Czekać

Coraz częściej mam wrażenie, że moja wakacyjna modlitwa- nieważne brewiarzowa, osobista czy medytacyjna- jest jedynie w jakimś sensie wypełnieniem narzuconych reguł i przepisów. W ciągu dnia są ważniejsze rzeczy a chwila refleksji przychodzi dopiero wieczorem i wtedy zaczyna się „nadrabianie”. Czy taka modlitwa ma sens?

Można banalnie odpowiedzieć, że każda modlitwa ma sens i zapewne jest w tym dużo prawdy, lecz czy można modlitwą nazwać samo wypowiadanie formuł, bądź przeprowadzaną z zegarkiem w ręku medytację? Tak naprawdę zależy to od podejścia. Jeżeli ten czas oddaję temu Komuś ze szczerego serca, choć nawet ze stoperem, jeżeli umiem przyznać, że to moja słabość, że nie umiem teraz „popłynąć”, zatopić się w modlitwie osobistej, to jak wspaniała to modlitwa! Wyznać, że nie umiem się modlić, to znaczy zaatakować swoje „ja”, wystąpić przeciw sobie. Jeżeli zatem nie rozmawiam już ze sobą lecz przeciw sobie, to przecież musi być Ktoś, kto mnie słucha, Ktoś, kto przypatruje się tej walce!

To odkrycie dodaje sił! Bowiem choć pozornie wydaje się, że moja modlitwa nie ma sensu to jest to jedynie pozór, którego celem jest ponowne wybranie siebie, możliwość usprawiedliwienia swojej słabości. A wiedzieć, że jest Ktoś blisko, wtedy gdy czuję się opuszczony, bezużyteczny uczy czekania. Pozwala wierzyć, że kiedyś Go spotkam. To wystarczy, by walczyć…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *