Proste rozwiązania

Dzisiaj rozpoczyna się okres bezpośrednich przygotowań do najbardziej skomercjalizowanych świąt w ciągu roku. Wydaje się, że dla wielu ludzi nie ma już żadnego znaczenia czy będą obchodzić Święto Światła, czy kolejną rocznicę narodzin Boga chrześcijan. Ważne, że jak co roku będzie możliwość nie pójścia do pracy, szkoły, a do tego upominki, wieczerza wigilijna, ciepła rodzinna atmosfera…

Wszyscy się gdzieś śpieszą. Przecież tyle spraw trzeba jeszcze załatwić! W seminarium w tych dniach też niewiele pozostało z „radosnego oczekiwania”. Wydarzenie goni wydarzenie, przecież „trzeba” znowu dobrze wypaść, „trzeba” wszystko załatwić teraz, by w święta móc odpocząć. Ten Ktoś, na którego teoretycznie oczekujemy, praktycznie zostaje zepchnięty na drugi plan. Przecież jeszcze się nie narodził. Jeszcze jest czas…

I ja wpadłem w ów szaleńczy świąteczny korowód, pełen kolorowych lampeczek i błyszczących ozdób. Przecież On i tak przyjdzie. Nie ważne czy będę na to przygotowany, nie ważne czy tego chcę. Takie myślenie nie wymaga od człowieka prawdziwego zaangażowania. Bowiem czy nie łatwiej zająć się tysiącem tak zwanych „problemów”, niż oddać ten czas do dyspozycji Kogoś? Zazwyczaj szukamy prostych rozwiązań, jest to wpisane w naturę człowieka, ale czy „proste” faktycznie oznacza „najlepsze”?

Pośpiech wymaga pracy zarówno ciała jak i myślenia. Pozwala się wyłączyć i przetrwać te momenty życia, które wydają się tak bardzo monotonne i zwyczajne lub pozornie zbyt trudne, by się w nie zaangażować. Zwykło się mówić: „Święta, święta i po świętach”. Długotrwałe zewnętrzne przygotowania tak silnie generują oczekiwanie na coś szczególnego, że gdy owo wydarzenie nadchodzi, wydaje się ono być zbyt krótką chwilą. Można by wręcz rzec, że pośpiech generuje pośpiech.

Adwent w życiu przeciętnego katolika sprowadza się zwykle do… Trudna jest odpowiedzieć na to pytanie, gdyż zazwyczaj adwentu nie ma. Przed wstąpieniem do seminarium, czas ten był dla mnie związany „tylko” z rekolekcjami i spowiedzią. Podchodziłem do niego jako do okresu przejściowego przed przerwą świąteczną. Czekałem by móc odpocząć. Co roku czekałem na siebie i na nikogo więcej.

Wyjść z pułapki wcielonego egoizmu, by móc dostrzec prawdziwe Wcielenie. Takiego celu nie da się zrealizować, gdy nie ma się nawet jego świadomości! A tak łatwo wyprzeć go przy pomocy różnego rodzaju zaangażowań i nawet bardzo pobożnych praktyk! Dzisiaj czekać znaczy przecież tracić. Dzisiaj czekać znaczy nie wiedzieć co ze sobą zrobić. Dzisiaj czekać znaczy wreszcie po prostu się bać.

Przeczekać Boga?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *