Człowiek

Wczoraj wróciłem z praktyki w domu pomocy społecznej. Zajmowałem się tam dziećmi i ludźmi starszymi z różnymi formami upośledzenia. Zanim wyjechałem miałem co najmniej olbrzymie obawy, co do tego jak sprawdzę się w tym zadaniu. Nie wyobrażałem sobie kontaktu z ludźmi „chorymi psychicznie”, jak się powszechnie uważa. Wydawało mi się, że z trudnością będzie mi przychodzić samo przebywanie z nimi, nie mówiąc już o takich czynnościach jak pomoc im przy śniadaniu czy toalecie. Po prostu się brzydziłem, czułem wstręt i niechęć.

Obawy się potwierdziły. Gdy zobaczyłem osoby, którymi miałem się opiekować przez kolejne dziesięć dni, od razu wiedziałem, że nie będzie łatwo. Na szczęście pierwszego dnia tylko zobaczyłem przyszłych wychowanków- pracę miałem zacząć kolejnego dnia rano. Gdy przyszedłem na śniadanie, czekała na mnie już porozrywana bułka wymieszana z masłem, herbatą i dżemem, którą miałem podać starszej ode mnie o kilka lat osobie, a która wyglądała jak małe dziecko. Trudno było się przełamać, zacisnąłem zęby i zacząłem karmić. Ciągle myślałem, że za chwilę zwymiotuję i chciałem po prostu wyjść, powiedzieć, że dłużej nie mogę.

W mojej grupie nikt prawie nikt nie mówił, a jeżeli już to i tak nie zrozumiale. To też było straszne. Spędzać czas z ludźmi, którzy tak strasznie cierpią, a jednocześnie nie mogą się tym cierpieniem z nikim podzielić. Jeden z podopiecznych miał obniżony próg bólu i czasami z ogromnym impetem uderzał głową o oparcie swojego wózka inwalidzkiego. Patrząc na to z boku myślałem, że za chwilę straci przytomność. To było naprawdę trudne doświadczenie.

Po ośmiu godzinach pracy z podopiecznymi dziennie, byłem strasznie zmęczony. I nie było to chyba jedynie zmęczenie fizyczne, dochodziło do niego ogromne wycieńczenie psychiczne. Najchętniej kładł bym się wtedy spać, by nie myśleć o tym co zobaczyłem. Ale chciałem jeszcze choć trochę czasu poświęcić na modlitwę, na którą w ciągu dnia nie było po prostu czasu. I wtedy przychodził mimowolnie moment refleksji.

Modląc się za chorych na Różańcu, czy myśląc o ich cierpieniu w czasie medytacji i adoracji uświadamiałem sobie, jak wielkimi są bohaterami i jak mało tak naprawdę dla nich robię. Dla tych ludzi spotkanie z drugim człowiekiem to ogromny dar i powód do niewyobrażalnego wręcz szczęścia, a dla mnie? Chyba jedynie do narzekań, użalania się nad sobą i odliczania dni do wyjazdu, minut do kolejnej przerwy. I znowu zgubiłem gdzieś człowieka. Z własnej inicjatywy znowu uczyniłem siebie małym, bojącym się życia utylitarystą. Nie widziałem człowieka w człowieku i to spowodowało, że i moje człowieczeństwo zaczęło się zacierać. Powoli stawałem się maszyną- dystrybutorem posiłków i przymusową nianią. Dostrzeżenie tego było i ciągle jest dla mnie bardzo bolesne, ale jednocześnie wiele mi dało. Nauczyło mnie bowiem, że upośledzenie nie jest chorobą zakaźną, a jeżeli tak je pojmuję, to sam jestem „upośledzony”- duchowo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *