Papież i paradoksy

Koło południa byłem na warszawskim Starym Mieście, pod kościołem św. Marcina na Piwnej. To miejsce i moment, kiedy przypadkowy ksiądz powiedział, że papież abdykował zapamiętam zapewne do końca życia. Pierwsza myśl – niemożliwe. Bardzo suche, zintelektualizowane „niemożliwe”. Benedykt XVI. Na pewno nie.

Kiedy jednak wszystkie ważniejsze serwisy potwierdziły informację z Watykanu, trzeba ją było jakoś przyjąć. Początkowo było mi strasznie żal. Papieża bardzo cenię za roztropność, mądrość, ale też niezwykłego ducha. Myślałem sobie – katolicy tracą kogoś bardzo ważnego i to w momencie, kiedy pozycja Kościoła nie jest zbyt silna. Czyżby Benedykt przed tym właśnie uciekał? Kolejne myśli jeszcze te wątpliwości potęgowały – chwilami było mi nawet za papieża trochę wstyd. A teraz, po kilku godzinach? Wstydzę się tego, że mi było wstyd…

Papież podjął zapewne najtrudniejszą decyzję w życiu. Możliwe, że trudniejszą od tej, gdy w 2005 roku miał przyjąć wybór na Biskupa Rzymu. Wtedy to kardynałowie dokonali wyboru, trzeba go było „jedynie” zaakceptować, teraz zaś papież był skazany na siebie. Wierzę jednak, że w tę trudną samotność – samotność własnej słabości i ograniczoności – jakoś bardzo głęboko wszedł Bóg. Więcej – jestem tego pewien. Nawet jeżeli chwilami wciąż zdaje mi się, że w jakimś sensie straciłem ojca, to jednocześnie jest też we mnie mocne przekonanie, że takiej właśnie decyzji potrzeba było w tym momencie Kościołowi. Paradoks. Czy cierpienie papieża, jego fizyczna słabość i rezygnacja może faktycznie Kościół wzmocnić?

Czy nasza wiara nie jest pełna paradoksów? Czy ktokolwiek wierzył, patrząc na umierającego na krzyżu Jezusa, że Jego cierpienie może przynieść zbawienie całemu światu? Święty Piotr, gdy zaparł się Chrystusa, zapłakał i zapewne było mu strasznie wstyd. Po dzisiejszym dniu, trochę go chyba rozumiem…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *