Mój dzień

Wiele osób zastanawia się jak wygląda życie przeciętnego kleryka seminarium duchownego. Zanim nie wstąpiłem, sam zresztą też nad tym myślałem. Wizje przepełnione ascetyzmem są jak się okazuje znacznie przesadzone. W normalny dzień pobudka – we własnym zakresie – jest o godzinie szóstej. Ja wstaje nieco wcześniej o około dwadzieścia minut. Ten czas mogę przeznaczyć na poranny prysznic i porządne rozbudzenie przed medytacją. Ta rozpoczyna się o szóstej trzydzieści. A co to w ogóle jest? Lektura Ewangelii przeznaczonej na dany dzień i przemyślenie jej. I choć o skupienie o tej porze trudno, to trzeba o to Słowo zawalczyć. Nikt z przełożonych nie stoi nade mną i nie sprawdza czy czytam czy już zasnąłem. Z medytacją jest nieodłącznie związana msza święta o godzinie siódmej. Wejście w tekst Ewangelii przed jej odczytaniem w czasie Eucharystii, niemal całkowicie zmienia sens jej rozumienia.

Po mszy wszyscy klerycy gromadzą się w refektarzu na wspólnym śniadaniu. Niestety nie trwa ono zbyt długo, bo już dziesięć po ósmej zaczynają się wykłady. Odbywają się one w systemie szkolnym – to znaczy wykłady trwają po czterdzieści pięć minut i są oddzielone pięciominutowymi przerwami. Wyjątkiem jest dwadzieścia pięć minut odpoczynku przed godziną jedenastą, czyli zazwyczaj spotkania z kolegami na kawie, a w moim przypadku herbacie – kawy nie piję. W ciągu dnia mamy pięć lub sześć wykładów. Po nich modlitwa brewiarzowa i obiad. Po posiłku bądź czas wolny bądź oficjum, czyli praca na rzecz wspólnoty seminaryjnej. Prace są przeróżne: od mycia podłogi po koszenie trawy w seminaryjnych ogrodach. O godzinie piętnastej trzydzieści zaczyna się studium, czyli czas przeznaczony na naukę. Niestety nie zawsze wykorzystywany zgodnie z przeznaczeniem…

Przed kolacją zbieramy się jeszcze na wspólne Nieszpory, czyli wieczorną modlitwę Kościoła psalmami. Po kolacji chwila rekreacji i znowu studium, które trwa do „Apelu jasnogórskiego”, którym zawsze rozpoczyna się wieczorna adoracja Najświętszego Sakramentu. Godzina od dwudziestej pierwszej do dwudziestej drugiej jest zaplanowana jako czas na osobisty kontakt z Bogiem. Nie musi być spędzona w kaplicy, równie dobrze można wyjść na zewnątrz i kontemplować Boga w przyrodzie czy zostać w pokoju i pomodlić się na różańcu.

Po adoracji już tylko chwila na toaletę i o dwudziestej drugiej trzydzieści gasimy światła. Dzień nie jest zatem tak bardzo napięty. Zasadniczo wszystko opiera się na odpowiednim rozplanowaniu dnia, ale tak jest chyba zawsze. Jedyna różnica jest taka, że w seminarium rytm dnia jest w jakiś sposób narzucony. Na początku jest to w jakiś sposób ograniczające i człowiek się buntuje, ale szybko można się przystosować. Okazuje się nawet, że jest to spore ułatwienie, bo dzięki życiu w pewnym rytmie, uświadamiam sobie lepiej każdą chwilę dnia i nie przelatuje mi on między palcami.

2 odpowiedzi do “Mój dzień”

  1. Chwilami wydaje się aż nazbyt proste. Zasadniczo są osoby, które myślą za Ciebie, przynajmniej się im tak wydaje. Jednak obok takiego życia „na zewnątrz” cały czas toczy się też życie „wewnątrz”. A poukładanie zewnętrzne nie zawsze idzie w parze z ładem wewnętrznym. Problem polega na tym, że nawet gdyby ktoś chciał poukładać to życie duchowe, to beze mnie i tak nic nie osiągnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *