Po co mi krzyż?

Każdy z nas doświadcza w życiu cierpienia i trudności. Każdy ma jakiś prywatny bagaż, który nie pozwala mu wchodzić po stromych schodach życia. Czasami wydaje się nam, że to tylko my zostaliśmy w tak wątpliwy sposób wyróżnieni przez los. Próba porównania się z innymi pod względem ilości problemów i przejść, niestety niczego nam jednak nie ułatwi, co najwyżej jeszcze bardziej wbije nas w poczucie osamotnienia na arenie zmagań z własnym życiem.

A w dzisiejszej Ewangelii Jezus mówi: „Weź swój krzyż!”.

Jezu! Dźwigam go przecież od tylu lat. Zdejmij go ze mnie, a nie nakładaj! Takie myśli mogą się w nas spontanicznie rodzić. Czy jednak Jezusowi faktycznie chodzi o to, by nas krzyżem dobijać? By nas krzyżem przerażać? By nas krzyżem zniechęcać?

Nie taki jest sens krzyża. Krzyż to przypomnienie, że na tym świecie nie jesteśmy sami i nie jedyni dźwigamy krzyż. Jezus szedł na Golgotę w towarzystwie dwóch innych skazanych. Wisząc na krzyżu nie przejmował się sobą, ale innymi. Jednego z łotrów udało Mu się nawrócić, a nad zgromadzonym ludem płakał, prosząc Ojca, by „nie poczytał im tego grzechu”. To jest nasze powołanie. Krzyż ma nas łączyć w naszych słabościach, być wezwaniem do wzajemnej życzliwości. Bo jak często zamiast drugiemu pomóc, przypominamy mu o jego krzyżu, o tym jak jest ciężki, jak gorzki czeka go koniec. A w ogóle najlepiej gdyby się poddał i skończył z sobą jak Judasz. To nie jest chrześcijańskie podejście do krzyża.

Krzyż czyni nas braćmi. Tak jak Jezus stał się bratem, czuwającego przy Nim na Golgocie ukochanego Ucznia. Nie potrzeba było wiele słów. Bo cóż możemy wobec tajemnicy cierpienia. Czasem milczenie pozwala powiedzieć, że czyjeś cierpienie faktycznie ma sens. Ale nie chodzi o milczenie tłumu jerozolimskich kobiet, ale milczenie Cyrenajczyka, który mimo wielu wątpliwości, potrafi pomóc, a nie gadać i zawodzić.

Jedna odpowiedź do “Po co mi krzyż?”

  1. Bardzo podoba mi się Twoje podejście do krzyża. Zauważam to teraz, jak rzadko i ja podnoszę innych – tych, którzy są słabi i na kolanach, uginający się pod własnym krzyżem. Nie własnym ciężarem, ale krzyżem. Tak jak to robił Szymon. Milcząc.
    Dzięki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *