Dać

Życie jest szkołą dawania siebie. I nie chcę tutaj popadać w żaden romantyzujący idealizm. Najłatwiejszym rozwiązaniem kwestii własnej odpowiedzialności bywa bowiem sztuczne banalizowanie, którego nie da się w żaden sposób usprawiedliwić. Tak naprawdę nie potrafi tego uczynić także ten, który się go dopuszcza. Jeżeli człowiek nie potrafi dać czegoś więcej, niekoniecznie tego czego samemu mu brakuje, to znaczy, że postępuje wbrew sobie. Natura ludzka, natura człowieka – osoby, upomina się bowiem o kontakt z drugim na zasadzie relacji daru. Dać siebie wychodzi przecież znacznie dalej poza horyzont materialnego posiadania i dysponowania rzeczą. Człowiek staje się wówczas panem siebie, który jak gospodarz może i chce wyjść na przeciw pragnieniu drugiego.

Wyjście na przeciw pragnieniu należy odróżnić od spełniania potrzeby. Celowa i zamierzona realizacja potrzeb drugiego zbliża do niego, ale prędzej czy później prowadzi wręcz do skrępowania. Taki dar, choć w pełni wartościowy, nie ma możliwości doskonalenia żadnej ze stron tej swoistej transakcji. „Twarz woła a człowiek daje” – to tylko spełnianie żądań, które jak rozkazy ćwiczą jedynie sprawność ich wykonywania.

Odpowiedź na pragnienie zaś nie tyle zbliża co paradoksalnie oddala. Pragnienie nie szuka przecież realizacji, ale zadowala się nadzieją spełnienia! To oddalenie wzmaga potrzebę bliskości i prowadzi do powstania realnej więzi, opartej na wzajemnym zaufaniu. Zaspokojenie pragnienia nie bazuje bowiem na spełnianiu powinności, ale wychodzi dalej. Wychodzi na płaszczyznę zrozumienia drugiego człowieka bez niepotrzebnego ograniczania go pytaniami celowymi, nastawionymi na zysk. Choć korzyść ta jest obopólna to jednak głęboko egoistyczna i w gruncie rzeczy niezrozumiała. Mit symbiozy legnie w gruzach, gdy tylko zabraknie pełnej sprawności jednej ze stron. A to ta sytuacja wymaga gotowości człowieka – osoby!

Zamknąć oczy i patrzeć tylko w stronę Tego, który choć nic nie żąda, pragnie wiele i patrząc z zamkniętymi oczyma widzieć drugiego człowieka, nieprzesłonionego jego fizycznością, ale w pełni scharakteryzowanego przez pragnienie mojej obecności – to wyzwanie, które staje przede mną dzisiaj. Jest w pełni porywające z dwóch powodów: po pierwsze, bo człowiek chce dawać siebie, po drugie bo wyzwanie to porywa czy raczej rozrywa to co mam. Domaga się pełnego zaufania, w którym brak miejsca na złudne pozory tego co „moje” i „jego”. Zaufania, które potrafi wykrzyczeć siebie, choć nikt nie słucha, z nadzieją, że ktoś jednak jest za ścianą i choć nie słyszy, to wszystko doskonale rozumie.

4 odpowiedzi do “Dać”

  1. Ubi sunt qui ante nos fuerunt?
    Dlaczego dawniej nie trzeba było opisywać świata ludzkich relacji? Bo on był, realnie istniał i nikomu do głowy nie przyszło, żeby go kwestionować. A teraz? Słowa często zaciemniają to, co powinno być naturalne.
    Ubi sunt qui ante nos fuerunt?

  2. „Relacji” nie da się zakwestionować także dzisiaj, kto by próbował tego dokonać, ten skazany jest na porażkę. Przynajmniej obiektywnie. Słowa nie zaciemniają naturalności, zaciemnia ją raczej nadawane im przez konkretnego człowieka znaczenie. Gdzie ci, którzy przed nami byli? Pytanie trudne, ale z całą pewnością adekwatne do tematu. Człowieka zawsze interesowała sfera relacji międzyludzkich, stąd etyka, moralność już u pierwszych filozofów. Dzisiaj coraz częściej próbujemy od tego tematu uciec, wbrew temu co mówisz, jest on niewygodny – przynajmniej w wydaniu nieideologicznym. Czemu? Coś się w tych „relacjach” stało, coś pękło. Adam też chował się przed Bogiem w raju, po pierwszym grzechu.

  3. Dla mnie coraz częściej stawianym pytaniem jest: jak widzieć w drugim człowieku Boga? Można na niego patrzeć, wchodzić w relacje, odpowiadać na jego zachcianki albo nawet egzystencjalne potrzeby, jednak co zrobić, aby relacja z drugim była autentyczna tylko i wyłącznie dlatego, że mieszka w nim Bóg?
    Co chwila kogoś mijam… Co chwila mijam Pana…

  4. Pytanie zasadnicze i znowu z gatunku tych trudnych… najtrudniejszych. Wydaje mi się, że żeby zobaczyć Boga w drugim człowieku najpierw trzeba go dostrzec w sobie. Człowiek jest tak stworzony, że łatwo potrafi współ-czuć, gdy sam doświadczył już kiedyś podobnego zdarzenia. Doświadczywszy Boga w sobie, łatwiej spoglądać na drugiego jako na tego, który także Boga doświadczył. Później należałoby wyzbyć się tego patrzenia w siebie i zacząć patrzeć dalej. Dostrzegać horyzont, a na nim drugiego człowieka.

    Autentyczność „re-lacji” nie powinna być jednak uzależniana od obecności Boga w drugim człowieku. On sam jako osoba, jako taki, zasługuje na to by obdarzyć go zaufaniem. Jeżeli okaże się, że przyjdzie z tego powodu jakiś zawód, nie można rezygnować. Drugi człowiek wymaga od nas podjęcia ryzyka. Jeżeli się na nie nie zdecydujemy to prędzej czy później stracimy i tę stratę sobie uświadomimy. Nie będzie za późno, nigdy nie jest za późno. Jednak my dojrzewając często stajemy się coraz bardziej dziećmi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *