć we wspólnocie, ale w rzeczywistości całe życie jest trudne, ciągle wymaga podejmowania różnych decyzji, rozmyślania, dyskutowania, znoszenia cierpienia… Dlatego tak ważną umiejętnością jest przebaczanie sobie nawzajem.
    Polecam tu bardzo książkę Jeana Vanier: „Wspólnota miejscem radości i przebaczenia”. (sama całej nie przeczytałam, bo trochę gruba jak na moje możliwości, ale aż mnie naszła ochota, by do niej powrócić :))

    Pozdrawiam serdecznie
    ciekawie piszesz, mój rówieśniku 😉

  5. „Wspólnota nie buduje się bowiem słowami. Wspólnota buduje się rozmową.”
    Czy aby na pewno? Co prawda podoba mi się użycie takiego paradoksu kontrastu (bo przecież własnie ze słów składa się rozmowa), ale mimo wszystko sądzę, że rozmowa nie wystarczy. Potrzeba czynów, doświadczeń – według mnie to wspólne przeżywanie, współdzielenie trudów życia najlepiej kształtuje wspólnotę. Rozmowa też jest niezbędna, ale sama nie „załatwi sprawy”. Osobiście, jest dla mnie niesamowitym, niezrozumianym fenomenem jak można rozmawiać w grupie więcej niż dwóch osób. To z jednej strony takie powszechne, tak codzienne, a mimo wszystko dla mnie niepojęte. Tak potrafi chyba tylko prawdziwa wspólnota.

    Mam też wątpliwości co do tego, jak to jest być tym „prawdziwym ja”. Bo wydaje mi się, że w każdej wspólnocie, do jakiej należymy, będziemy się zachowywać inaczej, zawsze się jakoś dostosowujemy, w przeciwnym razie niemożliwe byłoby porozumienie. Więc de facto nigdy nie jesteśmy „w pełni” sobą. Ale chyba wciąż źle to rozumiem, to „bycie sobą”… Może chodzi o to jedynie, by słowa nie kłamały myślom, by czuło się wzajemną szczerość i zaufanie, nic więcej… Sam już nie wiem. Z mojej strony wszystko to tylko przeczucia.

    Piękny blog, i bardzo przemawiający wpis. Właśnie zyskał Ksiądz nowego czytelnika 😉 Przy okazji, zapraszam do odwiedzenia mojego bloga: http://myslimy.blogspot.com/ i życzę wytrwałości w pisaniu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *