Nauczyć się modlić

Kilka ostatnich dni to walka z samym sobą. Z jednej strony rodzina, która czeka na brata, syna, a z drugiej seminarium, które oczekuje pomocy od swego domownika. Czyżby wybór był trudny?! A gdzie miejsce dla Niego? Jak wśród zabiegania dnia pełnego pracy, stresu, niepewności i telefonów od najbliższych znaleźć czas na modlitwę? Pomyślałem sobie, że zacisnę zęby, przetrwam te parę dni i wszystko wróci do normy. Tak, dla otoczenia może wyglądało to jako wyraz siły, poświecenia z mojej strony, ale tak naprawdę bardziej uciec i ukryć się już chyba nie dało.

Była to bowiem dezercja przed sobą i zmierzeniem się z własnymi problemami. Gdzie bowiem łatwiej znaleźć ukojenie jak nie w beztroskiej pracy, kiedy człowiek przestaje myśleć o wszystkim innym poza wyznaczonym zadaniem? Zmęczenie pracą było przecież znakomitą wymówką przed Nim. Jak mogłem się modlić skoro oczy same mi się zamykały, jak mogłem uczestniczyć w Adoracji skoro do pokoju wróciłem po dwudziestej drugiej? Tak naiwnie usprawiedliwiony bez problemu kładłem się spać z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku.

Wczoraj przed południem miałem wyruszyć do domu. Zamierzałem nadrobić zaległości w modlitwie i kontaktach z bliskimi. On jednak chciał mi pokazać, jak głęboko tkwiłem w bagnie beztroski i kompromisów. Poranek był nerwowy i przyniósł jeszcze kilka zajęć do wykonania. Gdy już kończyłem i cieszyłem się, że za chwilę będę mógł się wyrwać z seminarium i wreszcie spotkać się z rodziną, pewna osoba powiedziała mi bardzo mądre słowa. Podziękowała mi najpierw, że umiałem poświęcić czas swoich wakacji na pomoc innym, na służbę drugiemu człowiekowi. Następnie dodała, że to najpiękniejszy sposób modlitwy. Po raz kolejny ten Ktoś chciał otworzyć mi oczy i znowu Mu się udało.

Gdy składałem podanie o przyjęcie do seminarium, jako umotywowanie prośby podałem znany frazes, że w domu formacji pragnę się przygotować do „służby Bogu i drugiemu człowiekowi”. Szkoda, że zapomniałem o tym szczytnym celu. Pracę prawie zawsze traktowałem właśnie jako lek na wszystkie trudności. Zapewniała mi on schronienie od samego siebie, niczym mocna tabletka przeciwbólowa, a także umożliwiała bezpieczne pozostawanie w cieniu, dzięki robieniu tego co do mnie należało. A On czekał, kiedy się przebudzę i przypomnę sobie słowa: „wszystko co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40).

Schwyciłem Twą wyciągniętą dłoń, nie daj mi jej puścić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *