Co mam robić?

Co mam robić? Co mam robić, aby stać się lepszym człowiekiem? Co mam robić, aby nie przespać życia, ani go nie przegonić? Takie pytania stawiałem sobie na początku adwentu i stawiam je teraz, gdy ten adwent dobiega kresu. Za kilka godzin pasterka i On znowu się narodzi. Czy cokolwiek zmieni to w moim życiu?

Już dawno w domu nie czułem się tak dziwnie. Wydaje się, że wracając tu wszedłem w zupełnie inny świat, o którym przez półtora roku pobytu w seminarium niemal zupełnie zapomniałem. Niby ci sami ludzie, ale podchodzę do nich w zupełnie inny sposób. Inaczej też chyba rozumiem Boże Narodzenie i ten szczególny czas. Niewątpliwie zmieniło mnie seminarium, proces formacji. Na pewno tego czasu nie żałuję choć mam świadomość, że to dopiero początek drogi.

Cud Wcielenia. Nikomu nie można narzucić wiary w to wydarzenie sprzed kilku tysięcy lat. Nie będę nikogo przekonywał, że Niepojęty raptem ograniczył się ludzkim ciałem. Ja w to wierzę, albo inaczej – chciałbym wierzyć. Przekracza to kategorie naukowego rozumienia i nie opiera się ludzkiemu doświadczeniu. Ale czy wszystko musi zostać uzasadnione i do końca odarte z tajemnicy? Świat dzisiaj uważa, że brak uzasadnienia jest wyznacznikiem słabości naukowej człowieka, a zatem w epoce królowania rozumu, słabości człowieka w ogóle. Niewiedza – tego boi się współczesność.

Wcielony, którego nie sposób wytłumaczyć, staje się, paradoksalnie, oponentem człowieka. Co zatem robić? Najprościej byłoby nie wierzyć wcale i w ten sposób poradzić sobie z wątpliwościami. W seminarium jednak nauczyłem się, żeby nigdy nie uciekać. To nie pomoże rozwiązać problemów, co najwyżej spotęguje ich skomplikowanie. Wierzyć znaczy bowiem ufać już nie tylko sobie, uznać swoją ograniczoność i odrzucić sztuczną niezależność. Nie musi to być wcale wyraz słabości, choć tak się powszechnie myśli. Człowiek świadomy swej zależności od drugiego jest bowiem dopiero osobą prawdziwie wolną.

On znowu przychodzi i tym razem pragnę Go przyjąć. Nie chcę przed Nim uciekać w bezmyślne śpiewanie kolęd, w suto zastawione stoły, w ciepłą świąteczną atmosferę. Przyjdź i odmień me życie na nowo! Przyjdź i daj mi cieszyć się prawdziwą wolnością, która nie ucieka od odpowiedzialności! „Przyjdź rychło i nie zwlekaj”… O Mądrości…

4 odpowiedzi do “Co mam robić?”

  1. Napisales: „Nie chcę przed Nim uciekać w bezmyślne śpiewanie kolęd, w suto zastawione stoły, w ciepłą świąteczną atmosferę.”
    Ta ciepla, swiateczna atmosfera jest potrzebna, dla rodzin, dla roznych wspolnot… Kolędy mozna śpiewac bezmyslnie i nie tylko…
    A suto zastawione stoly? Moze lepiej nie za suto, ale gosci trzeba jakos ugoscic. Spotkac sie z rodzina, miec dla nich czas, ktorego tak na codzien brak…
    ON jest w tym wszystkim, razem z ludzmi (i w kazdym z nas), w ich krzataninie, czesto nieskladnej, w ich marzeniach, pragnieniach i wyobrazeniach milosci. Tak myslę…
    Zycze Ci wiele Dobra od ludzi i od Boga…

  2. Tak masz rację. To wszystko jest ważne, ale czy najważniejsze? Dla wielu (a przecież na szczęście nie dla wszystkich) Boże Narodzenie jest okazją tylko do wspólnego posiłku. Ktoś opowiadał jak na Wigilii w pracy nie było mowy o składaniu życzeń czy dzieleniu się opłatkiem. Rodzinna atmosfera to tylko maska przybierana na ten jeden w roku czas. W tych wypadkach Święta stają się środkiem pozbawionym treści. On jest i w tym, ale chodzi nie tylko oto aby On był, ale by Go w końcu dostrzec… Dobrych Świąt!

    1. 1)Zycie nie sklada sie z rzeczy tylko najwazniejszych, ale i roznych, przygotowawczych, organizacyjnych, porzadkowych, czyli krotko mowiac, takze z takich jak np. obieranie ziemniakow.
      2) Wierze w to gleboko, ze kazdy czlowiek chce byc lepszy, chce dawac milosc i ja przyjmowac, czynic dobro i je otrzymywac, ale czesto nie umie…
      3)Ale, jestem o tym przekonana, dla chrzescijanina wazne jest kazde dobro, nawet takie malusienkie, w sercu kazdego czlowieka. Jest ono zawsze czasteczka Dobra Bozego, Absolutnego.
      4)Tylko Bog tak naprawdę „zna nerki i serce człowieka”. Amen.

  3. Trudno się nie zgodzić z tym o czym piszesz. Zauważam jednak jedno niebezpieczeństwo. Niejednokrotnie nie daleko jest od wiary (w znaczeniu potocznym) do jakiejś formy utylitarnego potraktowania Boga jako przedmiotu (i tylko przedmiotu) ludzkiego działania. Staje się On wówczas rozwiązaniem wszystkich problemów, ale tylko w sferze zadowolenia człowieka z samego siebie. Bóg jest, ale równie dobrze mogłoby Go nie być, gdyż człowiek znakomicie sobie bez Niego poradzi kreując inne Jego formy (które także przecież można nazwać bogiem).
    Człowiek dąży do dobra. Jest to w jakiś sposób realizacja jego powołania jako osoby. Tutaj z kolei moim zdaniem problem polega na tym, że dla człowieka niedojrzałego dobrem będzie zawsze on sam, nawet jeżeli swoje dobre działanie będzie kierować w stronę drugiego człowieka. I tutaj ów drugi spełniać będzie li tylko rolę przedmiotu w celu zaspokojenia swojego „egoizmu dobra”. Każde dobro jest ważne, często trudno jednak obiektywnie ocenić co dobrem jest a co nie.
    Trudno wyrazić słowami to o co mi chodzi, więc może fragment „Pieśni o Bogu ukrytym” Karola Wojtyły:

    Pan, gdy się w sercu przyjmie, jest jak kwiat,
    spragniony ciepła słonecznego.
    Więc przypłyń, o światło z głębin niepojętego dnia
    i oprzyj się na mym brzegu.

    Płoń nie za blisko nieba
    i nie za daleko.
    Zapamiętaj, serce, to spojrzenie,
    w którym wieczność cała ciebie czeka.

    Schyl się, serce, schyl się, słońce przybrzeżne,
    zamglone w głębinach ócz,
    nad kwiatem niedosiężnym,
    nad jedną z róż.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *