Co teraz?

W ostatnich dniach mam wrażenie, że wszystko gdzieś mi ucieka. Uczucie dziwne, bo obecność łączy się w nim w niezrozumiały sposób z nieobecnością. Wszystko jest jakieś dalekie, ale jednocześnie uchwytne na horyzoncie poznania, pozornie dotykalne. Próbowałem gonić na modlitwie, w codziennych zajęciach, ale dystans ciągle ogromny. Jest w tym wszystkim lęk, charakterystyczny wówczas, gdy człowiek zostaje sam. Tym większy jest to strach, że wokół są tak naprawdę ludzie – znajomi, koledzy. A ja choć z nimi – sam…

Ktoś rzuci, że przygotowanie do kapłaństwa wiąże się nieodzownie z przygotowaniem do życia w samotności. Przez długi czas się z tym nie zgadzałem. Przecież ksiądz to ten, który idzie do ludzi, ma być dla nich i wśród nich. Zatem, jeżeli chce uczciwie spełniać swe posłannictwo, to nigdy nie będzie samotny. Poza tym jest przecież jeszcze On… ten, Który zawsze Jest, nawet wtedy gdy zamykamy oczy, udając, że Go nie widzimy.

Jednak to co dzieje się ostatnio skłania mnie do twierdzenia o powołaniu do samotności. Nie dotyczy ono jednak tylko kapłanów, osób konsekrowanych, ale każdego człowieka. Osoba doskonali się przez kontakt z drugim. W tej re-lacji, która winna stanowić oddanie siebie, oddanie prawa do siebie na rzecz drugiego, zjawia się bowiem element samotności. Kontakt z drugim pasmo samotności rozrywa, ale go ostatecznie nie kończy. Dar siebie rodzi bowiem nową samotność, jaką jest samotność mojego „ja”. Pozostawione sobie, niekarmione egoizmem obumiera. Dramatyczna obrona przed samotnością, jawiącą się w postaci drugiego człowieka popycha je do walki o własne znaczenie.

Ponadto człowiek dający, to ten, który łamie stereotypy dzisiejszego świata. Jest sam w potoku ludzi szukających samych siebie, szukających metod realizacji i doskonalenia. Doskonalić się pragną samodzielnie. Drugi człowiek to element niepożądany, który stoi na drodze do realizacji ich „ja”. Samotność daru potęguje fakt całkowitej obojętności na akt darowania, który bardziej zaczyna dziś symbolizować słabość niż siłę, naiwność niż mądrość. Taka sytuacja doprowadzić musi na pewnym etapie do alienacji, jeszcze spotęgowanego poczucia samotności. Jak jednak słodka byłaby taka samotność!

Samotność to być z drugim w pełni, a samemu pozostać w samotności wołającego „ja”. Samotność to zatem jakaś forma miłości, której paradoksalność pociąga.  O taką samotność Cię proszę…

8 odpowiedzi do “Co teraz?”

  1. bardzo ważna kwestia.
    mimo, że nie jestem siostrą zakonną ani księdzem ;p, to bardzo mocno czuję to, o czym piszesz.
    swoją drogą, ciekawe, czy każdy przeżywa samotność podobnie, czy zupełnie inaczej; jaki każdy z nas ma smak tej samotności.
    ale się chyba tego nie dowiem, bo nie mogę być nikim innym poza sobą 😉

    btw, czy obecność Boga, niezaprzeczalna, chroni nas przed przeżywaniem samotności?…

    pozdrawiam maturalnie!

  2. Samotność każdy przeżywa po swojemu, ale zapewne zdarza się, że różni ludzie przeżywają ją bardzo podobnie. Samotność jest czymś w człowieka wpisanym i dlatego, tak jak on, całkowicie niepowtarzalnym. Nie trzeba być jednak księdzem czy osobą duchowną w ogóle (ja np. jeszcze nie jestem), aby poznać smak samotności wśród ludzi. Taka samotność, stwierdziliby psycholodzy, wynika z jakiejś formy alienacji i wrażenia niezrozumienia przez innych. Rację mają jednak tylko po części. Samotność rodzi się bowiem tam, gdzie kończy się anonimowość. Człowiek obok człowieka czuje się samotny, bo chcąc wyjść mu na przeciw, musi coś zostawić, musi sam stać się przyczyną samotności – nawet jeżeli będzie to samotność tylko na chwilę.

    Czy Bóg chce nas ustrzec przed samotnością? Na jednym z mostów w Warszawie jest taki napis „Boże strzeż mnie przede mną”. Bóg odpowiada na samotność wynikłą z pozostania sam na sam ze sobą, ze swoim „ja”, które nie zamierza zrezygnować z władzy nad człowiekiem. Bóg chce pomóc człowiekowi, gdy ten samotności się boi, pod warunkiem, że człowiek tej pomocy oczekuje i potrzebuje. Tak mi się wydaje…

    3mam kciuki i zapewniam o modlitwie na czas matur! 😉

  3. „Jesteśmy opuszczeni jak zabłąkane dzieci w lesie. Kiedy stoisz przede mną i patrzysz na mnie, co wiesz o moich bólach i co ja wiem o twoich? A gdybym padł przed tobą na kolana i płakał, i opowiadał, co wiedziałbyś o mnie więcej niż o piekle, które ktoś określił ci jako gorące i straszne? Już dlatego my ludzie powinniśmy stać naprzeciw siebie tak zamyśleni i współczujący, jak przed wejściem do piekła”
    Kafka, „List do Oskara Pollaka”, przytoczone przez Herlinga-Grudzińskiego.

    Swoją drogą, czytałeś może „Wieżę” Grudzińskiego? Baaaardzo wpisuje się w to, o czym tu gadamy 😉 Jak czytam to opowiadanie, to wtedy wręcz namacalnie czuję samotność. Czuję ten właśnie SMAK, o którym pisałam wyżej.
    Jednocześnie nie jest to samotność tak do końca moja, bo wywołana przez książkę, więc poniekąd jest trochę… bezpieczniej? bo zawsze mozna przestać czytać…

    a dziękuję pięknie 🙂 a słyszałeś o tym, że trzymanie kciuków spełnia „wymagania” zabobonu ? ;p uraczam wielu tą informacją, więc Ciebie też nie ominie xD ale wiem, że chodziło Ci po prostu o dobre życzenia, więc dziękuję serdecznie.
    dziś miałam maraton… jeden z najtrudniejszych dni, dwie maturki, matma i geografia (zdaję trochę inną maturę niż normalna ;)). ale dało radę!!

    alem się rozpisała, uh 😀 pozdrawiam 🙂

  4. Czytałem „Wieżę”. Tam jest chyba jednak opisany nieco inny typ samotności. Trędowaty szuka samotności, bo wydaje mu się, że ludzie nie rozumieją jego bólu, jego choroby. Ucieka przed ludźmi próbując ich w ten sposób chronić. Jego modlitwa to modlitwa samotnika z wyboru – choć choroby nie wybierał… Samotność o której ja mówię, to samotność wśród, samotność człowieka, który kocha i dlatego jest samotny. Porzucić trzeba „ja”, a ono lubi być zawsze na pierwszym miejscu. Samotność szuka kontaktu, bo kruchość osoby domaga się drugiego…

    Trzymanie kciuków połączone z modlitwą to chyba nie zabobon – specjalnie to napisałem prawdę mówiąc 🙂

  5. hm, chyba nie wchodzę na ten poziom filozofii 😉

    czyli wg Ciebie szukanie kontaktu z drugim („bo kruchość osoby domaga się drugiego”) to coś pozytywnego czy nie? To słabość wynikająca z nieumiejętności akceptacji samotności czy właśnie umiejętność, płynąca z samotności wynikającej z porzucenia „ja”?

    aaa, wydało się, żeś kciuków świadomy ;p

  6. Z całą pewnością to umiejętność! Ta kruchość prowadzi przecież do drugiego człowieka. Osoba potrzebuje drugiej, a ta potrzeba wzmaga się wraz ze wzrostem poczucia samotności. Poczuć potrzebę drugiego człowieka – nie jako rzeczy, którą można wykorzystać, czy przedmiotu, którego można użyć – to jedno z najlepszych rodzajów szczęścia, którego człowiek może doświadczyć. Dalej jest już tylko zaufanie i miłość.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *