Na zewnątrz

Nie potrafię zorganizować sobie czasu. Nie wiem czy przyczyną tego jest nadmiar zaangażowań czy moja słabość. Zapewne prawda leży po środku. Pewne jest, że coś w ciągu ostatnich tygodni zgubiłem. Coś zgubiłem i tego Czegoś, czy może bardziej osobowo – Kogoś – bardzo mi brakuje. Czuję się sam.

Świat buduje coraz częściej relacje międzyludzkie na zasadzie zewnętrznej styczności. Głębię mają zastąpić gesty i znaki, które choć ważne, pozostają w sferze intelektualnej. Nie dotykają tego co immanentne. Nie dotykają tego, co moje. Tworzone w ten sposób międzyludzkie zażyłości pełnią tak naprawdę funkcję czysto kontaktową, zbudowaną na zewnętrznej znajomości drugiego człowieka – wiedzy o sposobie jego zachowania, myślenia, o jego zainteresowaniach czy problemach. Cała ta wiedza pozostaje na poziomie teoretycznych domysłów, które nasz rozum pretenduje do miana pełnego obrazu drugiego człowieka.

Tworzenie wspólnoty składającej się ludzi żyjących w schemacie „ja-ja” pozostaje mrzonką. Bez wejścia „w” można wyprodukować jedynie grupę, która funkcjonując według opracowanego dla niej programu będzie wzrastać obok drugiego, bo w „ja” poszczególnych jej członków.  Członków, którzy nigdy nie staną się braćmi i nie doświadczą przyjaźni, bo choć nie wiedzą, co to znaczy,  nie czują potrzeby realizacji kogokolwiek poza sobą.

Relacja międzyludzka, która nie poszukuje drugiej osoby, która nie pragnie dać czegoś więcej, czegoś czego sama potrzebuje, dryfuje na poziomie zewnętrzności. Nie dotyka bowiem siebie. Jest w sobie zamknięta, całkowicie na sobie skupiona, boi się zaryzykować siebie. Stąd pozostaje w bezpiecznym dystansie, który wyznacza lęk przed człowiekiem. Człowiekiem, którego można dotknąć, ale przed którym nie można otworzyć siebie. I dać.

Trwanie w świecie własnych fantazji i planów wystarcza. Ale też niszczy wszystko wokół.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *