Ja

Kim jestem? Czy czuję się ekspertem, znawcą od powołań? Na pewno nie. W tym momencie jestem zapewne jednym z najbardziej niezorientowanych ludzi na ziemi. Przez dwadzieścia lat żyłem normalnie, chodziłem do szkoły, byłem nawet pilnym uczniem. Tymczasem podjęta decyzja o wstąpieniu do seminarium duchownego odmieniła praktycznie całe moje życie. Co prawda nad pójściem do seminarium zastanawiałem się już wcześniej, jednak oficjalną wersją dla wszystkich pytających o to co będę robił po maturze, było podjęcie studiów na wydziale prawa jednego z renomowanych polskich uniwersytetów. I niemal sobie to nawet wmówiłem…

Kiedy nadeszła pora podjąć ostateczną decyzję, bo upływały terminy składania dokumentów na uczelnie państwowe, nie wiedziałem tak naprawdę co zrobić. Z jednej strony rysowała się wspaniała perspektywa studiów na kierunku, który zawsze mnie interesował, z drugiej zaś zostawienie praktycznie wszystkiego i pójście do seminarium oddalonego od rodzinnego domu o ponad 90 kilometrów. Oznaczało to już na wstępie znaczne ograniczenie kontaktów z rodziną i bliskimi. Nie było łatwo. Pamiętam wieczór i noc pełną rozmów z mamą i siostrą. Nie wstydzę się przyznać, że nieco zwilżyłem tego dnia podłogę łzami. Czemu płakałem? Gdy człowiek ma zrezygnować z normalnego życia, a jednocześnie ma świadomość, że powołanie do kapłaństwa to niewyobrażalna łaska Kogoś, doprawdy staje przed wyborem niezwykle trudnym. Można tłumaczyć, że decyzja jest prosta- „Bóg tak chce”, nie ma się co zastanawiać, ale przecież takie myślenie jest głęboko idealistyczne.

Powołanie to chyba największa z zagadek, którą Ktoś pozostawił człowiekowi do rozwiązania. Ktoś w ten sam sposób co dwa tysiące lat temu, woła po imieniu. Można za tym głosem pójść, ale można i nie pójść. Czy ja go usłyszałem- nie wiem. Na szczęście teraz, każdego dnia otwierając Ewangelię, mogę się zapytać tego Kogoś- czy mnie wołałeś? (1 Sm 3, 5) Mnie, osobę tak naznaczoną grzechem, słabością, o której zapewne mało kto wie, w zasadzie chyba nikt tak do końca. Jedyne co mogę Ci zaofiarować to moje ręce. Nie, nie napracowały się one dotychczas, zawsze znalazła się osoba, która pracowała za mnie. Wykorzystaj je zatem, nie mam nic innego…

Pozwolę sobie sparafrazować znany wiersz księdza Jana Twardowskiego:

Własnego powołania się boję,
własnego powołania się lękam

i przed powołaniem w proch padam,
i przed powołaniem klękam

W lipcowy wieczór wyboru
dla innych szary zapewne-
jakaś moc przeogromna
z nagła poczęła się we mnie

Jadę z innymi tramwajem-
biegnę z innymi ulicą-

nadziwić się nie mogę
swej duszy tajemnicą

3 odpowiedzi do “Ja”

    1. Nie wszystko jest łatwo powiedzieć od tak. Czasami trzeba się zastanowić, czasami w ogóle trudno jest coś komu powiedzieć „oko w oko”. Czyżby Internet był sposobem ucieczki? Mam nadzieję, że nie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *