O związkach (partnerskich)… Mogę prosić o gwarancję?

Czymś dogłębnie ludzkim jest lęk o swoją przyszłość. Życie zwykle przebiega na różnorakich próbach jej zabezpieczenia. Wejście w dorosłość, osiągnięcie dojrzałości (nie tylko fizycznej) powoduje jednak podwyższenie poprzeczki. Trzeba zadbać już nie tylko o swoją przyszłość, ale także tych, których kochamy. Żony (męża), dzieci, swoich rodziców… Ostatnio w sejmie próbowano przegłosować ustawę o związkach partnerskich. Ktoś chyba szuka gwarancji, że nikt go nigdy o nic nie poprosi…

Jednym z istotnych elementów proponowanych związków partnerskich, miało być ułatwienie życia osobom, które formalnie nie mogą lub nie chcą zawrzeć małżeństwa, a które chcą sformalizować swój związek, tak by móc czerpać z niego prawne korzyści. Nie ma w tych związkach, żadnej wzmianki o wzajemnej miłości partnerów. Partner, jak samo określenie wskazuje, ma być jedynie towarzyszem, pomocą w życiu. Jeżeli tak, to w gruncie rzeczy sprowadza to jego rolę do niewolnika potrzeb i pragnień drugiej strony. Taki związek zatem, ponieważ wspomniana relacja zwykle jest dwustronna, prowadzi do konsekwentnego uprzedmiotawiania się nawzajem. Partner ma być tym, który ma mnie odwiedzać w szpitalu, gdy będzie mi źle, tym który w razie potrzeby będzie dysponować moim majątkiem, gdy sam już nie będę mógł tego robić… Ja, ja, ja…

Jeżeli zatem nie chodzi, tak naprawdę, o drugiego człowieka, tylko o mnie, po co „związek”? Wydaje się, że w celu potwierdzenia czegoś. Czyżby zainteresowani byli świadomi tego, że ich relacja jest w jakimś stopniu chora i potrzebowali akceptacji takiego stanu ze strony społeczeństwa? Tak, żeby w ten sposób trochę lepiej się poczuć i uspokoić sumienie? Niestety taka, nawet podstemplowana przez urzędnika państwowego, akceptacja nie zmieni nic zarówno w obiektywnym, jak i subiektywnym spojrzeniu na sytuację. Jeżeli ktoś uważa, że faktycznie można „zrobić” kobietę z mężczyzny lub na odwrót, to się grubo myli. Genetyki oszukać się nie da. Był tylko jeden wyjątek – gdy Bóg wyjął żebro z mężczyzny i stworzył Ewę. Wówczas usankcjonował między nimi zasadniczą różnicę, której nie da się obejść chirurgią plastyczną i hormonami. Związek mężczyzny z mężczyzną lub kobiety z kobietą tylko tę różnicę uwypukla.

Czasami mam wrażenie, że propozycja związków partnerskich to taka podwórkowa zabawa. Kiedy byłem dzieckiem, gdy bawiliśmy się wspólnie z rówieśnikami, często się na coś umawialiśmy – będzie tak i tak – jak ktoś będzie oszukiwał to czeka go to i to… Takie zabezpieczenie, żeby zabawa była uczciwa. Wtedy myślałem, że to przejaw dorosłości, bo tak jak dorośli spisywaliśmy „umowy” i zawieraliśmy „porozumienia”. Tymczasem dorosłość pozwala drugiemu człowiekowi zaufać. Z czasem przychodzi bowiem odpowiedzialność już nie tylko za własne „zabawki”, ale i drugiego…

FaceBóg | poczytaj.to | Jezus z Nazaretu. Dzieciństwo
FaceBóg | poczytaj.to | Jezus z Nazaretu. Dzieciństwo

10 odpowiedzi do “O związkach (partnerskich)… Mogę prosić o gwarancję?”

  1. Abstrahując od całej tej histerii wokół związków partnerskich, nie rozumiem tu jednego, ważnego przeskoku myślowego. Dlaczego to automatycznie jest podane, że „nie chodzi, tak naprawdę, o drugiego człowieka, tylko o mnie”? Z czego to wynika? Bo równie dobrze można by rozumowanie odwrócić: „Ja mam być tym, który może partnera odwiedzać w szpitalu, gdy będzie mu źle, tym który w razie potrzeby będzie dysponować jego majątkiem, gdy on sam już nie będzie mógł tego robić…” itd. Skąd ten arbitralny osąd, że to takie egoistyczne podejście do sprawy?

  2. W tekście samemu szukałem odpowiedzi na wiele pytań odnośnie związków partnerskich i w wielu miejscach wyraziłem swoje własne zdanie na ten temat. Zastrzegam, że do sprawy w/w związków absolutnie nie podchodzę histerycznie 😉 Teraz spróbuje Ci się nieco wytłumaczyć. Otóż jakie są główne argumenty zwolenników związków partnerskich w Polsce? ja dostrzegam dwa zasadnicze: pierwsze – równość dla par homoseksualnych (choć wiadomo, że z ustawy mogłyby korzystać i heteroseksualne, to jednak zainteresowanie lobby LGBT może w tym wypadku wzbudzać uprawnione wątpliwości) i po drugie – zabezpieczenia o charakterze głównie materialnym z tym związane. I teraz dwa dopowiedzenia do tych argumentów. W rzeczy samej pary homoseksualne nie są w żaden sposób dyskryminowane. Gejów nie pali się na stosach i publicznie nie wytyka się ich palcami a przynajmniej coraz rzadziej. Społeczeństwo polskie dalekie jest od nieufności wobec homoseksualistów, jaką żywiło jeszcze kilkanaście lat temu. Co więcej, nawet z wypowiedzi osób zbliżonych do grup LGBT wynika, że sytuacja w Polsce pod tym względem „idzie ku dobremu” (najlepszym przykładem jest obecność partii RP w sejmie, a w niej osób publicznie zadeklarowanych jako gej lub transwestyta).

    Co do drugiego argumentu. Tego typu zabezpieczenia czy materialne czy mające jakiś walor duchowy (jak chociażby oklepany przykład ze szpitalem), nie wymagają dodatkowych regulacji prawnych. Wszystkie są osiągalne na bazie istniejących przepisów.

    I teraz do meritum – dlaczego uważam, że związki takie mogą być przejawem egoizmu? Główne argumenty zwolenników, choć są wątpliwe, jak to wyżej starałem się uzasadnić, i tak mają mało wspólnego z pojęciem miłości, jako uczucia, którym obdarza się drugiego człowieka. Jeżeli zatem stara się stworzyć jakiś twór o charakterze relacyjnym, to musi mieć on na celu zaspokojenie innych niż uczuciowe potrzeb. Wynika to z celowości ludzkiego działania. Wśród tych „innych” potrzeb, trudno będzie wymienić takie, które nie byłyby nastawione na zaspokojenie własnych potrzeb.

    Zapytasz zapewne, co jeżeli się jedna kochają a politycy o tym nie mówią… Cóż tutaj wchodzą argumenty natury moralnej i psychologicznej. Należałoby uzasadnić możliwość prawdziwej miłości homoseksualnej – głębszej niż zauroczenie i popęd. Argumenty naukowców są w tej sprawie podzielone. Ciekawy pogląd na ten temat wygłosił naczelny rabin Francji. Podaję link – niestety znalazłem tylko po francusku http://www.grandrabbindefrance.com/mariage-homosexuel-homoparentalit%C3%A9-et-adoption-ce-que-l%E2%80%99-oublie-souvent-de-dire-essai-de-gilles-bern

    Z mojej perspektywy, katolika, miłość o charakterze małżeńskim jest możliwa tylko między kobietą i mężczyzną. Może i jestem twardogłowym tradycjonalistą, ale tak po prostu uważam.

  3. Cóż, ja swoje zdanie w tej materii wyraziłem na własnym blogu, pozwolisz zatem, że tylko w skrócie powtórzę się tutaj:

    Nie rozumiem na co parom heteroseksualnym miałby by być takie „para-małżeństwa,” natomiast uważam, że byłoby to świetne rozwiązanie dla homoseksualistów.

    W moralność się nie bawię. Jako chrześcijanin nie czuję się powołany do mówienia ludziom kto może kochać, a kto nie – uważam, że taki osąd może wydać tylko Bóg. Sam znam (osobiście i ze słysznia) kilka takich długoletnich związków i na moje niedoskonałe, ludzkie oko, każdemu życzyłbym takiej miłości i oddania, jakie w nich widziałem.

    Dziękuję za przemyślaną odpowiedź. Myślę, że pozostaniemy w niezgodzie, ale z szacunkiem. Jedyne, co mógłbym koledze zarzucić, to powowływanie się na badania naukowe w materii miłości. U mnie takie zestawienie wywołuje uśmiech. Nie śmiech, żeby nie było nieporozumień, tylko uśmiech właśnie. To jakby mierzyć szczęście za pomocą EEG. Kto wie, może kiedyś nam się uda? 🙂 Niestety francuskiego nie znam więc nie wiem, co na to rabin.

    Z Bogiem

  4. Ja w moralność także się nie bawię. Pamiętaj, że to nie jest tak, że ktoś zasady moralne może tworzyć w sposób zupełnie dowolny. Cytując Twoje słowa: „taki osąd może wydać tylko Bóg”. I wydał go, gdy w raju stworzył kobietę i mężczyznę i to ich złączył w jedno. Czymś naturalnym uczynił potomstwo, które powstaje z miłości kobiety i mężczyzny właśnie. Czyżby Bóg dyskryminował homoseksualistów nie dając im możliwości swobodnego zrodzenia dzieci?

    Gdy piszesz o miłości między homoseksualistami, o jaką miłość ci chodzi? Czym jest miłość? Nie mam nic przeciwko zdrowej męskiej przyjaźni, czy kobietom – przyjaciółkom…

    Odnośnie badań. Zgadzam się. To, co przytoczyłem, to pewnie trochę na fali tego, co się pojawia w prasie, czyli analogicznych badań tyle, że uzasadniającą potrzebę związków. Miłości nigdy nie zbadamy. Co najwyżej tę czysto erotyczną.

    A i zapomniałbym o bardzo ważnym zagrożeniu związanym ze związkami partnerskimi. Niestety od nich już tylko krok do adopcji dzieci. Dziecko zaś żeby prawidłowo wzrastać potrzebuję mamy i taty a nie rodzica nr 1 i rodzica nr 2…

    Mógłbyś podrzucić adres swojego bloga? Próbowałem znaleźć, ale nic z tego nie wyszło…

  5. Służę uprzejmie: http://www-liam.blogspot.com/ Ale obawiam się, że możesz się zgorszyć…

    A, i nie będę Cię nawracał na własne ścieżki myślenia o Bogu, czy miłości – każdy ma prawo do własnego zdania, także Ty i także ja. Pozwól jednak, że zwrócę Twoją uwagę na jeden błąd myślenia jaki stereotypowo popełniasz. Na temat adopcji dzieci.

    W dzisiejszych realiach prawnych naszego kraju osoba samotna, jeśli spełnia warunki finansowo-lokalowe, nie była karana, o dobrym stanie zdrowia, w odpowiednim wieku, itd, ma pełne prawo do adopcji dziecka. Nie jest przeszkodą orientacja seksualna bo nikt takich badań nie prowadzi.

    Wierz mi, bo znam takie przypadki, że pary homoseksualne (głównie lesbijskie bo to jednak kobiety chyba bardziej dążą do posiadania potomstwa) nie mają dzisiaj żadnych kłopotów z adopcją dzieci. Jednostronnie ze względów prawnych, ale praktycznie, we własnym domu te dzieci wychowywane są przez dwie mamy. Rzadziej – ale i to się zdarza – przez dwóch tatusiów. Że już nie wspomnę o najpospolitszym przypadku, gdy dziecko pochodzi po prostu z poprzedniego związku jednego z partnerów.

    Związki partnerskie, gdyby je usankcjonować, mogłyby ten proceder ukrócić, jeśli Ci na tym zależy. Gdyby o adopcję występowała już nie samotna osoba, ale czyjaś partnerka – prościej byłoby postawić temu tamę.

    Nie jest to jedyny przypadek, kiedy płytka, stereotypowa propaganda miesza ludziom w głowach do tego stopnia, że w końcu zamiast własnych przemyśleń i przemodleń powtarzamy po prostu to, co najczęściej słyszeliśmy.

    Ja na moim blogu nie stawiam się za wzór katolika, broń Boże. Jestem takim Jego „work in progress,” zatem nie uzurpuję sobie postawy głosiciela Słowa. Wręcz przeciwnie, staram się dzielić po prostu tym, co akurat w danym momencie odkryłem. Zdarza mi się też wycofać z jakiejś pozycji, jeśli trafią do mnie sensowne argumenty.

    To tylko zapis mojej drogi do Niego. Mam pełną świadomość, że jeszcze często błądzę, ale On w końcu prostuje moje ścieżki i wierzę, że doprowadzi w końcu tego upartego muła tam,gdzie jego miejsce 🙂

  6. Co do błędu w rozumowaniu. Będę się jednak bronił. Za błąd uważam stwierdzenie, które jedną chorą sytuację próbuje uwiarygodnić za pomocą innej chorej sytuacji – nawet popartej przepisem prawa. Dziecko nie jest przedmiotem. Dlatego ani geje, ani lesbijki w imię wzajemnej miłości nie mogą sobie rościć prawa do dziecka. Tak samo, jak nie mogą go sobie rościć pary heteroseksualne, które są niepłodne. Dziecka nie można nabyć, zrobić – to nie towar…

    Co do samego bloga – nigdy nie gorszę sie cudzymi poglądami. Bardziej od słów interesują mnie czyny.

  7. Jestem za adopcją w ramach małżeństw. Chora sytuacja to dla mnie adopcja dzieci przez homoseksualistów. Nie jest także normalną sytuacją, gdy dziecko wychowuje osoba samotna (bez względu na orientację). Dziecko jest wówczas pozbawione rodziców i kryzys porzucenia przezywa niejako dwa razy. Pierwszy, gdy okazuje się, że zostało porzucone przez rodziców biologicznych, drugi – gdy mimo adopcji ciągle nie ma ojca lub matki.

  8. Ale w poprzednim komentarzu stwierdziłeś, że niepłodne pary hetero też nie mogą sobie rościć… Mam zresztą wrażenie, że poplątało Ci się z inną dyskusją: my tu nie rozmawiamy o in vitro.

    Wiesz, naprawdę się nie dogadamy. Ja w Twoich odpowiedziach nie widzę sensu, tylko oklepane frazesy, które można przeczytać na co drugiej katolickiej stronie. Pytałem, licząc że odkryję jakiś konkretny sposób myślenia, ale nie potrafię się go jakoś dokopać. Przepraszam.

    Jeśli naprawdę uważasz to co piszesz za wystarczające argumenty, to z pewnością Twoje prawo. Dziękuję za dyskusję 🙂

  9. Tak i odnośnie roszczenia sobie praw do dziecka zdania nie zmieniłem w żadnym momencie – dziecko jako takie powinno być traktowane jako podmiot w relacjach, nie przedmiot.

    Co do katolickich „oklepanych frazesów” – ich źródłem nie jest wykładnia Kościoła! Chyba, że w kwestiach moralnych, ale te pomińmy. Źródłem moich poglądów jest prawo naturalne. Jednym z podstawowych lex naturae jest dążenie do zrodzenia potomstwa. Para homoseksualna takiej zdolności na gruncie naturalnym nie ma i stąd taka konfiguracja z naturą jest niezgodna. A czy homoseksualiści się przyjaźnią, spotykają etc – to mnie nie interesuje. Heteroseksualni też mają przyjaciół, bardzo bliskich, ale nie potrzeba im formuły „związków”, żeby te relacje sankcjonować. Tyle.

    A za dyskusję i ja dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *