Miejsce formacji?

Traktowanie seminarium jako miejsca formacji do kapłaństwa może okazać się zgubne. Czyż bowiem nie jest to sprowadzenie go do roli wyższej uczelni z zakwaterowaniem, która po okresie kształcenia ma wydać nowych magistrów teologii ze „specjalnymi uprawnieniami”? Specjalistów od Boga, z lekka jednak niedokształconych, bo i dziedzina szeroka a zagadnienie trudne. Zapał chyba też nie ten… Ale można przecież mówić o Bogu zawsze, jest tak transcendentny… Tylko czy nie należy w seminarium uczyć słuchać? Uczyć otwartości na to co inne, na to co nie moje, na to co ważne a niewysłowione?  Wszystko albo nic?

Seminarium winno być miejscem formacji kapłana – to znaczy konkretnej osoby, biorąc pod uwagę jej osobiste powołanie, które winno ulec w tym miejscu weryfikacji. Nade wszystko jednak utwierdzeniu! Utwierdzeniu nie przez system norm o charakterze pozbawionym moralności a wysyconych prawem, które gdzieś zagubiły głębię celu, ale przez świadectwo wychowawców, wybranych na to, by nie tyle być, co uczestniczyć. Uczestniczyć w życiu tych, którzy choć myślą inaczej, ciągle uczą się, co jest dla nich dobre a co nie. Uczą się, że nie łatwo jest umrzeć za Chrystusa, a jeszcze trudniej powiedzieć prawdę przełożonemu, ojcu duchownemu, koledze. Nie ma ich zdaniem miejsca na idealizm, nie ma miejsca na irrealizm. A postulowany „realizm”… wystarczy wziąć w cudzysłów… Dojrzały ksiądz nigdy nie będzie dojrzały.

Wolność nie może ograniczać drugiego człowieka… To tylko slogan, trzeba coś do niego dodać. Wolność nie może być celem samym w sobie, bo wówczas przeistacza się w nastawienie żądaniowe, które wolności, poza swoją, nie rozumie. Nie ma formacji dla siebie. Nie ma powołania dla siebie. Można się wyłączyć, można iść własną drogą, ze wspólnej korzystając tylko z konieczności, czy gorzej, tylko z utylitarystycznej potrzeby. Tylko gdzie wtedy dojdziemy?

Gdzie nie ma jedności, gdzie nie ma wspólnego odczuwania, starania się być razem z innymi w tym samym… tam nie ma wieczernika. Gdy nie ma Wieczernika, nie ma Zesłania Ducha… bo Ten tchnie zbyt mocno, by jeden mógł się ostać…

Co czuję? Że nie zawsze  On tu jest najważniejszy… Że brakuje autentyzmu… że mi brakuje autentyzmu…

6 odpowiedzi do “Miejsce formacji?”

  1. To chyba dobrze, że „czujesz” potrzebę Wieczernika i wspólnej modlitwy, która w każdej, nawet najprostszej religii jest czymś najistotniejszym, a co dopiero w chrześcijaństwie. Ostatnio Jezus sporo mówi o jedności… Modli się za nas, choć my nie modlimy się za Niego (Jemu to niepotrzebne) i rzadko za innych.
    Duch wieje tam, gdzie chce.
    I „głupi nie jest”, jak to ktoś mi ostatnio powiedział (notabene, bardzo mi się ten neologizm spodobał).
    n tu jest

  2. Może trochę zmienię tę utartą formułę i powiem: Duch wieje tam gdzie powinien, Duch przychodzi tam gdzie powinien. I absolutnie nie chcę tu Duchowi narzucać jakiejkolwiek powinności – On wie co robi, o czym zresztą piszesz.

    Czy tu jest? Na pewno. Nigdy w to nie wątpiłem, od pierwszego momentu kiedy klęknąłem w seminaryjnej kaplicy w czasie wstępnej rozmowy. Ale tym bardziej boli to, że wydawać by się mogło, często (nie zawsze) On tu nie jest najważniejszy. Przegrywa z tym co szare i odległe od NAS. I co z tego, że mamy wieczernik – budynek, takich nie brakuje. Potrzeba czegoś więcej…

  3. Wspólnotowść, tę prawdziwą „Wieczernikową” widać w takich chwilach jak wczorajsza adoracja, wigilia Zesłania Ducha Świętego. Widać, kto tu jest „Boży”, komu zależy i widać Ducha, który unosi się nad tyym wszystkim… Mi dodaje to power’a…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *