Miłosierdzie – remedium na kulturę absurdu?

Miłosierdzie. Jedno z najczęściej używanych przez papieża Franciszka słów. Słowo, które pokochały miliony. I to niekoniecznie wierzących.

Gdy rozmawiam z ludźmi na temat tego „Franciszkowego miłosierdzia”, słyszę zwykle dwie, niemal skrajne opinie. Dla jednych – często zagorzałych katolików – miłosierdzie stało się słowem pozbawionym znaczenia, czymś o czym łatwo jest gadać, a znacznie trudniej wcielić w życie. Miłosierdzie to dla nich utopia, a Jorge Bergoglio to nie włoski emigrant, ale raczej potomek południowoamerykańskich Indian, który nie rozumie europejskiej kultury.

Dla innych – czasem mających niewiele wspólnego z jakąkolwiek religią – miłosierdzie to haust świeżego powietrza w Kościele, który ich zdaniem, zwłaszcza w Polsce, nie nadąża za pędzącym światem i zaczyna łapać zadyszkę. Miłosierdzie to według nich remedium na niemal wszystkie problemy współczesności – zaczynając od uchodźców, na Puszczy Białowieskiej kończąc.

Podobnie, jak w sferze społeczno-politycznej, tak i tej moralno-religijnej mamy dziś do czynienia  z niebywałą wręcz radykalizacją stanowisk. Jedną z jej cech jest wrogość wobec inności, a drugą – niezdolność do rozmowy, o dyskusji nie wspominając. Wystarczy włączyć telewizor lub przejrzeć nagłówki gazet. Ścierające się stronnictwa ogłuchły na wzajemne argumenty. Zaczynają tworzyć własną kulturę, której wartości są nietrwałe, gdyż pozostają niezrozumiałe dla innych. Tworzą język dostępny dla części społeczeństwa, a zupełnie obcy dla pozostałej. Niemal jedynym punktem styku staje się szyderstwo, a w najlepszej sytuacji – wyśmianie i obojętność. W ten sposób chrześcijaństwu przychodzi skonfrontować się już nie tylko z relatywizmem, ale z jego groźniejszą formą – absurdem.

Czy miłosierdzie jest tym, co może powstrzymać budowę współczesnej wieży Babel? Z pewnością, o ile uda nam się je właściwie zrozumieć. Tak, jak wyjaśnia je w przypowieściach Mistrz z Nazaretu, i tak jak próbuje nam je przekazać jeden z Jego zastępców – następca Piotra Apostoła i biskup Rzymu. Od czasów wczesnochrześcijańskich, papież był postrzegany, jako stróż jedności Kościołów i wszystkich chrześcijan. Dziś, jak chyba nigdy wcześniej, ta jedność jest zagrożona. Chyba nie bez przypadku otrzymaliśmy kolejnego papieża – piewcę Bożego miłosierdzia.

Miłosierdzie to troska. To chyba właśnie to określenie najlepiej opisuje zachowanie Samarytanina z biblijnej przypowieści, w której z tak wielkim współczuciem pochyla się nad spotkanym na drodze do Jerycha pobitym człowiekiem. Samarytanin, opatrując rany pobitego zalewa je najpierw winem, a potem oliwą. Wino służyło do dezynfekcji rany i chociaż polanie nim rany tylko potęgowało ból, to było niezbędne, by mogła się dobrze zagoić. Oliwa miała łagodzić pieczenie i przyspieszać proces regeneracji. Samo wino lub sama oliwa, niewiele by w tej sytuacji dały.

By pomóc człowiekowi, czasem trzeba go skonfrontować z bolesną prawdą, trzeba mu uświadomić na czym polega jego błąd i wyrządzone zło. Jak pisał irlandzki filozof E. Burke: „Dla triumfu zła potrzeba tylko, żeby dobrzy ludzie nic nie robili”. By być miłosiernym nie trzeba tracić wzroku i milczeć, gdy ktoś przekracza pewne zasady czy normy. Być miłosiernym to znaczy mieć szeroko otwarte oczy i dostrzec drzazgę, która nie wyjęta na czas, może stać się źródłem zakażenia. Ale dla chrześcijanina miłosierdzie nie kończy się na etapie dezynfekcji, tak samo jak dla lekarza operacja nie jest końcem leczenia. Potrzeba oliwy.

Papież Franciszek zwraca nam uwagę, że człowiek życiowo pogubiony – nawet największy z grzeszników – potrzebuje nie tylko trzeźwego osądu, ale też roztropnej pomocy. Dla chrześcijanina spotkanie z taką osobą powinno rodzić jedno pytanie: jak mu pomóc? Jak go z tej sytuacji wyprowadzić? Jak uratować jego życie?! To jest postawa Miłosiernego Samarytanina z przywołanej przypowieści.

Miłosierdzie, czyli wzajemna troska, nie zaś pozbawione kontekstu oceny i osądy, jest nam dziś niezwykle potrzebne. Może stanowić odpowiedź na wiele z problemów świata, owładniętego kulturą relatywizmu i absurdu. Jeżeli przez pryzmat miłosierdzia spojrzymy zarówno na sytuację uchodźców, jak i nienarodzonych dzieci, żyjących w niesakramentalnych związkach, jak i gorszonych wszechobecną pornografią – łatwiej będzie nam zrozumieć przesłanie Mistrza z Nazaretu i jednego z Jego ziemskich następców…

Jedna odpowiedź do “Miłosierdzie – remedium na kulturę absurdu?”

  1. Świetny temat 🙂
    Dla mnie „miłosierdzie” to ogromne słowo. Może przez nieprawidłowe skojarzenie z Miłosierdziem Bożym? Czy ja, w kontaktach z innymi ludźmi, mogę równać się do Bożego Miłosierdzia?
    W moim odczuciu „bycie miłosiernym” oznacza, że ktoś robi coś wyjątkowego. Nie wiem, na czym by mogło to polegać. Dla mnie ważniejsza jest miłość do każdego człowieka (każdego = nie tylko własnej rodziny), akceptacja każdego człowieka, chęć rozmowy, chęć pomocy – zwykłe ludzkie pozytywne odruchy.
    Czasem słyszę od pacjentów w szpitalu, że „poświęcam się im”. Zawsze odpowiadam, że to żadne poświęcenie, bo poświęcenie zakłada, że wykorzystuję swój czas, aby coś robić, choć w tym czasie najchętniej bym robiła coś innego (a zatem poświęcenie oznacza, że coś jest dla mnie nieprzyjemne, jest obciążeniem). Dla mnie z kolei bycie wolontariuszką w szpitalu jest niesamowitą przygodą, bardzo lubię odwiedzać chorych, wsłuchiwać się w ich słowa, próbować im pomóc, uspokoić, „zaradzić złu”. Na tyle, na ile moje – i innych wolontariuszy – możliwości pozwolą.
    Słyszę też czasem określenie, że wolontariat w szpitalu jest posługą. Też się nie zgadzam, bo posługa to dla mnie zbyt wielkie słowo. Ale wolontariat też nie jest pracą. W sumie, ciężko nazwać czym jest wolontariat…. jest po prostu rodzajem aktywności 🙂 Choć czasem odczuwam go jako posługę, gdy np. czuwam przy umierającym, trzymając go cały czas za rękę, głaszcząc – i modląc się. W jego intencji. Odczuwam też jako posługę, gdy muszę wydobyć kogoś z otchłani zniechęcenia (muszę – a raczej chcę, chcę podjąć to wyzwanie; wolontariat winien wypływać z chęci, nie z przymusu). Acz, oczywiście, te sytuacje, umierający, cierpiący, te szczególne rozmowy, zapadają się gdzieś głęboko we mnie. I ubogacają mnie.
    Z innej strony – słyszę „jesteś bohaterką, bo oddajesz krew”. Co za bohaterstwo dać się zakłuć i siedzieć na fotelu od 10 min do 1,5 h (w przypadku dawstwa komórek macierzystych, odmiany „oddawania szpiku” od 4 do 8 h)?

    Tak więc, wracając do wątku. Uważam, że w naszym słowniku słowa „miłosierdzie”, „poświęcenie”, „posługa”, „bohaterstwo” są nadużywane – ponieważ są używane na określenie sytuacji, które dla każdego człowieka powinny być naturalne i powinny wynikać po prostu z odruchu serca.

    „Miłosierdzie – remedium na kulturę absurdu”. Ja bym powiedziała inaczej: bądźmy zawsze dla innych ludzi – ludźmi. Bądźmy dla naszych bliźnich – życzliwymi, przyjaznymi bliźnimi. I od razu będzie lepiej 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *